Moja historia będzie dość długa i zakręcona no i niestety też smutna
Około 2006 z rodzicami i siostra pojechałem do Irlandii. Wtedy jakoś zaraz parę miesięcy później poznałem moją obecnie byłą dziewczynę przez internet (ja wtedy już druga gim, a ona pierwsza). Na pierwsze wakacje jak byłem w Polsce spotkaliśmy się i oboje wiedzieliśmy, że to jest to mimo że mieliśmy ledwie 13-14 lat. Rozmawialiśmy dzień w dzień. Godzinami. Byłem w Polsce kiedy tylko mogłem. O niej oczywiście nikt nie widział. Do 2010 było zajebiście wręcz bo kto by pomyślał, że gimbaza da radę
. Wtedy zaczęliśmy z głupia pisać że kocham z nią spędzać czas i automatycznie do tego że ją samą kocham. Maturę kończyłem w Irlandii(w 2011) i automatycznie studia w Polsce mimo że moi rodzice chcieli mnie tam i nic nie wiedzieli o tej miłości. Na parę miesięcy przed moją maturą pojechałem do Polski pod pretekstem dostarczenia papierów. Wtedy zimą jej powiedziałem że ja kocham i siedzieliśmy kilka bitych godzin w parku przy -20 i tak zaczęliśmy być parą jak się należy.
Udało mi się dostać na studia na Dolnym Śląsku, i wiedziałem że będę do niej mógł jeździć. Jesteśmy oboje jesteśmy z okolic Krakowa (w kierunku Rzeszów) tak w ogóle więc to kilka dobrych godzin z DŚ (8h pociągiem). We wrześniu, przed wyjazdem na studia bardzo zbliżyliśmy się do siebie. Parę miesięcy później dla niej poszedłem na studniówkę i zatańczyłem poloneza nie znając kroków! Przed jej maturą pojechałem na moje WKU, mimo że mogłem wszystko zrobić we na miejscu. Ona chciała iść na medycynę ale nigdzie się nie dostała i przyjechała do Wrocławia na jakiś głupi kierunek i z myślą poprawy matury. Cały czas ją wspierałem i mówiłem że jak nie teraz to za rok. Mój pierwszy rok na studiach widzieliśmy się tylko parę razy bo nie było mnie stać, nie chciałem mówić też rodzicom, że kogoś mam. Wakacje niestety spędziliśmy osobno.
Przyjechała do Wrocławia i wyszło z czasem jak kiepski jestem. Bylem mega o nią zazdrosny i obrażałem się jak gdzieś wychodziła z nowymi znajomymi. Wolałem żeby siedziała w akademiku ze mną niż gdzieś szła i przez to już nie mówiła mi wszystkiego (przyznała się, że nie mówiła, że gdzieś wychodzi). Ja nie wychodziłem z nią wszędzie (zwłaszcza wieczorami od momentu jak mnie napadli to po poprostu to się przerodziło w fobię przed światem), ona wtedy chodziła z dobrym kolegą i on jej pokazał miasto. O niego byłem cały czas zazdrosny. Z czasem mi jednak przeszło. Nie chciałem wychodzić z nią i jej znajomymi przez co też trochę się złościła bo nie chciała mnie samego zostawiać itd. Oczywiście ja ją do moich znajomych ciągłęm i nie robiła problemu... Była strasznie zła, bo jej powiedziałem, że sądzę iż jej znajomi mnie nie lubią bo jestem dziwny. Później zacząłem chadzać z nią jednak na jakieś spacery i wycieczki. Jednak po za tym w trakcie tamtego roku był już chyba początek końca. Jej starsza siostra miała problemy w domu i kłóciła się ze wszystkimi, a ja parę dni później przez przypadek powiązałem tamtą sytuację do niej (pośrednio w żartach i pośrednio żeby jej coś wytłumaczyć) i tu się obraziła i zaczęła zamykać. Często wpadałem do niej do akademika i potrafiliśmy nie rozmawiać kilka godzin. Ja do niej jeździłem dzień w dzień od poniedziałku do niedzieli. Ona do mnie czasem ale dlatego, że mam współlokatorkę i wiem, że cały czas o nią była zazdrosna mimo, że ja do niej nic nigdy nie czułem
W maju się jej udało zdać maturę prawie jak chciała i dostała się na medycynę na Śląsku. 2-3h ode mnie pociągiem. W międzyczasie na wakacje znowu nic nie zrobiliśmy razem bo mimo, że jej rodzice wiedzieli o mnie, to moi o niej nie bo nie wiedziałem jaka będzie ich reakcja. A wiem, że były by teksty, że na odległość nie wyjdzie bo rodzice po roku zdecydowali o wyjeździe bo nie dali rady. Oczywiście w czasie rekrutacji ją cały czas wspierałem, chociaż wewnątrz chciałem by została bo zawsze moglibyśmy być blisko, ale mówiłem jej, że niech studiuje medycynę. Jakoś przetrwaliśmy do wakacji.
