Witam wszystkich.
Opiszę w wielkim skrócie historię mojego związku z byłą już partnerką, matką naszego 7 letniego syna. Proszę o jakieś opinie i rady jak postępować... ![]()
Tak związek zaczęliśmy na początku 2006 roku po 2 miesiącach od poznania, ona miała 15 lat, ja 18. Na początku było wszystko pięknie, spacery, plaża, przytulanie, miesiąc od rozpoczęcia związku zaczął się cudowny sex. W sierpniu 2006 roku zaszła w ciąże. Mimo wielu przeciwności wytrwaliśmy razem i dziecko przyszło na Świat. Pod koniec ciąży mieliśmy dużo kłótni, bo ja pracowałem a ona w ogóle nie chciała wychodzić z domu, dowiedziałem się wtedy, że przesiaduje na gg i romansuje z kolegami poznanymi na czatach. To były takie niby luźne dyskusje, ale utrzymywała tam, że jest samotna.
Była dla mnie najważniejsza, uchylałem jej nieba a ona mnie raniła. Po wyjściu ze szpitala rodzice zabrali ją do domu, bo nie zgadzali się na nasze wspólne zamieszkanie. Zacząłem codziennie przychodzić do niej i do dziecka i spędzaliśmy miło czas, choć wiadomo czasem były jakieś kłótnie jak to w każdym związku. Gdy nasz synek miał około 2 miesiące to zaczęliśmy więcej czasu spędzać u mnie i tak już została a do rodziców chodziła sporadycznie. Od września 2007 roku zaczęła chodzić wieczorowo do gimnazjum, żeby skończyć ostatnią klasę. Wtedy zaczęły się schody.
Poznała tam jakiegoś chłopaka, chodzili razem do tej samej klasy. Po jakimś czasie zamiast po zajęciach przyjść do mnie i do dziecka, szła do niego i jak się później okazało kilkukrotnie uprawiała z nim sex. Mieli plany na życie itd, ale po wielu godzinach płaczu i przeprosin pozwoliłem jej wrócić do mnie. Było mi ciężko, bo ona nadal chodziła z nim do szkoły, ale niby się z nim nie spotykała. Później okazało się, w czerwcu 2008 roku, że zamiast po zakończeniu roku i odebraniu świadectwa nie przyszła mimo, że czekałem, tylko poszła do niego. Nie wiem co robili, miała wyłączony telefon przez chyba 5 godzin. Później się kłóciliśmy i znowu się rozstaliśmy. Byłem zdruzgotany... Nie mogłem żyć z tą myślą, że ona może mnie tak ranić...
Pogodziliśmy się w sierpniu 2008 roku i wszystko było w miarę ok. Od września 2008 roku poszliśmy razem do LO zaocznie, bo ja byłem po zawodówce, a że obydwoje chcieliśmy mieć wykształcenie średnie, to podjęliśmy decyzję o wspólnej szkole. Czas leciał i tak jakoś było w miarę ok. Na początku 2009 roku (luty) doznałem szoku! Zaczęła częściej chodzić do domu, nie odbierała telefonu, unikała spotkań. Dowiedziałem się, że spotyka się z jakimś byłym kolegą z podstawówki i przychodzi do niej do domu, spędzali razem bardzo dużo czasu. Rozstaliśmy się na kilka dni przed tym, jak miałem jej się oświadczyć. Zabierałem dziecko do siebie, praktycznie codziennie. Jej nie zależało za bardzo na tym, żeby się nim zajmować, bo wolała uprawiać sex z nowym chłopakiem. Przyłapał ich nawet na tym nasz syn, mimo to, że zaczynał dopiero mówić to opowiedział co widział. Miesiąc od naszego rozstania ona nagle zaczęła przychodzić z dzieckiem zamiast go przyprowadzić i iść, to zostawała. Okazało się później, że tego jej kolegę zamknęli na kilka lat za coś i urwał im się kontakt, więc postanowiła wrócić, a ja? Byłem głupi...
2009 roku zleciał bez większych przygód, aż do grudnia. Pod koniec grudnia nasz syn wylądował w szpitalu. Ona spędzała z nim tam czas, tam poznała jakiegoś ojca chorej dziewczynki. Spędzała z nim dużo czasu, bo ja pracowałem a oni siedzieli całymi dniami w tym szpitalu. Syn opuścił szpital zaraz na początku 2010 roku. Ona zaraz po przyjściu do domu zaczęła się spotykać z tym facetem. Rozstaliśmy się. Znowu pogodziliśmy się po około miesiącu. Wiem, wiem, wiem, rzygać Wam się już chce jaki ja byłem głupi...
