Kochankowie, którym się udało... - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Kochankowie, którym się udało...

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 30 ]

1 Ostatnio edytowany przez Czerwony Książe (2014-05-03 18:46:03)

Temat: Kochankowie, którym się udało...

Witam,

Forum czytam od dłuższego czasu, jestem pod dużym wrażeniem kultury wypowiedzi i jakości dyskusji, w tematach niekiedy bardzo kontrowersyjnych - myślę, że niewiele jest takich miejsc w internecie, gdzie ludzie z często bardzo poważnymi problemami, mogą te problemy "bezkarnie" opisać i dostać w zamian coś więcej, niż kilkanaście postów drwin i wyzwisk...


Na forum nie brakuje wątków, dotyczących emocjonalności i problemów wewnętrznych kobiet będących w związkach z żonatymi mężczyznami - pozwolę sobie operować określeniami "kochanka/kochanek" - bardzo tego nie lubię, i myślę, że żadna z osób będąca właśnie kimś takim również za tym określeniem nie przepada, ale wiemy doskonale, o co chodzi... - natomiast bardzo mało jest tutaj opisanych sytuacji, w których to mężczyzna jest "tym trzecim", wypowiedzi mężczyzn, których ukochana kobieta z jakiegoś powodu pozostaje w związku z innym mężczyzną... i właśnie tutaj chciałbym zarzucić sieci - myślę, że mężczyźni w znacznej większości z racji chociażby charakteru i innej budowy psychicznej, nie mówią publicznie o swoich uczuciach w tak otwarty sposób, jak kobiety, ale jestem również przekonany, że mężczyzn w podobnej sytuacji, cierpiących, żyjących "od spotkania, do spotkania", znoszących upokorzenia wynikające z obecności ukochanej kobiety u boku innego mężczyzny - jest równie wielu, co kobiet, "kochanek"...

Czy jest tutaj mężczyzna, któremu właśnie z pozycji tego "trzeciego", gorszego, żyjącego w cieniu męża, udało się dotrwać momentu, w którym to On zaczął stanowić rodzinę dla swojej ukochanej, momentu w którym to On stał się tym podstawowym, tym oczywistym, tym najważniejszym mężczyzną w życiu swojej kobiety, kimś, kto nie musi się już bać, żyć w ciągłym strachu, niezaspokojeniu, upokorzeniu i "niedożywieniu"?

Innymi słowy - interesują mnie związki, którym się udało... tzn. kobieta na rzecz takiego związku, zmieniła swoje dotychczasowe życie, poprzez rozwód/odejście od męża...

Myślę, że nie ma sensu rozprawianie na temat tego co czuje "kochanek"/"kochanka" - w trakcie tego oczekiwania, oczekiwania, którego często nie ma końca, cierpienia, które przeżywa taka osoba są nie do wyobrażenia dla kogoś, kto nie odczuł tego na własnym sercu... z tego miejsca również chciałbym prosić o nie poddawanie pod dyskusję w tym temacie słuszności takiego związku, bądź nie... zdaję sobie doskonale sprawę, ilu przeciwników "rozbijania rodzin" (większość i tak zobaczy w tym jedynie tyle...) będzie chciało wypowiedzieć się w bardziej, lub mniej przyjazny sposób, nie chcę nikogo bronić, ani osądzać jakie zachowanie jest słuszne, a jakie nie... Chciałbym nawiązać kontakt z osobami, kobietami, bądź mężczyznami, w podobnym położeniu do "naszego", osobami, które przeżyły, bądź przeżywają podobną sytuację... które z jakiegoś względu czekają na swoją ukochaną osobę (być może są tutaj osoby, na które ktoś czeka?), być może ze względu na dzieci, chęć zapewnienia im rodziny złożonej z prawdziwej mamy i prawdziwego taty w jednym domu, przy jednym stole, na wspólnych wakacjach, przy wspólnej choince...

Zdaję sobie sprawę, że jest to forum publiczne i każdy może tutaj wyrazić swoją opinię - nie mniej jednak prosiłbym o zabranie głosu przez osoby, które w temacie mają coś do powiedzenia, a nie mają za cel jedynie nawyzywać i naubliżać... myślę, że z tym osoby będące tym, bądź tą "trzecim/trzecią" - spotykają się wystarczająco często i na każdym kroku, gdy tylko taki temat się pojawia...

Interesuje mnie również temat zaufania... zaufania swojej ukochanej osobie, pozostającej w związku z mężem/żoną - jak radzicie sobie z obecnością swojej miłości "tam", u boku żony/męża? Być może zostanę wyśmiany, ale myślę, że gdy ludzie się kochają, to nawet w takim "układzie" (kolejne słowo, którego nie znoszę, ale myślę, że również wiemy o co chodzi...) istnieje coś takiego jak wierność... oczywiście już nie mężowi, czy żonie - ale ukochanej Nam osobie... przecież nie każda "kochanka" to jedynie zabaweczka na godziny i darmowy seks, tak samo jak i nie każdy "kochanek" to jedynie odskocznia od męża, fascynacja jedynie nowym ciałem, czy innym seksem... czy potraficie zaufać, wierzyć w słowa ukochanych Wam osób, że "tam nic się nie dzieje...", czy potraficie być spokojnymi, wyłączyć tą zazdrość o męża/żonę, nie trząść się ze strachu o każdy "damsko-męski" gest, czy zachowanie... uwierzyć po prostu, że tam już tego nie ma? Oczywiście zakładając, że taka jest umowa... że nie ma tego seksu, tych pocałunków, wyjść we dwoje itp. itd.

Potraficie mimo wszystko wierzyć w te słowa, zaufać, że to prawda... że nie zostaje Wam to wmówione jedynie po to, aby "nie bolało tak mocno"?

Zdaję sobie sprawę, że wypowiedź być może dość chaotyczna, i pewnie kontrowersyjna... liczę na sensowne wypowiedzi osób, które między wierszami wyczuły moje położenie, świadomość... oczywiście, liczę się również z wszelkimi opiniami osób, którym się jedynie wydaje, że wiedzą wszystko na temat uczuć każdego dookoła... myślę, że nie zaszkodzi spróbować, być może tutaj uda się napotkać na choć jedną iskierkę pomocy, jakiegoś zrozumienia, być może wsparcia...

z góry dziękuję...

Pozdrawiam

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Witaj Czewony Ksiaze, tez jestem nowa na forum, zaciekawil mnie Twoj post, poniewaz tez jestem w podobnej sytuacji.
Pewnie tu zaraz uslyszymy duzo obelg na nasz temat, ale pominmy to.
Slysze podobne rzeczy jak Ty i w to wierze. Zastanawiam sie rowniez czy dobrze robie, poniewaz widze jacy sa ludzie dookola mnie i jak klamia.
Wiem, ze osobie z ktora sie spotykam na mnie zalezy, wiem, ze mnie kocha, jestem pewna, rozmawiamy o wszystkim szczerze, biem duzo spraw o ktorych zona nie wiem....
Czytam od jakiegos czasu rozne fora, nie na tej stronie raczej miala okazje na innych i niestety opinie nie sa dla nas dos pozytywne, tzn nie chodzi mi o opinie ludzi, na temat ze rozbijamy komus rodziny, ale na temat jak to sie wszystko konczy....
Ja nie chce nikomu rozbijac rodziny, mowilam kilka razy "mojemu" aby sprobowal poukaldac sobie wszystko, moze sie uda, stwierdza ze on po prostu nie ma na to juz ochoty by cokolwiek tam naprawiac, poniewaz nic nie czuje.
Czerwony ksiaze, napisz cos wiecej o swojej sytuacji, jak dlugo to juz trwa?
Pozdrawiam, A

