Witam,
Forum czytam od dłuższego czasu, jestem pod dużym wrażeniem kultury wypowiedzi i jakości dyskusji, w tematach niekiedy bardzo kontrowersyjnych - myślę, że niewiele jest takich miejsc w internecie, gdzie ludzie z często bardzo poważnymi problemami, mogą te problemy "bezkarnie" opisać i dostać w zamian coś więcej, niż kilkanaście postów drwin i wyzwisk...
Na forum nie brakuje wątków, dotyczących emocjonalności i problemów wewnętrznych kobiet będących w związkach z żonatymi mężczyznami - pozwolę sobie operować określeniami "kochanka/kochanek" - bardzo tego nie lubię, i myślę, że żadna z osób będąca właśnie kimś takim również za tym określeniem nie przepada, ale wiemy doskonale, o co chodzi... - natomiast bardzo mało jest tutaj opisanych sytuacji, w których to mężczyzna jest "tym trzecim", wypowiedzi mężczyzn, których ukochana kobieta z jakiegoś powodu pozostaje w związku z innym mężczyzną... i właśnie tutaj chciałbym zarzucić sieci - myślę, że mężczyźni w znacznej większości z racji chociażby charakteru i innej budowy psychicznej, nie mówią publicznie o swoich uczuciach w tak otwarty sposób, jak kobiety, ale jestem również przekonany, że mężczyzn w podobnej sytuacji, cierpiących, żyjących "od spotkania, do spotkania", znoszących upokorzenia wynikające z obecności ukochanej kobiety u boku innego mężczyzny - jest równie wielu, co kobiet, "kochanek"...
Czy jest tutaj mężczyzna, któremu właśnie z pozycji tego "trzeciego", gorszego, żyjącego w cieniu męża, udało się dotrwać momentu, w którym to On zaczął stanowić rodzinę dla swojej ukochanej, momentu w którym to On stał się tym podstawowym, tym oczywistym, tym najważniejszym mężczyzną w życiu swojej kobiety, kimś, kto nie musi się już bać, żyć w ciągłym strachu, niezaspokojeniu, upokorzeniu i "niedożywieniu"?
Innymi słowy - interesują mnie związki, którym się udało... tzn. kobieta na rzecz takiego związku, zmieniła swoje dotychczasowe życie, poprzez rozwód/odejście od męża...
Myślę, że nie ma sensu rozprawianie na temat tego co czuje "kochanek"/"kochanka" - w trakcie tego oczekiwania, oczekiwania, którego często nie ma końca, cierpienia, które przeżywa taka osoba są nie do wyobrażenia dla kogoś, kto nie odczuł tego na własnym sercu... z tego miejsca również chciałbym prosić o nie poddawanie pod dyskusję w tym temacie słuszności takiego związku, bądź nie... zdaję sobie doskonale sprawę, ilu przeciwników "rozbijania rodzin" (większość i tak zobaczy w tym jedynie tyle...) będzie chciało wypowiedzieć się w bardziej, lub mniej przyjazny sposób, nie chcę nikogo bronić, ani osądzać jakie zachowanie jest słuszne, a jakie nie... Chciałbym nawiązać kontakt z osobami, kobietami, bądź mężczyznami, w podobnym położeniu do "naszego", osobami, które przeżyły, bądź przeżywają podobną sytuację... które z jakiegoś względu czekają na swoją ukochaną osobę (być może są tutaj osoby, na które ktoś czeka?), być może ze względu na dzieci, chęć zapewnienia im rodziny złożonej z prawdziwej mamy i prawdziwego taty w jednym domu, przy jednym stole, na wspólnych wakacjach, przy wspólnej choince...
Zdaję sobie sprawę, że jest to forum publiczne i każdy może tutaj wyrazić swoją opinię - nie mniej jednak prosiłbym o zabranie głosu przez osoby, które w temacie mają coś do powiedzenia, a nie mają za cel jedynie nawyzywać i naubliżać... myślę, że z tym osoby będące tym, bądź tą "trzecim/trzecią" - spotykają się wystarczająco często i na każdym kroku, gdy tylko taki temat się pojawia...
Interesuje mnie również temat zaufania... zaufania swojej ukochanej osobie, pozostającej w związku z mężem/żoną - jak radzicie sobie z obecnością swojej miłości "tam", u boku żony/męża? Być może zostanę wyśmiany, ale myślę, że gdy ludzie się kochają, to nawet w takim "układzie" (kolejne słowo, którego nie znoszę, ale myślę, że również wiemy o co chodzi...) istnieje coś takiego jak wierność... oczywiście już nie mężowi, czy żonie - ale ukochanej Nam osobie... przecież nie każda "kochanka" to jedynie zabaweczka na godziny i darmowy seks, tak samo jak i nie każdy "kochanek" to jedynie odskocznia od męża, fascynacja jedynie nowym ciałem, czy innym seksem... czy potraficie zaufać, wierzyć w słowa ukochanych Wam osób, że "tam nic się nie dzieje...", czy potraficie być spokojnymi, wyłączyć tą zazdrość o męża/żonę, nie trząść się ze strachu o każdy "damsko-męski" gest, czy zachowanie... uwierzyć po prostu, że tam już tego nie ma? Oczywiście zakładając, że taka jest umowa... że nie ma tego seksu, tych pocałunków, wyjść we dwoje itp. itd.
Potraficie mimo wszystko wierzyć w te słowa, zaufać, że to prawda... że nie zostaje Wam to wmówione jedynie po to, aby "nie bolało tak mocno"?
Zdaję sobie sprawę, że wypowiedź być może dość chaotyczna, i pewnie kontrowersyjna... liczę na sensowne wypowiedzi osób, które między wierszami wyczuły moje położenie, świadomość... oczywiście, liczę się również z wszelkimi opiniami osób, którym się jedynie wydaje, że wiedzą wszystko na temat uczuć każdego dookoła... myślę, że nie zaszkodzi spróbować, być może tutaj uda się napotkać na choć jedną iskierkę pomocy, jakiegoś zrozumienia, być może wsparcia...
z góry dziękuję...
Pozdrawiam