W czerwcu 2011 roku zdradziła mnie z kolegą z bloku obok, którego znała od dzieciństwa. Nic o tym nie wiedziałem, po prostu stała się tak zajebiście miła, że zacząłem się domyślać co stało się tej nocy, kiedy poszła do niego na film, mimo to, że ja tego nie chciałem. I jeszcze jedna rzecz - hasło. Hasło na telefonie, żeby tylko ona mogła z niego korzystać... W końcu nie wytrzymałem, minął miesiąc od zdarzenia. Jak spała wziąłem jej telefon, złamałem hasło i dowiedziałem się, że nie tylko tej nocy z nim uprawiała wielogodzinny sex do rana, to jeszcze przez 2 tygodnie fantazjowała z nim o tym i umawiała się na kolejne spotkanie, jak tylko jej się uda.
Następnego dnia poszliśmy na spacer. Jak zacząłem jej cytować teksty z SMSów to się zmieszała i zaczęła się bronić, że chyba ją z kimś pomyliłem, że o co mi chodzi. Wiecie po jakim czasie się przyznała? Po 3 godzinach rozmowy i płaczu, że nic nie zrobiła... Byłem naiwny i wybaczyłem jej po raz kolejny.
Nadszedł pamiętny dla mnie rok 2012... Na samym początku roku zaczęła się dziwnie zachowywać, unikała mnie, znowu więcej czasu spędzała w domu... Na 2 dni przed moimi urodzinami rozstaliśmy się, bo dzień wcześniej mieliśmy gdzieś wyjść. Ona się szykowała, ja sprzątałem. Spędziła wiele godzin na szykowaniu. Kąpiel, depilacja, malowanie paznokci, balsamowanie ciała, układanie fryzury, makijaż... Wyglądała pięknie... Szkoda tylko, że nie dla mnie to wszystko
Kończyłem zmywać i nagle słyszę, że ubiera się z dzieckiem do wyjścia. Wyszedłem i mówię, a gdzie Wy idziecie? A ona na to, że musi iść na chwilę do domu, bo matka do niej dzwonił i coś chce, to zostawi później małego ze swoimi rodzicami i przyjdzie. Byłem zły, ale odprowadziłem ich do połowy drogi (mieszka 2,5 km ode mnie) i wróciłem do domu. Sam wyszykowałem się do wyjścia i czekałem na tel o wyznaczonej porze. Nie dzwoniła, więc zacząłem dzwonić. Za którymś razem odebrała i wybuchła, że na chuj tyle razy dzwonię i ją wkurwiam. Rozłączyła się, nie wierzyłem w to co usłyszałem. Serce mi się kroiło...
Za kilka minut dzwonię ponownie - zajęte. Rozmawiała z kimś około pół h. Później już właściwie nie rozmawialiśmy, bo jak odebrała po zakończeniu rozmowy i zapytałem o co jej chodziło i z kim rozmawiała pół h, to powiedziała spierdalaj i wyłączyła telefon. Po pół h nie nie wytrzymałem i wyłem jak pies... Miałem znowu złamane serce.
Włączyła telefon o 4 w nocy. Udało mi się dodzwonić do niej około 13, była dziwna i wtedy przez telefon powiedziała mi, że to koniec... Było to na 2 dni przed moimi urodzinami. Spotykała się z tym człowiekiem, ja zabierałem małego do siebie jak do niego jeździła. Nigdy nie przyszła po dziecko tak jak się umawialiśmy, np na 20 miała przyjść, to nie odbierała i mały zostawał u mnie na 2/3 dni aż ona się odezwała. Szalała na całego... Byłem idiotą i na wielkanoc 2012 się pogodziliśmy. Ona utrzymywała, że tamten człowiek to był tylko kolega. Już po niedługim czasie, bo w czerwcu 2012 historia się powtórzyła tylko z innym człowiekiem. Rozstaliśmy się. Znowu zostawiał u mnie dziecko na na kilka dni i znikała. Pewnego dnia (koniec lipca) podstępem dostałem się na jej adres pocztowy. Okazało się, że ma założone konto na serwisie badoo od stycznia 2012 roku. Tam pisała z kilkudziesięcioma facetami, w tym z tym człowiekiem z okresu moich urodzin, z tym co obecnie się z nim spotyka i jeszcze jednym, co przyjeżdżał do nie autem tylko na "lodzika". Okazało się, że ten z marca był tylko od seksu i robiła z nim to w samochodzie od 23 do 3 w nocy wtedy co miała ze mną wyjść, było to ich pierwsze spotkanie.