3

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Z mężczyznami tu, i to w takiej sytuacji może być ciężko. Jak sam zresztą zauważyłeś. Faceci mają problemy z ujawnianiem swoich emocji, chyba w ogóle z ich nazwaniem.
To bardzo ciężki temat. Zwłaszcza, jeśli Twoja wybranka ma dzieci. Musisz zrozumieć, że nie wybiera pomiędzy nim a Tobą, tylko pomiędzy Tobą a dziećmi (zapewnieniem im normalnej rodziny). To się tak wydaje, że życie w układzie (układa żona-mąż) nawet jeśli związek już nie istnieje, jest lepsze dla dzieci niż rozejście się rodziców, ale większość ludzi właśnie taką decyzję podejmuje. To jest decyzja oparta na "poświęceniu" swojego szczęścia i imię szczęścia dzieci. Przynajmniej tak się im wydaje. I to jest decyzja bardzo trudna. Można by mówić o tym, że człowiek nieszczęśliwy w związku (a jeśli zdradza i jest to zdrada zarówno fizyczna jak i emocjonalna) to jest nieszczęśliwy. I miłości pomiędzy nim a mężem/żoną już nie ma. Po prostu nie ma. I nigdy już nie będzie. Ale może być cała masa innych uczuć. Przyjaźń, szacunek, przywiązanie. Z taką stratą ciężko się oswoić, nawet jeśli się nie kocha. To bardzo trudne, zwłaszcza jeśli ta nowa "miłość" po prostu się pojawiła. Jest inna, wyjątkowa, taka jakiej nigdy jeszcze nie było. Człowiek stara się nie być egoistą, nie myśleć tylko o sobie i swoich potrzebach, swoim szczęściu. Ma silne poczucie winy, potrzebę, żeby spłacić to co zrobił. To bardzo silne emocje, decyzja której nie da się podjąć szybko, pochopnie. Nie można jej tak podejmować!!! Wahanie się akurat świadczy tu o człowieczeństwie. Potem jest plątanina, z jednej, z drugiej strony. Brnie się w te kłamstwa.
U mnie zdrada się wydała, zorientował się mój mąż. rozstałam się z nim. Po dwóch miesiącach ciągłej huśtawki emocji, kiedy nie wiedziałam nic. Po czasie który miałam okazję spędzić sama ze sobą, z dala od wszystkich już wiem. Wiem, że kocham tego "drugiego".
On poszedł do żony. Powiedział, że mnie kocha, że to nie był romans, tylko związek, miłość. Zrobił chyba wszystko, żeby jego żona "zwolniła" go z obowiązku. Nie zrobiła tego. Został z nią, rozstaliśmy się.
Ja wróciłam do siebie, jestem przez większość dnia szczęśliwa sama ze sobą. Nie muszę już kłamać, to wielka ulga. Nie ranię już męża, to też jest ulga, bo to dobry człowiek. Ale on... walczy. Kłamie, że nie mamy kontaktu, a bardzo mi pomaga... jak byliśmy razem było dużo słów. Teraz są czyny, z jego strony. Zaskakuje mnie bardziej niż jak byliśmy razem. Bardzo się stara, zależy mu. Z żoną żyją obok siebie, nie rozmawiają o tym o się wydarzyło w ogóle. On nie walczy, nie naprawia, nie chce i nie próbuje. Zatraca się w prace, żeby nie myśleć. Ja nic nie próbuje, bo rozumiem, że to jest trudne i rozumiem, że na to trzeba czasu. Nie wiem nawet czy chce. Zajęłam się sobą i bardzo mi z tym dobrze...
tak się zawsze mówi, że oni/one mamią tym głupim tekstem, że zostają ze względu  na dzieci. Ale coś w tym tekście jest ... Jeśli ktoś ma odrobinę empatii, to jest sobie w stanie wyobrazić jak bardzo to jest trudne. Niemal nierealne do zrobienia.

4

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Czesc Czerwony Ksiaze,

bardzo zaiteresowala mnie Twoja wypowiedz. Ja nie jestem po Twojej stronie, raczej po stronie tej zdradzanej zony. Moze opisze Ci w skrocie moja historie. Otoz poznalam sie z moim mezem dosc szybko i wczesnie postanowilismy zalozyc rodzine, mimo ze bylismy w sobie bardzo zakochani. Z czasem wyjechalismy za granice i zaczelismy sie dorabiac i spelniac nasze mazenia. Mamy dwie wspaniale coreczki grono oddanych przyjaciol i spokoje zycie. Kochalam mojego meza bardziej niz siebie.
Oddalabym mu doslownie wszystko ( i musze dodac ze bylismy bardzo dobrymi przyjaciolmi). Az nagle moj maz zaczal sie zmieniac. Mniej czasu dla mnie mniej dla dzieci. Pytalam czy kogos ma. Czy jest ktos trzeci. Zawsze zaprzeczal.Az w polowie zeszlego roku oznajmil mi ze jest kobieta w jego zyciu i ze spodziewa sie jego dziecka. Dla mnie to byl prawdziwy szok!!! ( przeciez caly czas powtarzal mi ze bardzo mnie kocha, planowalismy wspolna przyszlosc, w lozku bylo nam zawsze rewelacyjnie) Wiec DLACZEGO? Przezylam i przezywam koszmar. Zalamanie nerwowe, psychologow, musialam sie nauczyc znowu jesc, mysli samobojcze.....
Dzis jego kochanka ma juz synka, nadal ma nadzieje ze moga byc razem, placze bo zaszla w ciaze zeby go przy sobie zatrzymac, a moj maz walczy o mnie.
Mowi, ze dwoletni romans byl tylko zabawa ( bo u nas pojawila sie rutyna) Oczywiscie mowil jej ze ja kocha dzis mowi jej ze to pomylka. Ogolnie rzecz biorac sa sami skrzywdzeni ludzie, bol , placz, bo moj maz nie byl w stanie przyznac sie do zdrady gdy go o to pytalam.Jezeli kobieta ktora kochasz ma nieudane zycie i nie kocha swojego meza to odeszlaby od niego. Kogos z was traktuje jako zabawke. Albo ciebie albo meza ( u mnie to byla kochanka ktora jest teraz samotnie wychowujaca matka) Jezeli moge dac Ci rade to nie " siedz" w takim zwiazku tylko albo postaw ultimatum albo odejdz. Nie miej nadziei ze za rok, za dwa.... Bo ludzie ktorzy zdradzaja sa zadowoleni z takiego ukladu, oczywiscie dopoki sie nie wyda. Jesli cie kocha wybierze Ciebie. Zycze Ci wszystkiego dobrego.....

