Witam, mam na imię Piotrek. W tym roku skończę 26 lat. Mieszkam aktualnie w Łodzi. Od czego by tu zacząć... Jestem sam od prawie roku. Więc już nie którzy pomyślą "przynajmniej kogoś miał". Tak miałem, dziewczynę byliśmy ze sobą 3,5 roku. Na początku układało wszystko fajnie się. Wiadomo czasem jakieś sprzeczki, nic wielkiego. Po 2 latach związku wyprowadziliśmy się z naszego miasta nie daleko Łodzi właśnie do Łodzi. Nie zamieszkaliśmy razem. Ona z koleżanką, ja ze swoimi znajomymi. Dlaczego? Bała się reakcji rodziców, bardzo katoliccy. Spotykaliśmy się na miarę możliwości. Ja miałem pracę, ona studia. Po roku jednak zamieszkaliśmy razem. Na początku mieszkania razem całkiem fajnie, z miesiąca na miesiąc zaczęło się sypać. W lutym 2013r. zerwała ze mną definitywnie. Niby wszystko dość normalne, ale nie do końca... Mam wykrytą chorobę, nerwicę natręctw(dla mniej wtajemniczonych przymus sprawdzania czegoś, powtarzania, "wkręcania" sobie różnych rzeczy). Straszliwe gówno. Pani psycholog u której dawno temu byłem powiedziała mi, że ta choroba "łapię" zwykle osoby zbyt wrażliwe. Tu się z nią zgadzam, odkąd pamiętam byłem wrażliwy. Jestem zodiakalną Panną. Do tego dochodzi to, że mój Tata nadużywał alkoholu (delikatnie pisząc) za mojego dzieciństwa. Do szczęśliwych dziecińśtw swojego nie mogę zaliczyć. Podobno to też się odbiło na mojej psychice. Wiem, że choruje od około 4 lat. Wracajac do mojej byłej. Wytrzymywała różne, moje "jazdy" nie można powiedzieć. Przeze mnie potrafiła zerwać kontakty z dobrą koleżanką, siedzieć u mnie bądź u niej w domu, bo nie chciałem zbyt często wychodzić. Jaką jej aferę zrobiłem jak szła na 18-tke beze mnie. Byłem chorobliwie zazdrosny, nie wiem ile przez chorobę. Wkręcałem sobie, że na pewno na tej imprezie się z kimś całuje itp. Następnego dnia po imprezie miała przesłuchanie, milion pytań. Nie raz przeze mnie płakała, nie raz chciała mnie zostawić już wtedy. Np po 18-tce jej przyjaciółki jak jej zrobiłem wielkie sceny zazdrości, że już jakiś czas tańczy z jakimś typem. Dotrwaliśmy jednak razem do tego wyjazdu do Łodzi. Chyba dawała mi tyle szans, przez to, że wiedziała o mojej chorobie. W sumie do dzisiaj tylko ona wie i moja Mama. Wiecie co się stało w Łodzi? Po paru miesiącach, gdzie była ta chora zazdrość, wszystko odwróciło się o 180 stopni. Zaczęło mi być obojętne co robi, z kim, o której wróciła po imprezie, czy dużo wypiła itd. Wydaje mi się, że efekt tego taki, że w pracy miałem dużo koleżanek, które mnie lubiły itp. Samoocena wzrosła. To był czas w którym potrafiłem bardziej ogarnąć chorobę. No ale byliśmy cały czas parą. Po zamieszkaniu razem, można chyba stwierdzić, że byliśmy razem ale jednak osobno. Oddalaliśmy się od siebie z każdym tygodniem. Do tego stopnia, że Sylwestra rok temu spędziła sama u swoich znajomych, a ja piłem z kumplami z pracy. Półtora miesiąca później powiedziała, że to koniec. Po przeżywałem tak naprawdę wtedy może jeden dzień. Jeszcze trochę z nią mieszkałem, potem ona poszła do jednego mieszkania, ja do drugiego. A jeszcze ciekawy fakt, że z 3 tyg po naszym rozstaniu miała nowego chłopaka. No ale jeszcze wtedy było w miarę ok ze mną. Dochodzimy do października 2013r. Tracę całkiem dobrą pracę. Moja Mama idzie do szpitala z guzkiem który nie wiadomo czy jest rakotwórczy. Ja coraz większe nawroty choroby. Siadam w mieszkaniu i płaczę jak dziecko. Nie ma przy mnie nikogo:( czuje jak boli mnie życie... Co teraz? Mama po operacji ok, ale reszta do dupy. Mam pracę, jestem Ochroniarzem, jak kto woli Cieciem. Ale nie sprawia mi praca żadnej satysfakcji, oprócz tego jest słabo płatna. Samoocena spadła drastycznie. A jak może być inaczej, jak słyszy się za plecami naśmiewanie ze mnie. Bądź przyjdzie Ci do sklepu grupka młodzieży i prosto w oczy nabijają się. Nikt nawet nie pomyśli, że może facet ma problemy jakieś... A była dziewczyna? Widziałem nie dawno na facebooku zdj jej. Uśmiechnięta, szczęśliwa, całuje swojego chłopaka... Na tą chwilę jestem samotny i chory... Ci którzy są samotni, ale zdrowi, chciałbym napisać, żeby to docenili. Ja od 4 lat z przerwami muszę walczyć z chorobą.. A od paru miesięcy mam takie ataki, że odwarze się to napisać przechodzę piekło na Ziemi... Ostatnio się zastanawiam po co ja w ogóle żyje... No i co napiszecie, że na takiego kogoś jak ja, też czeka druga połówka? Nie prawda, miałem swoje 5 minut... Wszystko spartoczyłem.