No i jeździła do mnie w weekendy, a ja nie mogłem do niej jechać bo w niedziele rano miałem zajęcia (mimo że studiowałem na dziennych, udało mi się załatwić zajęcia na zaocznych bo był lepszy prowadzący). I mimo, że kilka razy (2-3) mogłem jechać to wolałem nic nie robić, Bóg jeden wie czemu. Ostatni raz była u mnie w styczniu. A wiedziałem, że ma dosłowny zapierdziel na medycynie, chociaż ja też nie miałem lekko bo starałem się jej pomagać, rozmawiać i się sam uczyć na sesję. Ogólnie tamto pół roku strasznie nas oddalało.
Później już w połowie lutego zapytała się mnie czy się jej wstydzę (pytała parę razy ale zawsze sądziłem, że dla jaj pyta) a ja, że boję się jak moi rodzice zareagują na to, że poprawiała maturę czy dopiero za drugim razem dostała się na lekarskie ? na moją obronę miałem pasjonującą rozmowę z mamą wcześniej na temat mojej sesji i byłem tak zły na wszystko i wszystkich, że nie myślałem co mówię i dowaliłem jej zupełnie niechcący. Wtedy pękła. Tego dnia żałuję do dziś i płaczę jak głupi. Ogólnie nie mogliśmy się dogadać i się kłóciliśmy. Ona już wtedy ze mną zerwała mimo, że sądziłem, że mam jakąś szansę. Nigdy nie byłem w większym błędzie. W marcu pojechałem do niej do domu z kwiatami i przepraszać i tłumaczyć ale to nie była już ta osoba w której się zakochałem bo była strasznie oschła o powiedziała tylko, że jej niby trzeba czasu. Zapytałem jej koleżankę co mogę zrobić i powiedziała mi, żebym w dzień kobiet do niej jechał i powiedział moim rodzicom o niej (koleżanka z grona znajomych którzy uważałem, że mnie nie lubią). Ogólnie koleżanka doradziła jak tylko mogła i jestem jej mega wdzięczny. Rodzicom powiedziałem i się mega ucieszyli co mnie całkowicie dobiło bo nie miałem racji, ale później im było smutno bo się nacieszyli nią jeden dzień. Chociaż mówili mi żebym próbował i do niej jechał. Niestety była dziewczyna zjebała mnie, że nagle mi się włączyło jeżdżenie do niej i że nie ma czasu. Mówiłem jej, że moi rodzice mnie nie lubią za to, że tak strasznie głupi byłem, że ją wolą i ją to trochę bawiło bo jej się miło zrobiło. Później jej napisałem jakoś, że chciałbym powoli z czasem zacząć od nowa to zobaczyłem tylko ścianę. Powiedziała mi, że nigdy ze mną już nie będzie w związku bo mi nigdy nie zaufa - a wiem, że tak jest bo raz mi przyznała, że jestem jedną z niewielu osób które o niej aż tyle wiedzą i dodatkowo jest uparta - i, że raczej nic więcej po za negatywnością od niej nie dostanę. Wiem, że raczej na 99% spieprzyłem wszystko bo mówiła, że teraz nawet nie wie co ma mówić innym bo nikomu już nie ufa po tym co ja zrobiłem. Praktycznie co nie zaczniemy rozmawiać to kończymy to kłótnią o tym, że nigdy do mnie nie wróci, a parę razy już bardziej jako koledzy rozmawialiśmy. Z tego co wiem, z jednym z lepszych jej znajomych, w chwilę po tym jak zerwaliśmy, mówiła, że nie jest ze mną i jest szczęśliwa. Ogólnie nie wydawała się ona tym wszystkim przejmować.
