Hej wszystkim, jestem tutaj nowa, a piszę w takiej sprawie...
Od niedawna jestem mężatką, ale mieszkam w mieszkaniu męża już prawie półtora roku. Problemem jest tutaj to, że... mieszkamy z jego mamą (mąż jest sporo starszy ode mnie, co za tym idzie - jego mama jest w wieku mojej babci). Lubię ją, hm, prawie,potrafi być sympatyczna, choć czasem działa mi na nerwy.. Potrafi się wtrącać, czasem strasznie kontroluje.. Czuję się nie jak żona, która jest u siebie, ale jak gość, a czasem nawet niczym intruz. Chodzę przy niej dziwnie spięta, bo znowu coś jej nie przypasuje albo znów się przyczepi... Nie wspominając o luzie np. w kuchni. (Jeśli najdzie mnie zrobić np. zupę, to instruuje mnie nawet jak mam śmietanę dodawać... w ogóle gotować się odechciewa..) Wiadomo, jako świeżo upieczona żona chciałabym żyć i prowadzić dom po swojemu, a moja przestrzeń ogranicza się do naszego (mojego i męża) pokoju. Dodam, że mieszkanie jest 3-pokojowe, ona ma własny pokój ale niepodzielnie panuje w kuchni i łazience (przypomniało mi się np. że kiedyś jak szukaliśmy w szafce w kuchni czegoś z mężem, to potem 10 min. narzekała, że wszystko poprzestawialiśmy). Podobnie jej podejście do wszystkiego - a po co, a na co.. Ja rozumiem oczywiście, że miała ciężkie życie, ale nie zamierzam z wszystkiego rezygnować, poza tym czasy się zmieniły (np. wyciągam odkurzacz, żeby posprzątać, a ona :" po co?! ja pozamiatam"
). Dodam, że z niczego się nie cieszy, np. pokazywaliśmy jej obrączki po zakupie, a ona tylko zrobiła kwaśną minę. Potrafi też być strasznie upierdliwa. Poza tym opiekuje się 4 dni w tygodniu dzieckiem młodszego syna (odbiera go z przedszkola i dzieciak siedzi u nas) oraz córką (11 lat) najstarszej swojej córki (dziewczynka jest u nas praktycznie co weekend i kiedy tylko jest wolne i nadarzy się okazja, bo sytuacje w domu ma nieciekawą). Ja rozumiem to, bo te dzieci są chrześniakami mojego męża, ale czasem chciałabym mieć trochę prywatności.. A jak sobie przypomnę, że mała była tutaj np. całe wakacje, brrr.. Do tego własnie jej najstarsza córka całą zimę daje jej rzeczy do prania,teściowa kupuje jej różne rzeczy, karte do telefonu itd. itp. nie wspominając o tym, że także teściowa spłaca za nią kredyt (1 tys. zł co miesiąc), tak, że z emerytury zostaje jej niewiele.. Ja rozumiem, że ona może być wszystkim przytłoczona, brakiem pieniędzy, wnukami itd., mówię jej, żeby sobie nie dawała na głowę wchodzić i wszystkim się tak nie martwiła, ale ona ma to na własne życzenie... W sumie długo by pisać o tej skomplikowanej sytuacji.
Męczy mnie to wszystko cholernie, myślałam, żeby sprzedać to mieszkanie(mieszkanie należy do mojego męża), kupić dla niej kawalerkę a nam osobne mieszkanie, tylko, że własnie szkoda nam mieszkania... Jest w fajnym miejscu, spore.. Ale ja już czasem nie wyrabiam. I nawet nie wyobrażam sobie mieć w takiej sytuacji dziecko, a z mężem chcielibyśmy się starać (nie jest już najmłodszy;)
Co się dotyczy mojego męża - zawsze wszystkie 'ale' kieruję do niego, nigdy bezpośrednio do teściowej, a on oczywiście ją usprawiedliwia, że "oj wiesz jaka jest mama". No wiem, dlatego szukam jakiegoś rozwiązania. Z resztą on pracuje i zazwyczaj w domu go nie ma, a ja szukam pracy i jestem w domu.. Tyle, że kiedy on już jest, to zazwyczaj denerwuje się na mamę, krzyczy na nią, podnosi głos i ja muszę go uspokajać..
Zastanawiam się jakie byłoby wyjście z tej sytuacji? Sprzedawać, nie sprzedawać? Coraz bardziej marzy mi się "bycie na swoim"..
Doradźcie coś.