Później umawiała się z z nim tylko na "lodzika", a że w okresie wielkanocy kontakt z nim jej się urwał, to wróciła do mnie. Ten obecny też był z tego portalu i też łączył ich głównie sex. Miała obsesje na punkcie zaspokajania ustami wszystkich... Wtedy jak to czytałem ona była u mnie, była 23 godzina. Jak zobaczyła, że to czytam to chciała mnie zabić! Wybiegła, ryczała, po około godzinie się uspokoiła i zaczęła wszystko opowiadać... Włosy mi się na głowie jeżyły... Około 3 w nocy wybiegła z płaczem w stanie załamania i powiedziała, że nigdy więcej jej nie zobaczymy z dzieckiem i że mam go wychować na dobrego człowieka. Po chwili poszedłem za nią, było mi jej żal. Mimo wszystko nadal ją kochałem i była przecież matką naszego syna... Dogoniłem ją, chciała się zabić. Rozmawialiśmy długo, płakała, przepraszała. Cofnęliśmy się do domu. Następnego dnia poszliśmy razem z małym na spacer, rozmawialiśmy długo... Na placu zabaw tak rozmyślała i zapytała się mnie, czy chce spróbować zacząć wszystko od nowa. Po zastanowieniu pomyślałem, że może ją to czegoś nauczyło i się zgodziłem...
Byłem głupi... Mieliśmy udać się na wspólną terapię, ale ona nie chciała. Po jakimś czasie to wszystko zaczęło się układać w mojej głowie, te zdrady łączyły się w jedną całość, odpowiadałem sobie na pytania. Zaczęło mnie to przerastać...
Z każdym dniem brzydziłem się nią coraz bardziej, przy byle kłótni mówiłem jej, że jak jej się coś nie podoba niech idzie do kolegi. Ona płakała często, kochałem ją bardzo ale nie umiałem tego zapomnieć, choć się starałem... Oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej. Od listopada 2012 do kwietnia 2013 w ogóle nie było między nami zbliżeń. Nie umiałem... Spędzaliśmy razem czas, spacery, kino itd ale sex dla mnie był czymś nie do przyjęcia... W sierpniu 2013 dowiedziałem się, że spotkała się z tym człowiekiem, co latem 2012. Do dziś nie wiem po co, nie powiedziała mi... Od września 2013 zaczęła pracę 20km od domu. I wtedy zaczęły się znowu dziwne sytuacje. Co prawda między nami było w miarę ok, pojawił się nawet sex, ale ona była jakaś obca... To była jej 1 w życiu praca. Mimo wszystkich dziwnych sytuacji ufałem jej i nie kontrolowałem. Dałem jej wolną rękę. 4 grudnia 2013 wyszła rano do pracy i... nie wróciła.
Miała kończyć o 15:30, mieliśmy iść z małym do kina z okazji mikołajek, miała przynieść dla niego leki bo wzięła receptę a był przeziębiony. Nie odbierała telefonu, jej matka szukała jej wszędzie, po szpitalach, policji. Ślad po niej zaginął. Pojawiła się o 22. Zadzwoniła do mnie z płaczem, nie chciała powiedzieć gdzie była i powiedziała, że ona już nie ma siły, że to bez sensu... Nie rozmawialiśmy długo, może kilka minut... Nie spałem całą noc. Syn był u mnie. Myślałem nad tym wszystkim bardzo dużo i następnego dnia około 10 zadzwoniłem do niej i chciałem się spotkać - nie chciała. Powiedziała, że nie może już na mnie patrzeć, że nie umie mi spojrzeć w oczy i że już za późno. Powiedziałem wtedy jej przez telefon, że przemyślałem wszystko i nie będę już jej stawał na drodze, że mam dość cierpienia... Przyjęła to bez protestu, ale płakała... Miała przyjść o 17 do małego bo bardzo tęsknił, w końcu to już duży chłop i wychowywał się też z mamą... Okłamała go, nie przyszła. Pojawiła się po kilku dniach, już nie rozmawialiśmy... Jak przyszła po swoje rzeczy, to długo rozmawialiśmy... Powiedziała, że ona ma dość? itd, pytałem o co chodzi, bo nie wiedziałem za bardzo...
Mówiła, że to tylko kolega itd. Już mnie to nie obchodziło. Wyprowadziła się, mały został ze mną. Poszła do niego, mimo to, że rzeczy zawiozłem jej do domu. W Wigilię przypomniało jej się, że jest matką. Wpadła do mnie ze swoim ojcem, na dole czekał on. Zabrali mi syna.