Ona się na mnie strasznie odgrywała bo mówiła, mi już parę razy - nawet w dzień kiedy do niej pierwszy raz pojechałem - że będzie chodzić na imprezy, nawali się i z kimś wyląduje w łóżku. Później nagle się pojawił jakiś kolega którego poznała podczas jakiejś rekrutacji i mieli iść na kawę i byłem zajebiście zazdrosny. Ogólnie to wyglądało tak, że ona mnie sprawdza, ja się złoszczę i ona się złości o to, że mi się przykro zrobiło i byłem nadal zazdrosny... Wysłałem też kwiaty i tylko mnie zjebała strasznie przez telefon. Chociaż później napisała, że kwiaty ładne ale mam tak nie robić. Ostatni raz pojechałem do niej końcem marca. Ona dalej szła w zapartę, że nie. Uznała, że się będziemy przyjaźnić i jak chce to ma fajną koleżankę (tutaj miałem ochotę się wydrzeć na nią). Oczywiście podczas tego spotkania ja się rozkleiłem a ona twardo nic. Od tamtego czasu zero kontaktu. W święta nie złożyliśmy sobie nawet życzeń. Mój bardzo dobry kolega pisał do niej, ze względu na mnie bo wszyscy dookoła myślą że mam depresję, i ona tylko mu odpisała: "Ja już wiem wszystko, nie będzie do mnie pisać żebym sobie nie zrobił nadziei i sobie poradzę". Tak więc fajna przyjaźń ;-) Znajomi mnie ciągają po klubach czy imprezach tylko po to żebym sobie kogoś znalazł a ja nie zależnie ile wypije wiem, że chce tylko tą jedną upartą babę. Pozakładałem konta na badoo czy sympatii ale NIKT mnie nie interesuje tam, jak do jakieś dziewczyny napisze to zerowy odzew
Na Facebooku widziałem, że jej znajoma dziewczyny wsadziła zaraz po świętach ich zdjęcie z zajęć w szkole z podpisem "A widzisz, że dobrze było wrócić" co mi dało do myślenia, że chyba ona sama mimo, że gra twardo przeżywa to chyba dość ciężko.
Mam jeszcze jej rzeczy u siebie z okresu jak była we Wrocławiu. Kilka razy mnie pytała czy mi przeszkadzają i że jak chce to mogę oddać je jej koledze który ją rok temu oprowadzał i o którego byłem zazdrosny. W marcu wspominała, że będzie w maju po nie. Ja je trzymam bo to będzie ostatni raz kiedy się z nią spotkam. Liczę wtedy coś zrobić aby spróbować ją odzyskać bo dla niej bym zrobił wszystko. I próbuję niby iść na przód staram się wręcz ogarnąć też życie bo niestety marzec i kwiecień strasznie olałem bo byłem załamany i mam teraz zaległości. Ale mimo, że umysł mówi idź dalej, to serce mówi, że to sprawdzian życiowy i czekaj. Znajomi mówią żebym dał sobie spokój i ew. czekał aż ona coś zrobi bo mimo, że zepsułem to uważają, że zrobiłem wszystko co z mojej strony możliwe.
Na pewno żałuję, że nie przyznałem się starszym już na początku studiowania, że kogoś mam. Żałuję, że najpierw potrafiłem wystrzelić a nie nabić. Oczywiście sam o sobie się nauczyłem wiele rzeczy i wiem, jak zadbać POŻĄDNIE o kogoś. Jednocześnie zawiodłem się trochę na byłej bo dla niej 7 lat chyba nie znaczy nic, i nawet nie chce zrobić podejścia żeby spróbować, co mi mówi, że mogła być tylko zauroczona?
Jakieś rady? Jestem w najgorszym okresie mojego życia (mimo, że mam 21 lat) i właściwie nie wiem co jest dobre co nie. Pisać do niej? Nie pisać? Olać sprawę czy może jechać i porwać?
Wiem tylko, że oboje mamy zapieprz i studia są jednym z czynników które to wszystko BARDZO komplikują.