Odp: Kochankowie, którym się udało...

ona2255, tak... ja bardzo chcę ufać, naprawdę staram się najmocniej, jak tylko potrafię - mimo wszystko, pomimo ciągłych zapewnień, wielu szczerych rozmów - boję się, czuję w sobie taki strach, strach przed tym czasem, który moja ukochana i jej mąż spędzają powiedzmy tylko we dwójkę, gdy dziecko już śpi, bądź nawet w trójkę z dzieckiem, ale nie tyle w aspekcie "rodzinnym", bo to rozumiem i na to wewnątrz siebie godzę się, ale w aspekcie takim damsko-męskim, boję się jakiś zachowań z jego strony, nie wiem "prowokujących", nie radzę sobie z tym kompletnie, gdy tylko on jest z Nią (ze względów zawodowych są to głównie weekendy) nie jestem w stanie funkcjonować, walczę z myślami, obrazami ich razem... jestem zapewniany o tym, że nie ma tam żadnych czułości, o seksie nie wspominając, żadnych zachowań, które byłyby powiedzmy niebezpieczne "dla Nas" - że Jej obecność tam jest na zasadzie wykonywanej misji, na zasadzie bycia członkiem tej rodziny, lokatorem tego domu, matką dla dziecka... Tak, również zdarza się Nam rozmawiać na temat męża, zdaję sobie sprawę, że być może są takie rzeczy, o których wiem ja, a on nie (poza oczywistym) - ale to nawet nie o to chodzi, chodzi o zaufanie, ale w kontekście właśnie tym damsko-męskim tam... boję się, że pewne zachowania, sytuacje mogą mieć miejsce chociażby po to, aby panowała miła atmosfera, aby w rodzinie było przyjemnie, tłumacząc to dobrem dziecka, być może niekoniecznie mówiąc mi o wszystkim... tego się boję, że Ona wcale nie chce robić Nam krzywdy, robić niczego wbrew Nam, ale ze względu na chociażby właśnie tą przyjazną atmosferę tam, może się dziać coś, o czym nie wiem, żeby mnie nie bolało, żeby nie było mi przykro... bo przecież i tak "póki co, musi tak pozostać" - piszę dość chaotycznie, zdaję sobie z tego sprawę, niestety nie potrafię ubrać tego w składne zdania, napisać w inny sposób, mam nadzieję, że zostanę zrozumiany, choć w znacznej części... Ja nie chcę, aby moja ukochana, układała sobie tam życie, tam tzn. z nim... chciałbym, aby te cegiełki po kolei wyciągać, a nie układać na nowo... w naszej sytuacji nie jest to kwestia kilku miesięcy, roku, ani pewnie dwóch... tylko jakiegoś dłuższego czasu (chodzi o wiek w jakim jest teraz dziecko, potrzebę bycia z mamą i tatą) - szczerze mówiąc, Twoja wypowiedź zrobiła na mnie wrażenie, mówię o części, w której piszesz, że sama nakłaniasz Go, aby spróbował poukładać tam swoje życie, tak jak gdybyś zapominała w tym momencie o swoim szczęściu... nie potrafię nawet tak pomyśleć, zawsze w takich sytuacjach przypominają mi się słowa mówiące do mnie, że to właśnie ja jestem miłością Jej życia, oraz chociażby sam fakt, że to do mnie przyszła, pomimo, że on przez cały czas był... nie wiem, być może to egoizm (tak, większość powie, że ktoś taki jak my, to egoista myślący tylko o sobie...) - być może jest w tym kawałek prawdy, ja nie potrafię już bez Niej żyć, mieliśmy wiele wzlotów i upadków, rozstań i powrotów, zdarzały się nawet sytuacje skrajne, wręcz absurdalne emocje... myślę, że w większości podobnych związków zdarzają się takie rzeczy, no nie są to "standardowe" emocje, a serce, gdy kocha miłością prawdziwą za nic w świecie nie potrafi sobie z tym poradzić... serca nie są stworzone do cierpienia, tak trudno jest uwierzyć w cokolwiek dobrego, gdy nie ma to nawet swoich ram czasowych, gdy nie jest to nawet żaden konkretny punkt w przestrzeni, a jedynie Twoje plany, Twoje marzenia, które na każdym kroku spełniają się komuś innemu... i nie są to marzenia o posiadaniu pięknego domu, czy egzotycznych wakacjach, a świadomość, że ktoś żyje z Twoją kobietą, patrzy na Nią, rozmawia z Nią, czuje Jej zapach, konsumuje śniadania, obiady i kolacje, spędza święta i wakacje, widzi Ją budząc się i zasypiając... często nie czuję się przez to mężczyzną, czuję jak gdybym pozwalał na to... choć w środku wcale nie pozwalam i nie godzę się na to, znoszę to, bo nie mam wyboru, ale to nie oznacza, że mam dla tego jakąkolwiek akceptację... to jest bardzo trudne... niekiedy czuję do Jej męża nienawiść, chęć... najgorszych rzeczy, to głupie patrząc z boku, ale tłumacząc to najprościej, jest to coś w rodzaju nienawiści "za to, że jest..." - trwa to od ponad 2 lat... czułości, zbliżenia, seks, to zostało wyeliminowane jakoś półtora roku temu... naprawdę bardzo staram się wierzyć Jej słowom, ufać... ale czuję się tak... tak niepewnie, tak jak gdybym mówiąc "ufam" bardzo chciał ufać, ale nie był tego w stu procentach pewien... ciągły stres przypłacam problemami zdrowotnymi, praktycznie nie ma dnia, żebym nie budził się z bólem brzucha, Jej mąż śni mi się po nocach, w zupełnie absurdalnych sytuacjach, we śnie poniża mnie, staję się wtedy mały, nawet dosłownie fizycznie, a jego postać jest duża i władcza, mam koszmary związane z nim, bardzo często w ogóle nie sypiam, problem bezsenności rozwiązują tabletki nasenne i alkohol, ale to takie rozwiązanie, że żadne rozwiązanie... człowiek czuje się po tym jak uśpione zwierzę, następnego dnia budzi się jak z jakiejś narkozy, w ten sposób nie można żyć na co dzień, choć w gorszych momentach i tak się zdarza - obiecałem Jej nie pić, nie brać tabletek, bardzo się staram... nie chodzi już nawet o to wyniszczenie mojego życia i organizmu, bo na to, gdzieś tam w środku dałem ciche przyzwolenie... tak bardzo chciałbym być po prostu spokojny, patrzę na swoich beztroskich rówieśników, ludzi żyjących razem, zawsze i wszędzie, bez ukrywania, bez strachu... oczywiście, mam świadomość tego, że wybrałem świadomie, ale to nie oznacza, że teraz nie boli mnie to, jakim cierpieniem okupiona jest rzeczywistość w czasie "czekania" na ten moment, to życie od spotkania, do spotkania... od wyjazdu męża, do powrotu, ukrywanie się, wieczne poczucie bycia gorszym, mniej ważnym, świadomość tego, że gdyby on postawił ultimatum "albo on, albo ja..." - przy całej Jej miłości do mnie, to ja zostałbym sam... to nie jest łatwe...


