Hej wszystkim ![]()
Piszę ponieważ czytam to forum od dawna, przynosi mi niejednokrotnie ulgę ale odnajduję tu także wiele cennych, życiowych rad. Niestety kilka dni temu mój ponad roczny związek dobiegł końca. Tak jak wszyscy potrzebuję wsparcia...
Od początku nie była to łatwa relacja z racji, że ja należę do osób bardzo ciepłych i otwartych, a on wręcz przeciwnie - typ odludka, niewiele mówiącego o sobie i swoich uczuciach. Często kłóciliśmy się (o ile to można nazwać kłótnią a nie moimi monologami) o jego brak zaangażowania, inicjatywy, marazm, bardzo częste niezadowolenie...Dochodziło do tego, że on już mechanicznie robił pewne rzeczy, tylko po to żebym była szczęśliwa. Dla niego nie było w tym nic dziwnego, że nigdize nie wychodzimy, że leżymy przed telewizorem, że ja muszę przyjeżdżać do niego z drugiego końca miasta i nigdy nawet nie odprowadzi mnie na autobus mimo że jest już grubo po 23, że nie spyta potem nawet jak dojechałam, bo on już usnął i go to nie obchodzi. Oczywiście wyrzucałam mu to, ale nie przynosiło zbyt wielkich efektów - choć czasem się starał, raz na kilka miesięcy wymyślił jakieś wyjście albo rozrywkę pod tytułem kino, a ja skakałam pod sufit z radości, że w końcu on! Sama też starałam się ożywiać naszą relację, zabierałam go do znajomych, wyciągałam do ciekawych miejsc, pokazywałam nowe formy spędzania czasu...czego nigdy nawet nie skwitował miłym słowem. Raz myślałam że serce mi pęknie, kiedy ja od kilku dni przygotowywałam dla niego wyjście w pewne oryginalne miejsce, a on tylko skwitował to ze skwaszoną miną, że jest mu zimno i że śmierdzi. Ale i tak robiłam dobrą minę do złej gry i jeszcze jak idiotka obwiniałam siebie, że może faktycznie było zimno i śmierdziało, a mój pomysł był totalnie do bani. Zresztą wyjście do zoo, które też kiedyś wymyśliłam skomentował, że to dla dzieci, a poza tym śmierdzi (tak, wyjątkowo czuły na zapachy
) i nie pójdzie. W końcu kiedy poszedł i bawił się świetnie, bo widziałam to po nim kiedy jak dziecko podniecał się zwierzakami, to i tak na koniec ostatecznie był niezadowolony bo za gorąco i drogie picie w sklepie ;/
Mimo tego jak bardzo się starałam być dla niego, zasługiwać na jego miłość (tak wiem, to debilne myślenie ;/), zdarzały się chwile, że wybuchałam. Ostatnio niestety coraz częściej. Wtedy zasypywałam go żalami, poczuciem krzywdy i wyrzutami, a on jeszcze bardziej zamykał się w sobie. Starałam się jak mogłam gryźć w język by go nie urazić, ale czasem nerwy mi puszczały, szczególnie kiedy jechałam dla niego w nocy przez pół miasta, a żeby on gdziekolwiek miał ruszyć dupę to było marudzenie. Często myślałam o rozstaniu, wiele osób mi mówiło, że w tym związku nie jestem szczęśliwa, a mimo to zawsze go tłumaczyłam i wybielałam. Owszem, były piękne chwile, kiedy mówił, że mnie kocha i przytulał, czasem nawet powiedział że ładnie wyglądam itp...jak w każdym związku. Teraz jednak mam wrażenie, że otrzymywałam ochłapy miłości.
Eh, wiem, że to nie jest wyznacznik związku ale nigdy nawet nie dostałam od niego głupiego kwiatka. Komplementy raz na ruski rok - starałam się go zasypywać nimi, żeby może też zaczął mnie doceniać - skutek zerowy. nie pojechaliśmy razem na wakacje, na jakąkolwiek wycieczkę. Nawet o tym żeby rpzepuszczał mnie w drzwiach musiałam mu przypominać (dodam, że jest to mężczyzna raczej bliżej trzydziestki a nie nastolatek...).
No i stało się, zostawił mnie. Powiedział, że już nie jest w stanie naprawiać naszej relacji, że mi ciągle coś nie pasuje i ciągle jest coś nie tak, że nie ma siły. Kocha mnie, ale nie potrafi już ze mną być - tak argumentował. Oczywiście zaczęłam mu nawijać, że jeśli ludzie się kochają to są w stanie walczyć o związek, próbować się zmieniać, pieprzyłam o akceptacji wad itp...Przepraszałam za to jaka byłam i płakałam. Jeszcze chwila i błagałabym żeby mnie nie zostawiał, wiem, żałosne. On też przepraszał i płakał, powiedział, że to jego wina, bo "on już taki jest" i nie może mnie unieszczęśliwiać.
Nie zrobił nic by o nas zawalczyć. Ja też już nie mam siły nic robić. Po kilku przepłakanych dniach zrozumiałam, że on już nie wróci. Tfu, zrozumiałam, że ja także nie chciałabym już wracać. tzn.no wszyscy wiemy co się dzieje kilka dni po rozstaniu...najchętniej by się człowiek w ramiona rzucił. Ale zrozumiałam, że mimo tego, że tak bardzo za nim szaleję to nie ma sensu. Przecież gdyby mnie kochał to nie poddałby się tak łatwo, ludzie którzy się kochają nie powinni być oddzielnie...
Jest mi tylko cholernie ciężko pozbierać się, wiadomo, wspomnienia, dużo czasu razem...dużo mojej energii także poświęciłam właściwie od początku na tę relację. Muszę się pogodzić z tym, że nie da się nikogo zmusić do kochania. I nie wierzę już w jego słowa, że kocha ale musi odejść bo ciągle jest coś nie tak między nami. Chyba jedynie się przywiązał.
Tym wpisem sama po prostu daje sobię wytchnienie i kopa. Będę czytać to w każdej chwili kiedy złapie mnie dół i postanowię do niego napisać. Wiem, że jestem świetną dziewczyną i znajdę kogoś, kto to doceni. I wiem, że nie muszę zasłużyć na niczyją miłość, bo pokochałam siebie i pogodziłam się z tym co się stało. Choć nadal przychodzą chwile, że uważam, iż to ja wszystko zniszczyłam swoim marudzeniem i wymaganiami wobec niego....ale chyba nie były to jednak wymagania z kosmosu.... Trzymajcie za mnie kciuki, abym ułożyła sobie w głowie wszystko na nowo, w końcu było to po prostu ot, zwykłe rozstanie...