Przez Święta był u mnie jeden dzień, później zabrała go (z płaczem, wyzywała mnie przy dziecku, że jestem dla niej śmieciem i nikim) i wywiozła do nowego partnera. Był tam z nią 10 dni. 6 stycznia udało mi się ją namówić żeby mi go przyprowadziła. Zgodziła się. Podstępem zatrzymałem go i od tego czasu jest ze mną. Na początku stawiał opór, walczyła, ale po kilka dniach dała sobie spokój i syn jest ze mną. Ona najpierw nie dzwoniła w ogóle przez 10 dni, potem 2 tygodnie. W maju będą sprawy w sądzie, bo złożyłem wnioski i chce wychowywać syna w miłości. Dla mnie jest najważniejszy i nigdy go nie opuszczę... Kiedy miała syna u niego uprawiał przy nim sex w jednym łóżku, myśleli chyba że dziecko śpi. Było to kilka razy. Ona zabierała syna do niego tylko po to, żeby mnie ranić. Nie pozwalała mi z nim rozmawiać itd. Jak przyprowadziła go tego 6 stycznia to miał za małe, porwane i obsrane majtki. Nawet o to nie zadbała...
W niedzielę, 9 lutego napisałem jej życzenia urodzinowe i wysłałem laurkę od syna mailem. Wieczorem pisaliśmy na Fb. Była to bardzo sentymentalna konwersacja. Napisała mi, że gdyby mogła cofnąć czas, to powinniśmy zrobić zupełnie inaczej, na stałe zamieszkać razem i teraz siedzieć obok siebie, rozmawiać a nie pisać i być szczęśliwą rodziną... Napisała "Ale teraz to już nie ważne, bo Ty nic nie chcesz". Pisała do mnie "misiu", pytała czy mi na niej jeszcze chociaż trochę zależy i mówiła, że mam sobie wszystko przemyśleć, sam podjąć decyzję, zastanowić do następnego dnia i porozmawiamy. Chciała się spotkać ze mną i dzieckiem. Powiedziałem jej, że wolałbym spotkać się najpierw tylko z nią, bo mamy dużo sobie do wyjaśnienia... Domyśliłem się, że jej rozmowa na fb była podstępem... W rozmowie 2 dni później wieczorem zapytałem co miała na myśli i po co to pisała. Słychać było w tle rozmowę jej faceta z kimś, więc ściszyła głos, wyszła chyba do łazienki i powiedziała, że to już nie ważne i powiedzmy, że miała chwilę słabości. Powiedziała, że może kiedyś się dowiem o co jej chodziło, jak zobaczy że już na to czas.
Nie mam pojęcia o co chodziło.
Wczoraj podczas rozmowy była już sobą, nieprzyjemna, naskakiwała na mnie i jeszcze powiedziała, że gdybym doceniał to co miałem to byśmy dalej byli razem, ale już nigdy nie będziemy i nie powie nic więcej, bo było by to dla mnie przykre. Normalnie co 2 dni inna osoba...
Obawiam się, że ona po prostu chciała sprawdzić, czy mi jeszcze na niej zależy tylko po to, żeby albo zabrać syna albo ewentualnie wiedzieć, czy ma do czego wracać, czy może jeszcze na nią czekam...
A propos tego jej obecnego partnera, to dowiedziałem się, że spotykała się z nim już od września, bo mieszka niedaleko jej pracy i często zamiast do pracy jeździła do niego...
Ja ją nadal kocham, ale leczę się z tej chorej miłości, nie chcę być całe życie azylem.
Ona mnie wykończyła psychicznie, nie ma żadnych granic, jest leniem i cały czas tylko egzekwowała na mnie swoje zachcianki strasząc mnie, że mnie zostawi.
Dzień w dzień. Ma chyba zaburzenie osobowości borderline. Co ja mam robić? Jak ustrzec się przed jej zagrywkami? Jak ona udaje taką słodką i kochaną, to zwyczajnie mi jej żal...
Powiedziała, że w urodziny siedziała sama jak palec i wiele by oddała, żeby spędzić ten czas ze mną i z dzieckiem. ![]()
Miały być krótko a wyszła pawie powieść.
Kto doczyta do końca - dziękuję.
Proszę o jakiś komentarz, radę, nie wiem sam. Może po prostu miałem potrzebę podzielić się moją historią z innymi...? Ona twierdzi, że się zmieniła, że dorosła itd. Czy to możliwe? Słyszałem od niej to wiele razy i nie wierzę w to...
Pozdrawiam.