malami0099, często rozmawiamy na ten temat... wiesz, ja pochodzę z rodziny, w której rodzice rozeszli się, tzn. konkretniej rozchodzili na przestrzeni lat, ale byłem wtedy w wieku 8-9 potem 10-11 lat... z perspektywy czasu uważam, że rodzina, trzymana w ryzach tylko po to, aby była to rodzina trzymana w ryzach, to bezsens i teatr kukiełkowy... uważam, że jest możliwe zrobić to wszystko z głową tak, aby dziecko nie cierpiało, aby nie ponosiło ciężaru decyzji, czy bardziej zachowań swoich rodziców - tak, jak miało to miejsce w moim przypadku... Ja nie mam dzieci, i nigdy nie miałem, osoba, o której mowa w tym temacie, jest jedną i jedyną osobą, która mogłaby być dla moich dzieci matką... być może też przez to, że sam dzieci nie mam, patrzę na to od nieco innej strony, niż Ona, mająca swoje dziecko, które kocha najbardziej na świecie... strach przed utratą obecnej pozycji, sytuacji materialnej, komfortu, akceptacji otoczenia, to wszystko pewnie też, myślę, że to wszystko również ma wpływ, często w rozmowach jako powód numer jeden mówimy o dobrze dziecka... i to pewnie prawda, natomiast tak, jak piszesz, pozostałe powody również mają znaczenie, to nie jest obojętne, do tego dochodzi strach przed samym rozwodem, świadomość tego, że nie byłby to rozwód kulturalny i spokojny... to, co napisałaś jest dla mnie bardzo ważne, mówię tutaj o zdaniu, w którym piszesz o wyborze, nie pomiędzy mężczyzną, a mężczyzną, a pomiędzy mężczyzną, a dzieckiem... czasem mam dla tego zbyt mało zrozumienia, zbyt mało wyrozumiałości, czasem gdy nie potrafię sobie już z tym poradzić, myślę sobie, że Ona idzie do niego... nie do dziecka, a do dziecka i do niego... że "musi już iść" bo on... to są też ogromne nerwy, ogromne emocje, czasem tak trudno jest o wyrozumiałość, o zrozumienie tego, że cierpisz, nie możesz być szczęśliwy z ukochaną osobą, a robisz to wszystko i znosisz dla tej małej istoty, której nie możesz nawet przytulić, pokochać... to chyba zupełnie inaczej, niż znosić cierpienia, dla swojego dziecka... tak mi się wydaje... tak, wielokrotnie słyszałem, że gdyby nie dziecko i jego dobro, to w ogóle nie byłoby takiego tematu, wierzę w to, że może byłyby inne problemy z tym związane, natury mieszkaniowej, finansowej itp. ale gdyby nie dobro dziecka, pewnie moglibyśmy być już zupełnie normalnie razem...

Mam pytanie - jak wyglądało Twoje życie z mężem, w czasie, gdy było to jedno z Twoich "dwóch" żyć? Jak zachowywałaś się w stosunku do niego? Kiedy już wiedziałaś, że kochasz kogoś innego, że to inny mężczyzna jest Twoją miłością... jak wyglądał np. temat seksu, temat zbliżeń, rozmów natury damsko-męskiej, wszystkich tych zachowań, które występują pomiędzy ludźmi, których łączy coś więcej, niż wspólne wykonywanie jakiegoś zadania... jak to łączyło się z moralnością i byciem uczciwym wobec Twojego ukochanego mężczyzny?


tina1981, dziękuję za tą wypowiedź... to coś zupełnie innego, od zupełnie innej strony, bardzo dziękuję... staram się wierzyć, że miłość, ta prawdziwa, poradzi sobie ze wszystkimi przeciwnościami, że nawet jeśli nie raz jeszcze się przewróci, zakrwawi... to razem damy radę zreanimować Ją tyle razy, ile będzie potrzeba, ażeby zniosła to wszystko... ja głęboko wierzę, że kiedyś będziemy razem, że będziemy normalną rodziną, kochającą się, wspierającą, będącą jedynie dla siebie... marzę o tym każdego dnia, nie wyobrażam sobie życia z inną kobietą, osoba o której mowa w tym temacie, jest sensem mojego życia, tak naprawdę jedynym czego od życia chcę, i jedynym czego w życiu naprawdę pragnę... Poznałem już, jak wygląda świat bez Niej, pustka, ciemność, myśli samobójcze, "weekend" który trwa bez przerwy... tak, to pewnego rodzaju uzależnienie, być może ktoś zaryzykuje nawet stwierdzenia "miłość toksyczna", nie ma to dla mnie znaczenia, to są uczucia, których nie potrafię "poprawić", ani dopasować to żadnych merytorycznych ram, norm obyczajowych, ani czegoś w stylu "bo tak powinno być..." - cząstka mnie bardzo głęboko wierzy, próbuje mieć nadzieję, ile tylko w sobie sił... Dziękuję!

6

Odp: Kochankowie, którym się udało...

"Mam pytanie - jak wyglądało Twoje życie z mężem, w czasie, gdy było to jedno z Twoich "dwóch" żyć? Jak zachowywałaś się w stosunku do niego? Kiedy już wiedziałaś, że kochasz kogoś innego, że to inny mężczyzna jest Twoją miłością... jak wyglądał np. temat seksu, temat zbliżeń, rozmów natury damsko-męskiej, wszystkich tych zachowań, które występują pomiędzy ludźmi, których łączy coś więcej, niż wspólne wykonywanie jakiegoś zadania... jak to łączyło się z moralnością i byciem uczciwym wobec Twojego ukochanego mężczyzny?"

Byłam miła, wyrzucałam go do ludzi, chciałam, żeby miał własne życie. Rozmawialiśmy jak przyjaciele, "prawie" o wszystkim. Nawet kiedy jeszcze nie wiedziałam, że kocham innego nie było między nami kompletnie żadnych relacji damsko - męskich. Tak na prawdę miałam problem żeby się do niego przytulić chociażby. Próbowałam, raz czy dwa razy. Tak po prostu się przytulić, nie mówiąc o pocałunkach czy seksie i nawet to, to było dla mnie za dużo. Czułam się "nie ma miejscu" nieswojo, źle. Całe życie o które pytasz po prostu nie istniało. Nie funkcjonowało. Tak, czułam "moralny" obowiązek bycia wierną mojemu mężczyźnie. Jakkolwiek dziwacznie to brzmi... i słowo "moralny" w tym wszystkim... tak właśnie było. Podejrzewam, że są osoby tak wyrachowane, że potrafią funkcjonować w jednym i w drugim związku, ale osobiście myślę, że to rzadkość, ze strony kobiet na pewno. Mężczyźni chyba moją z tym mniejszy problem, ze względu na bardziej "przedmiotowe" myślenie o seksie.

7

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Witam wszystkich
Czerwony Książe wiem jak się czujesz, niedawno przerabiałam to samo. Niestety w takich "związkach" takie uczucia jakie ci towarzyszą są normalne.  Wiesz....nie wiem jak inni...ja byłam po obydwu stronach barykady. Kiedyś przed laty przyjęłam męża po zdradzie i wtedy wydawało mi się, że tak powinno być....skoro kocham to zaryzykuję dla siebie i dla dziecka i wiesz.....dziecko wychowało się w pełnej rodzinie tyle tylko, że pozbawionej uczuć. Nasze relacje były tylko poprawne bo o miłości nie mogę tutaj mówić. Dla mnie....no cóż.....ten człowiek był obcy ale to wiem po latach. Różne są opinie tutaj na temat utrzymywania rodziny dla dobra dziecka, ja nie jestem zwolenniczką takiego modelu ale to też po latach do tego doszłam. A z drugiej strony dziecko często jest  "wykrętem" przed podjęciem trudnej decyzji. Niektórzy po prostu boją się i tyle. Natomiast będąc po drugiej stronie barykady.....nie ważne jak się tam znalazłam bo to nie o to chodzi.....przechodziłam to co ty...myśli, wyobraźnia i to wszystko co towarzyszy temu uczuciu  i zgadzam się z tym co napisała malami0099: "Podejrzewam, że są osoby tak wyrachowane, że potrafią funkcjonować w jednym i w drugim związku, ale osobiście myślę, że to rzadkość, ze strony kobiet na pewno. Mężczyźni chyba moją z tym mniejszy problem, ze względu na bardziej "przedmiotowe" myślenie o seksie".
Mężczyźni niestety potrafią mówić jedno, robić drugie i nie mają w przeciwieństwie do kobiet problemu z "przejściem z jednego łóżka do drugiego". Nawet nie wiesz ile mnie kosztuje to że zakończyłam ten "związek" bez przyszłości, oparty na nadziei i marzeniach. Życzę ci dużo cierpliwości w "czekaniu" na swoje szczęście i mam nadzieję, że osoba, którą tak kochasz, jest szczera i ma zamiar uporządkować swoje życie. Mnie niestety zabrakło tych sił na "czekanie" i nie potrafiłam pogodzić się z sytuacją w jakiej się znalazłam (w moim przypadku dziecko to już dorosła osoba), więc ....sam rozumiesz.
Przepraszam, że tak chaotycznie to napisałam, ale też jeszcze jestem pełna różnych uczuć, z którymi walczę. Wiesz jak to mówią: nadzieja umiera ostatnia, więc naprawdę życzę ci "złapania" swojego szczęścia i sensu życia, bo bez tego trudno żyć.
Pozdrawiam i przepraszam, jeżeli czymkolwiek cię uraziłam, nie miałam takiego zamiaru.

