Tym razem zainspirował mnie kolega Doom:
Moje dziecko może złamać mi serce, może wpędzić mnie do grobu - dosłownie, ale to wszystko nigdy nie sprawi, że przestanę je kochać! Zawsze i w każdej sytuacji będę pragnął dla niej szczęścia. Nawet wtedy, gdy jej definicja szczęścia będzie biegunowo odległa od mojej.
Poruszę, jak zwykle, kilka kwestii:
Czy potraficie, tak w 100%, wyzbyć się egoizmu? Całe życie marzyłyście np. o spokojnej starości w domu z ogródkiem, wśród tupotu stópek wnuków, a tu się okazuje, że córka nie chce mieć dzieci, a syn jest gejem. Jesteście pewne, że bez cienia żalu powiecie: "Spoko, najważniejsze, żebyś był/a szczęśliwy/a"? ![]()
Co jeśli to szczęście dziecka tak naprawdę, z Waszego punktu widzenia oczywiście, mu szkodzi? Córka ma męża przemocowca, którego och ach tak kocha i bez niego żyć nie może. Syn zamknął się w domu jakiejś sekty. Dziecko wybiera zawód, w którym nie znajdzie pracy. Młody włóczęga świadomie wybiera życie bezdomnego. Akceptujemy bez mrugnięcia okiem? A jeśli akceptujemy, to świadczy to o naszej bezgranicznej miłości i tolerancji, czy raczej o... bezradności?
No i wreszcie - czy naprawdę miłość rodzica nigdy nie ustaje? Będziemy kochać córkę prostytutkę, syna zabójcę, córkę, która usuwa jedną ciążę za drugą (wersja dla przeciwniczek aborcji oczywiście), syna, który pije i bije żonę i dzieci? Przestępcę seksualnego?