PS. Dziękuje chociażby jednej osobie za przeczytanie moich wypocin.
Witaj Piotrek,
znam chłopaka jest prawie w Twoim wieku ma też nerwice natręctw co prawda nie tak silna ale wiem że miał z tym problemy. Leczył się i dało to efekty, ma tak że wraca choroba ale stara się wtedy jechac do psycholog. Normalnie funkcjonuje, pracuje, ma dziewczynę.
Nie wszystko stracone, masz już coś za sobą, do czego być może nie będzie Ci dane już wrócić, ale i wiele przed sobą...
Jesteś bardzo młodym człowiekiem, to pratkycznie dopiero start, początek dorosłego życia...może tą sytuację warto potraktować jako nauczkę, abyś w przyszłości doceniał, to co masz. Takie doświadczenia czasem są potrzebne, abyśmy uświadomili sobie jak wiele posiadamy. Jeśli założysz, że to była to dopiero 1 z 5 minut będzie Ci lżej ![]()
Co do Twojej choroby, nie Ty pierwszy i nie ostatni borykasz się z tym problemem. Ludzie cierpią na różne schorzenia, często dużo bardziej dotkliwe w skutkach. Twoją chorobę na pewno można leczyć i tym pewniej można z nią normalnie żyć.
Kwestia pracy...zawsze można ją zmienić, prędzej czy później pojawi się ku temu okazja.
Na ten moment postaraj się poskładać do kupy, po nocy zawsze przychodzi dzień...
trzymam kciuki ![]()
Oj Piotruś Pitruś nic nie spartoliłeś. Po drugie zacznij myśleć pozytywnie. WIesz ilu ludzi ma inne problemy a nawet nie maja pracy, nie mają co jeść. Dziewczynę poznasz, tylko się ogarnij. Zadbaj o siebie. NIe bądź zazdrosny, bo to złe uczucie, ono niszczy ciebie i inne osoby wokół ciebie. Masz więcej do zrobienia na ziemi niż myślisz.
Jeśli to jest prawdziwe imię to masz naprawdę dużo do zrobienia. A twoją chorobę mozesz sam pokonać.
5 2014-01-20 00:10:43 Ostatnio edytowany przez kwadrad (2014-01-20 00:17:25)
Przezyles cos , poznales troche siebie.
To przyda ci sie w zyciu kiedys .
Moze to za duzo powiedziane bardziej s.
wiadomym ale na pewno lepszym.
Kwestia pracy ..ludzie sa jacy sa.
Jak poprawi ci to nastroj to zastanow sie dlaczego tak robia.
Moze maja nizsza samoocene niz ty a moze sa po prostu niedojrzalymi dzieciakami.
Na tej chorobie sie nie znam ale widzisz Piotrek jestes facetem. Na tobie spoczywa tez troche odpowiedzialnosc zeby pociagnac to wszystko do przodu. Nie wiem czemu czujesz sie bezsilny .
Staraj sie moze zdystansowac zobaczyc swoje zycie i pynkt w ktorym sie znalazles w odleglej perspektywie. Tak jakbys patrzyl na zycie kogos innego. To przeciez kawal drogi ale go przeszedles.
Kiedys ogladalem wywiad z jordanem.
Wiem ze to brzmi glupio wywiad z jordanem.
Ale gosc powiedzial jedna fajna rzecz ze bedac sportowcem latwo przyjac wygrane.
Ale tylko dobry sportowiec moze przetrwac i zniesc porazki i slabsze momenty bo to jest najtrudniejsze.