Odp: Kochankowie, którym się udało...

malami0099, dziękuję za tą wypowiedź... słowo "moralny" wcale nie brzmi dziwacznie, myślę, że można być wiernym ukochanej osobie, bez względu na to, co wydarzyło się wcześniej... jeśli mogę zapytać, co teraz się z Wami dzieje? Z jakiego konkretnie powodu nie jesteście teraz razem? Ze względu na jego żonę, dzieci? Co stoi na przeszkodzie Waszemu szczęściu?

zuzia1967, dziękuję... tak, czasem mam takie obawy, że dziecko to jedynie jak to nazwałaś "wykręt" - jednak nie mogę tak myśleć, wierzę, że kochamy się naprawdę, ta miłość, to najlepsze co mnie w życiu spotkało, wierzę, że dla Niej można wytrzymać wszystko... choć potknięć nie brakowało, momenty zwątpienia pojawiają się na każdym kroku, niestety... do tego dochodzi chroniczny brak czasu... w normalnym związku jest inaczej, ludzie nie mają czasu, bo każde zajmuje się pracą, szkołą, innymi zajęciami... w takim związku jest to wyjątkowo trudne, bo świadomość, że tego czasu nie ma przez obecność tej osoby w innej rodzinie, zajmowanie się tą rodziną i pielęgnowanie jej... to bardzo boli kochające serce.

Bardzo staram się wierzyć, że jestem właśnie tym mężczyzną - nawet patrząc tak zdrowo-rozsądkowo (dość abstrakcyjne to, co w tej chwili napisałem...) - nie wydaje mi się, aby ktoś ryzykował tyle, na rzecz jedynie "zabawy", czy też "zabawki" - choć wielokrotnie mam takie myśli, uczucia, gdy wraca do męża i dziecka, gdy widzę ich razem w słoneczną sobotę, którą ja spędzam w samotności, często płacząc i trzęsąc się z bólu... wtedy tak się zdarza, poczucie bycia nikim, kimś mniej ważnym, nie-mężczyzną, zabawką na czas kiedy nie ma jego... te wszystkie myśli o których piszesz, niestety są "normalne" i na porządku dziennym w takim związku... to jest bardzo trudne, momentami wręcz nie do przeżycia, nie wiem czy uda mi się spełnić moje marzenie, bardzo bym tego chciał, nie chcę się poddać, chcę do niego dążyć, ile tylko mam w sobie sił... dla mnie osoba o której mowa w temacie, warta jest całego świata, bez Niej w moim życiu ten świat nie będzie miał dla mnie sensu, moje życie również... być może to głupie, być może ktoś przeczyta i powie "facetowi się we łbie przewróciło..." być może będzie miał ten ktoś rację, ale zaryzykuję nawet stwierdzenia, że czasem o tej miłości myślę jak o małym dziecku... naszym dziecku...

Dzięki...

9

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Nie wiem co mogę ci jeszcze powiedzieć, bo w takich sytuacjach niestety niewiele pomagają jakiekolwiek słowa....... chociaż rozmowa z kimś i wygadanie się też pomaga.Ja niestety byłam zabawką, pomimo zaprzeczeń drugiej strony. No cóż postępowanie mówiło samo za siebie, jak wiesz nie słowa a czyny się liczą bo gadać można wiele a szczególnie przez osoby tzw. bajkopisarzami.
pozdrawiam cieplutko

10

Odp: Kochankowie, którym się udało...

zazwyczaj ludzie tutaj i nie tylko tu oceniają zdradzającego tym, że traktuje kochanka/kę jako zabawkę, którą wykorzystuje się pod względem między innymi seksualnym, patrząc tylko pod względem pożądania, a tak na prawdę często innych oceniamy po sobie.
Myślę że jest wiele sytuacji w których kochanek/ka jest traktowany/na na poważnie, jest prawdziwe uczucie, chęć związania się na stałe. Ile zdradzających, ile kochanek tyle jest indywidualnych przypadków.
Tylko co z zaufaniem, skoro można zdradzić męża/żonę któremu/której ślubowało się wierność, to jak można zaufać że kochanka/kę nie zdradzi się kiedyś tak samo. A jak wiadomo historia lubi się powtarzać, choć nie powinno to być regułą. Na pewno są przypadki w których kochankowie układają sobie życie razem i są sobie wierni. Tak myślę.

11

Odp: Kochankowie, którym się udało...
Czerwony Książe napisał/a:

malami0099, dziękuję za tą wypowiedź... słowo "moralny" wcale nie brzmi dziwacznie, myślę, że można być wiernym ukochanej osobie, bez względu na to, co wydarzyło się wcześniej...

nawet nie zrozumiałeś kontekstu określenia "moralny" w odniesieniu do zachowania osoby która oszukuje.
Moralności uczciwość w stosunku do kochanka, kochanki ?

Przecież to nonsens.
Z kochamkeim, kochanką nie łączą żadne zobowiązania - żadna przysięga wierności, żadne zobowiązania wzajemne, brak dzieci, vrak wspólnych przedsięwzięc finansowych, majątkowych.
NIC
Łączą jedynie miłe chwile wykradzione rodzinie, z pełną świadomością że w tym czasie oszukuje się tych którzy zostali w domu.

Dlatego słowo "moralność" w ustach zdradzacza to pełny sarkazm, kpina i kolejne oszustwo, tym razem wobec siebie - poprzez wmawianie sobie, w tym co wyczynia innej osobie jest jakaś forma "moralności".

W Twoim przypadku - 2 lata kochanka zdradza męża.
Przez ten czas doszła do perfekcji w oszukiwaniu, okłamywaniu drugiej osoby.
Oszustwo stało sie jej drugim "ja". Po takim okresie oszukać drugą osobę to jak splunąć przed siebie.
Sam ją tego nauczyłeś, jest bardzo skuteczna - mąz do tej pory nic nie wie.
Myślisz, że ta 2 letnia nauka oszustwa pójdzie w las ? smile

Tym bardziej, ze jawisz się jako biedny miś, który świata nie widzi poza tą zdradzaczką... tym łatwiej będzie Ciebie oszukać...

Gdyby chciała z Tobą być, gdybyś nie był dla niej tylko odskocznią, chwilą oderwania od codzienności, to dawno by odeszła od męża.
Dla kobiety, która naprawdę kocha nie ma takiej przeszkody, której by nie pokonała żeby być z ukochanym.

Czy w ciągu tych 2 lat mąż nie miał z nią przyjemności ??
Po pierwsze to nie Twoja sprawa. To Ty z butami wchodzisz w ich małżeństwo, a Tobie nic do tego co oni robią w swoim małżeństwie.
Swoją drogą to raczej wątpliwe, żeby zdrowy facet w ciągu 2 lat nie zbajerował żony na tyle, żeby choć co miesiąc...:)

Kochankowie którym się udało - ale co udalo ?
Rozwalić małżeństwo, rodzinę ?
Przeżyć ze sobą parę lat, byle jak ?
czy przeżyć ze sobą do grobowej deski w szczęściu i wzajemnej wierności ?
Przyznasz, że to ostatnie brzmi jak raczej niedorzecznie ...?

Na pewno, wielu udało się rozwalić rodziny, zawiązać formalny związek i przeżyć wiele lat.
Ale czy  w szczęśliwości ?
z obserwacji - zazwyczaj w takim samym utrapieniu jak w pierwszym związku.
Bo poza przypadkami patologii, to problem tkwi nie w związku, ale osobach które nie potrafią żyć w związku.
Wtedy każdy kolejny związek, będzie taką samą porażką jak ten pierwszy.

Mimo wszystko, powodzenia, ale pamiętaj że wiążesz się z osobą podwyższonego ryzyka.

12

Odp: Kochankowie, którym się udało...

secondo1 chyba troche przesadzasz..
A kto powiedzial ze jak ktos sobie bierze kochanka jako osobe do zycia to bedzie nieszczesliwy albo bedzie zyl w niepewnym szczesciu?
ja rozumiem bo tu wiekszosc jak zauwazylam   wkurzona na kochanki/kow ale za co?
hehe jak ten zonaty lub mezatka nie chce to nidzie nie pojdzie w bok i zadne pokusy nie sa tego w stanie zmienic bez wzgledu na nic..
i tu nie ma co grozic urokami, fatum czy jak tu niektorzy pisza ze co dajemy to wraca,
bzdura jakas, to od nas zalezy jak my ten zwiazek z kochankiem potem ulozymy, a nie od jakiegos fatum smile
moim zdaniem takie sytuacje wynikaja glownie dlatego ze ludzie sie zle dobieraja, kobiety patrza aby mezczyzna mial cechy dobrego ojca ale o cechach dobrego meza dla siebie zapominaja i tak jest w druga strone..
a potem slub i za jakis czas bieda bo wkurza mnie to, to czy tamto...
i jak spotyka sie kogos dla kogo warto to dlaczego nie wziac tego rozwodu i zaczac gdzie indziej? ze slub to znaczy ze sie trzeba ze soba meczyc do smierci? bo nie oszukujmy sie tam gdzie malzenstwo jest szczesliwe to nikt trzeci nie wbije sie
a tak wogole to gdzie oczy i glowe ten biedny maz ze nie zauwazyl przez 2lata  zona go po rogach wali.? wyglada na to ze za bardzo w zone nie wnika

ja wiem ze zdrada to nic przyjemnego, zaden powod do dumy, samo zlo itd i najlepiej zanim sie zdradzi to lepiej odejsc zachowujac jakies pozory przyzwoitosci conajmniej..

rozumiem i tych i tych chociaz nie mam doswiadczen z zadnej strony przynajmniej bezposrednich i puki dobrze nie poznam sytuacji zdradzacza to nigdy nie rzucam kamieniem
sa gorsze zbrodnie ktore mozna wyrzadzic rodzinie np nalogi, dlugi wieloletnie regularne bicie czy inna przemoc psychiczna

13

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Olka, a gdzie ja napisalam o jakims fatum ?
Moze i jest, ale nie na nim si? skupilam.
Napisalam o niedojrzalosci do zwiazku ktora nie znika wraz zpojawieniem si? kochanka, ale przechodzi na nastepny "ten wysniony, wymarzony" zwiazek.
Schemat dokladnie ten sam ktory opisalas myslac o malzenstwie.
Zarowno wtedy, na poczatku narzeczenstwa, malzenstwa widzi si? w drugiej osobie ksiecia a potem... Szuka si? nastepnego ksiecia. Problem ktory jest w zdradzaczu nie znika ale powiela si? nastepnych zwiazkach.
Co do szkodliwosci zdrady , poczytaj sobie watek "Zdrada=morderstwo" . Pod wieloma wzgledami moze by? porownywalny do zabojstwa z premedytacja, o ile nie dobrowadzi do smierci fizycznej, to psychicznej prawie zawsze.

14

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Tak logicznie pomyslmy Czewony Ksiaze....
Chcemy wierzyc w to co do nas mowia, bo to nam daje radosc, a jestesmy nieszczesliwi gdy cos jest nie tak np. samotne weekendy, wakacje itd...
Tak pomysl jak bardzo Ci zalezy na niej....Jakby Ci tak bardzo zalezalo na niej jak teraz i byl bys z inna kobieta na ktorej Ci niby nie zalezy, to bys nie odszedl od osoby z ktora laczy Ci nie wiele (mowie o uczuciach, bo wiadomo jako z zona sa rozne inne spraym materialne) by byc z ukochana?
Pewnie staralbys sie poukladac sprawy finansowe itp i zapewnic malzonce normalne zycie, ale robil bys kroki by to zalatwic w miare szybko i bezbolesnie jak tylko sie da. A co ona robi...przeciaga, odciaga, ma wymowki, ze dzieci, ze kredyt, ze cos tam jeszcze, ze teraz nie bo...itd.
Pomyslmy, czy jesli by zwiazek z nami byl dla nich naprawde wazny i by nie mogli bez nas zyc, to by nie zmienili wszytskiego? Bo tak naprawde to zalezy tylko od ich decyzji, szczerej rozmowy z obecna malzonka/iem o wypaleniu uczuc, ze to koniec itp itd... wiadomo, ze nie zrobi tego po 2 miesiacach znajomosci, bo to jest cos swiezego i nigdy nie wiadomo, ale dw alata to juz troche jest...ja mam to samo, znamy sie troche dluzej, ale na powaznie dwa lata.
Tak sie po prostu zastanawiam, skoro tak zle z malzonkiem/ka, a z nami tak cudownie, to czemu nie odejdzie od partnere/ki?
Wydaje mi sie, ze oni mowia nam to zeby nas zatrzymac ile sie da, mowia nam to co chcemy slyszec, a my chcemy to slyszec bo dzieki temu czujemy jakze niestety zludne szczescie

15 Ostatnio edytowany przez mysterious_chocolate (2014-05-04 23:59:24)

Odp: Kochankowie, którym się udało...

A ja się zgadzam z tym co napisała Secondo1

Powiem więcej - Zasłanianie się dobrem dziecka to szczyt podłości. Jak można wykorzystywać tę niewinną istotkę do usprawiedliwiania swojego podwójnego życia? Tak wygląda moralność? Żarty sobie robicie? Aż strach pomyśleć co w takim razie oznacza ''niemoralność''...
Jeśli dojrzała, mądra kobieta dochodzi do wniosku, że męża nie kocha i małżeństwa nie da się uratować to powinna się z nim rozstać. Wtedy może sobie odchodzić do innego, nawet wcześniej poznanego ale nie wcześniej inaczej mówienie o moralności jest po prostu ''śmieszne''. To by było uczciwe wobec niej, dziecka, Ciebie i męża. A w odwrotnej sytuacji...cóż, nie ta kolejność.

olka_kontrolka - wiesz co to manipulacja i sztuka perswazji?
poza tym zbrodnia zbrodni nie równa

16 Ostatnio edytowany przez prekvapenie (2014-05-05 00:31:49)

Odp: Kochankowie, którym się udało...
Czerwony Książe napisał/a:

jestem również przekonany, że mężczyzn w podobnej sytuacji, cierpiących, żyjących "od spotkania, do spotkania", znoszących upokorzenia wynikające z obecności ukochanej kobiety u boku innego mężczyzny - jest równie wielu, co kobiet, "kochanek"...

Na jakiej podstawie masz takie przekonania?

Moim zdaniem takich mężczyzn właściwie nie ma. Jeżeli się spotykają z mężatkami to na seks bez zobowiązań, i nie chcą burzyć tego wygodnego "układu".

17

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Myśle Czerwony Ksiaże ze czas zeby ktoś sprowadził cie na ziemie..

Kiedy ja czytałam ten twój wątek pomyślałam o jednej rzeczy.
Czy ty naprawde uwazasz,ze ta twoja "kobieta" nie sypia z mężem?
Sadzisz,że da sie udawac tak długo "migrene"

Przecież to jest nie logiczne.
Maż o niczym nie wie tak? Hmm ale zeby nie wiedział,nawet zeby sie nie domyślał
wszystkie pozory muszą zostać zachowane..
Wiec również sprawy łóżkowe..

18 Ostatnio edytowany przez Koryfeusz (2014-05-05 15:50:50)

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Pozory pozorami ale może on jest dla niej tylko przystawką. W razie czego to ona wybierze męża.

19

Odp: Kochankowie, którym się udało...

no ale czerwony książe o tym wie
wie, że gdyby się wydało, ona płakałaby przed mężem, że go kocha przeciez, że chce byc z nim - bo tak postanowiła - DLA DOBRA DZIECKA - rzekomo

wiesz co, czerwony książe?
ja sądzę, że ona ci nie ufa. nie wierzy w ciebie. nie liczy na ciebie
nie wierzy w to, że staniesz obok niej i będziesz dla niej wsparciem i oparciem. że przejdziesz z nia przez rozwód, pomożesz jej ułozyc sobie zycie
piszesz o beztroskich rówiesnikach - jak podejrzewam, ona jest starsza od ciebie, z jakims tam stażem małżeńskim i pewnie trzy - czteroletnim dzieckiem - dlatego piszesz o wielu latach czekania na nią
no ale pomysl.. będziesz z nią..
jaką masz gwarancję, że w pewnym momencie nie jest z toba tylko dlatego bo.. (dziecko, niekulturalny rozwód, problemy...)
przecież widzisz - dwa lata doskonale kłamie i kryje się przed mężem... uczy się- zycia na hustawce, skrajnych emocji, ukradzionych chwil
myslisz, że zwyczajne życie, z jednym facetem, bez adrenaliny - da jej zadowolenie?

nie wierzę, że od dwóch lat nie śpi z meżem
po prostu w to nie wierzę
sądze, że z mężem robi "to" bez miłości (hehe) a zatem nie jest to prawdziwa zdrada
nie mówi ci tego, żeby cię nie ranić, bo ty wierzysz w wielką, jedyną, prawdziwą i na całe życie miłość romantyczną...
a ona?/
zyjąć tak jak zyje nie stąpa już po kwiatkach i motylkach.. ale poi znacznie gorszych produktach przemiany materii..
pomysl - co robi swojemu męzowi? jak traktuje drugiego człowieka? jak bez skrupółów daje mu buziaka na dobranoc i rozmysla o tobie, jak bezduszna jest nie zdając sobie sprawy, że zdrada jest najgorszym bólem jaki mozna zadać
p[omysl -co robi swojemu dziecku, które przecież tak kocha - narażając je w każdej chwili na szok, awantury w domu, zniszczenie jego dotychczasowego zycia w burzy i tajfunie. a potem funduje sobie walkę o dziecko - bo mąż -gdy dowie się o tym, że od dwóch lat przyprawia mu rogi - zrobi pewnie wszystko, żeby się na niej odegrać

wiesz co powinna zrobić kiobieta, która cię kocha jedyną wielką miłością i chce z tobą być?
odejśc od męża, odciąć się od ciebie do momentu uporzadkowania swojego zycia i zabezpieczenia mozliwości opieki nad dzieckiem
ty - jako ten kochający i rozumiejący, że ona nie chce stracić dziecka - bo jest najwazniejsze - POCZEKASZ.. az ona będzie po rozwodzie, z ustaloną opieką nad dzieckiem
a wtedy slub wesele i miłośc do grobowej deski
to, co się dzieje teraz sprawia, że ona, z dzieckiem na rekach, stąpa po linie
jesli spadnie - najpierw oberwie dziecko - ona się jeszcze przytrzyma

w imię miłości do dziecka NIE POTRAFI ułozyć zycia - najlepiej dla tego dziecka...

więc powiem ci - nie wierze, w te jej wielką miłośc do ciebie
sądze, że jej tak dobrze i wygodnie
tam stabilizacja i rodzinka z mężem na weekendy
tutaj emocje i rollercoaster.

20

Odp: Kochankowie, którym się udało...

weź mnie nie rozmieszaj jest ci wierna od dwóch lat, kochankowi??????

21

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Wątek - kwintesencja współuzależnienia.
Autor - człowiek o głęboko zaburzonym poczuciu własnej wartości, uwikłany w toksyczną wyniszczająca go dzień po dniu relację.
Gloryfikacja cierpienia i poświęcenia dla kilku chwil spełnienia, bez wizji na cokolwiek więcej w przyszłości.
Syndrom ofiary 1 do 1.

Dramat.

22

Odp: Kochankowie, którym się udało...
mariola856 napisał/a:

weź mnie nie rozmieszaj jest ci wierna od dwóch lat, kochankowi??????

Niby głupich nie sieją, a wszędzie jest ich pełno...

Autorze jesteś zabawny, naprawdę. Gdyby Twoja pani chciała odejść od męża, to by to po prostu zrobiła. No cóż jesteś bardzo naiwnym popych..., taka jest Twoja rola i nic ponadto. Kolejnym szczytem głupoty jest idealizowanie Twojej lubej, sorry ale ktoś taki z ideałem ma niewiele wspólnego. Biedactwo męczy się w domu z mężem i dzieckiem, a Tobie wypłakuje się w rękaw... Zazwyczaj to kobieca domena dać się tak jakiemuś misiowi urobić, ale jak widać frajerstwo nie ma rozgraniczenia na płeć. I jeszcze jedno, będziesz tak czekał i czekał, za jakieś parę lat się obudzisz, chyba że pani Ci powie, że czeka z odejściem od męża, aż dziecko dorośnie i się usamodzielni, czyli lekko licząc kilkanaście lat... Cóż jesteś byle jaki to i masz byle co...

23

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Najpierw do ksiecia, tez podzielam zdanie poprzednikow tzn ze tez tak do konca nie wierze ze ona z nim nie sypia.. moze nie czesto ale od czasu do czasu pewnie on ja zbajeruje

co do reszty.. ej wezcie mi nie mowcie ze przez 2lata kochajacy maz nie zauwazy ze zona go zdradza smile
kobieta chce czy nie to mowa ciala ja zdradzi, kobieta az tak nie umie oszukiwac jak facet bo angazuje sie uczuciowo w romans a wtedy nastepuja zmiany w jej zachowaniu, wygladzie czy podejsciu do meza
czy chcemy czy nie wszystkiego nie umiemy zagrac tak dobrze jak faceci bo jestesmy emocjonalne
nie wierze, ze on nie zauwazyl ze ona miota sie, mysli, sie wyciszyla, nawet ten dotyk juz nie jest taki sam :]

secondo niekoniecznie zgadzam sie z podejsciem do kochanka jak do ksiecia z bajki bo jakby mnie moj maz wkurzal to nie bralabym byle kogo za drugiego tylko po tylu latach powinno sie wiedziec na kanwie dotychczasowych doswiadczen czego ja chce
ja teraz jakbym miala sie rozwiezc to bym wiedziala jakiego mezczyzne chce w nastepstwie bo umiem wyciagnac wnioski

tak czytalam ten watek o zdradzie i szczerze to nie przemawia do mnie bo ja mam inny poziom wrazliwosci i moze z racji wychowania i zawodu nadal uwazam ze kobiecie i dzieciom moga sie zdarzyc gorsze rzeczy niz zdrada, takie jest moje zdanie
ale kazdy ma inne podejscie,. inne rozpaczaja latami a inne jak ja po przezyciu 1 szoku by sie otrzepaly i poszly dalej przed siebie

moj kumpel tez mowi ze kobieta zakochana idzie za facetew mimo wszystko, ale ja w to nie wierze i mysle ze to dziecko to nie zaden wykret i zeby nie ona to juz dawno by zwinela manele od mezusia.. ona moze i kocha czerwonego i pewnie sie zwinie z tego malzenstwa tylko czy on na nia poczeka tyle lat

ja bym na Twoim miejscu odeszla, dala jej czas na wybor ale bez nacisku bez presji czasu, sama musi poukladac sobie rzeczy w glowie
juz dawno zwariowalabym na jej miejscu tak zyjac miedzy wami dwoma smile

24

Odp: Kochankowie, którym się udało...
olka_kontrolka napisał/a:

Najpierw do ksiecia, tez podzielam zdanie poprzednikow tzn ze tez tak do konca nie wierze ze ona z nim nie sypia.. moze nie czesto ale od czasu do czasu pewnie on ja zbajeruje

co do reszty.. ej wezcie mi nie mowcie ze przez 2lata kochajacy maz nie zauwazy ze zona go zdradza smile
kobieta chce czy nie to mowa ciala ja zdradzi, kobieta az tak nie umie oszukiwac jak facet bo angazuje sie uczuciowo w romans a wtedy nastepuja zmiany w jej zachowaniu, wygladzie czy podejsciu do meza
czy chcemy czy nie wszystkiego nie umiemy zagrac tak dobrze jak faceci bo jestesmy emocjonalne
nie wierze, ze on nie zauwazyl ze ona miota sie, mysli, sie wyciszyla, nawet ten dotyk juz nie jest taki sam :]

secondo niekoniecznie zgadzam sie z podejsciem do kochanka jak do ksiecia z bajki bo jakby mnie moj maz wkurzal to nie bralabym byle kogo za drugiego tylko po tylu latach powinno sie wiedziec na kanwie dotychczasowych doswiadczen czego ja chce
ja teraz jakbym miala sie rozwiezc to bym wiedziala jakiego mezczyzne chce w nastepstwie bo umiem wyciagnac wnioski

tak czytalam ten watek o zdradzie i szczerze to nie przemawia do mnie bo ja mam inny poziom wrazliwosci i moze z racji wychowania i zawodu nadal uwazam ze kobiecie i dzieciom moga sie zdarzyc gorsze rzeczy niz zdrada, takie jest moje zdanie
ale kazdy ma inne podejscie,. inne rozpaczaja latami a inne jak ja po przezyciu 1 szoku by sie otrzepaly i poszly dalej przed siebie

moj kumpel tez mowi ze kobieta zakochana idzie za facetew mimo wszystko, ale ja w to nie wierze i mysle ze to dziecko to nie zaden wykret i zeby nie ona to juz dawno by zwinela manele od mezusia.. ona moze i kocha czerwonego i pewnie sie zwinie z tego malzenstwa tylko czy on na nia poczeka tyle lat

ja bym na Twoim miejscu odeszla, dala jej czas na wybor ale bez nacisku bez presji czasu, sama musi poukladac sobie rzeczy w glowie
juz dawno zwariowalabym na jej miejscu tak zyjac miedzy wami dwoma smile

A co jeśli dla niej to nie pierwszyzna i nabrała już w tym wprawy??

Kochający mąż nie zauważy... tak sobie powtarzaj... przykład pierwszy z brzegu (na zauważenie i brak oporów przed odejściem) ->> http://www.netkobiety.pl/t68744.html

25

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Ee nie sadze smile
mysle ze to jej pierwszy raz inaczej wiedzac ze kochanek sie zaangazowal kopnela by juz go w dupe bo po co jej komplikacje? jak raz sie doswiadczylo komplikacji to drugi raz sie robi wszystko aby ich uniknac

a tamten watek zaraz poczytam

26

Odp: Kochankowie, którym się udało...
olka_kontrolka napisał/a:

Ee nie sadze smile
mysle ze to jej pierwszy raz inaczej wiedzac ze kochanek sie zaangazowal kopnela by juz go w dupe bo po co jej komplikacje? jak raz sie doswiadczylo komplikacji to drugi raz sie robi wszystko aby ich uniknac

a tamten watek zaraz poczytam

Sorry ale akurat TEN kochanek jawi się jako taka sierotka Marysia, przynajmniej takie mam odczucia czytając Jego wpisy... a więc łatwo jej go kontrolować. A ten sport mogła zacząć uprawiać jeszcze nie będąc żonką/mamuśką...

27

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Sie zakochal no smile
wiesz ze milosc daje nadzieje, oslepia i czlowiek jest tyle w stanie zniesc w imie milosci ze az sama sie niejednokrotnie dziwie jak czytam to forum
wracajac do Tomka z linku.. tak naprawde to nie znamy jego sytuacji malzenskiej bo oprocz "bylem dobrym ojcem i mezem" to za malo informacji jak dla mnie smile
moj maz tez swego czasu mial o sobie takie zdanie bo przeciez nie pije, nie bije i pieniadze zarabia
ale ze przy okazji siedzial przed kompem od rana do nocy, nie pomagal podczas gdy ja robilam cos co we 2 by sie zrobilo o wiele szybciej, nie zauwazal mnie, nie rozmawial itp to przeciez sie nie liczy
i teraz sobie mysle ze jego szczescie ze ja nie znalam w tamtym czasie tych osob ktore teraz  znam bo prawdopodobnie przegralby nas na komputerze smile
sama pewnie bym poddala sie pokusie i poszla mu w sina dal

28

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Tu masz identyczny temat : http://www.netkobiety.pl/t68174.html
Warto używać wyszukiwarki:)

29

Odp: Kochankowie, którym się udało...

Czerwony Książę sprawdź maila

Posty [ 30 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Kochankowie, którym się udało...

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024