Człowiek ma w życiu różne momenty. Raz jest szczęśliwy innym razem załamany. Masz teraz gorszy moment w swoim życiu ale postaraj się nabrać trochę dystansu do siebie i swojej choroby. Zrozum źe po każdym upadku człowiek staje się silniejszy. Jeszcze wiele przed Tobą a twoją choroba nie dyskwalifikuje cię jako człowieka. Jesteś jak sam piszesz bardzo wrażliwy czyli nietuzinkowy. Niech to będzie twoim atutem daj tylko sobie.szanse. Trzymam kciuki.
witaj Piotrek ! Ten kto napisał że sam sobie poradzisz nie ma pojęcia o tej chorobie . konieczne żebyś się zgłosił do psychologa a najlepszym rozwiązaniem jest terapia grupowa .Na takiej terapii poznasz ludzi z podobnymi problemami a co najważniejsze zrozumiesz że jesteś wartościowym człowiekiem musisz zaakceptować siebie to dopiero wtedy wszystko w życiu zacznie się układać .Po takiej terapii twoja choroba nie będzie taka uciążliwa bo nauczysz się nad nią panować .Pozdrawiam i życzę powodzenia ,trzymaj się !
witaj Piotrek ja także jestem z Łodzi znam dobrze tą chorobę miałam takie dzieciństwo jak Ty i podobne problemy ale uwierz mi że można z tym żyć tylko trzeba nad sobą mocno pracować jestem sporo starsza mam męża i dzieci i daję radę ale łatwo nie jest pozdrawiam gg 6831752
Hej. Ja podziwiam Cię, że chociaż potrafiłeś się wyprowadzić i być na swoim przez jakąś chwilę, to już duży postęp, a że wyszło tak jak wyszło to inna sprawa..Czasem w naszym życiu jest tak, jak bardzo czegoś chcemy, to to nie wychodzi......Teraz mam przestój myślowy, bo wiem co czujesz, rozumiem Cię i współczuje. Może pociesz się tym, że jeszcze żyjesz po tym wszystkim, że znalazłeś nową prace. Ktoś inny na twoim miejscu naprawdę by się załamał. Trzymaj się. pa
Witam.
Dziękuje wszystkim za przeczytanie i słowa otuchy.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że założę się nikt z moich znajomych nawet nie podejrzewa, że ja mam takie problemy sam ze sobą. Bo to nie jest tak, że ja przyjdę do mieszkania po pracy, położę się i zaczynam ryczeć... oj nie. Próbuję normalnie funkcjonować, obejrzeć jakiś film, poczytać książkę. Czasem nie wychodzi, trudno, żyję się dalej. Ale wiem, że ja po prostu nie lubię być sam. Nawet nie chodzi o partnerkę, ale chociażby żeby się częściej spotykać ze znajomymi. A z tym bywa różnie. No i takiego prawdziwego przyjaciela któremu nie wstydziłbym się powiedzieć o chorobie też nie mam. Oczywiście jak już wyjdę to też czasem choroba mi wyjście niszczy, ale próbuję nie dać się rozszyfrować. No i czasem się zastanawiam czy jeszcze znajdę kiedyś kobietę która pokocha mnie takim jakim jestem.
Witam.
Dziękuje wszystkim za przeczytanie i słowa otuchy.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że założę się nikt z moich znajomych nawet nie podejrzewa, że ja mam takie problemy sam ze sobą. Bo to nie jest tak, że ja przyjdę do mieszkania po pracy, położę się i zaczynam ryczeć... oj nie. Próbuję normalnie funkcjonować, obejrzeć jakiś film, poczytać książkę. Czasem nie wychodzi, trudno, żyję się dalej. Ale wiem, że ja po prostu nie lubię być sam. Nawet nie chodzi o partnerkę, ale chociażby żeby się częściej spotykać ze znajomymi. A z tym bywa różnie. No i takiego prawdziwego przyjaciela któremu nie wstydziłbym się powiedzieć o chorobie też nie mam. Oczywiście jak już wyjdę to też czasem choroba mi wyjście niszczy, ale próbuję nie dać się rozszyfrować. No i czasem się zastanawiam czy jeszcze znajdę kiedyś kobietę która pokocha mnie takim jakim jestem.
Znajdziesz ma pewno, jesteś nietuzinkowym facetem i spotkasz w końcu ta która to doceni. A jak czujesz się samotny zawsze możesz tu popisać.
Cześć Piotrek, życie to jazda na karuzeli, raz się jest na dole a raz na górze. Nigdzie nie jest powiedziane, że będziesz tkwił w swoim beznadziejnym stanie przez lata, w końcu los się do ciebie uśmiechnie. Ja też miałem słabsze okresy w swoim życiu, a udało mi się wyjść na prostą. Twój problem dostrzegam w tym, że masz nieciekawą pracę, która obniża twoją samoocenę. Wiem, jak trudna sytuacja jest na rynku pracy, ale może warto zastanowić się nad tym, aby zapisać się na jakieś kursy, doszkolić się zawodowo. Praca ochroniarza będzie tylko cię dołować, bo jest strasznie nudna i nie daje żadnej satysfakcji. Człowiek odnosi wrażenie, ze to co robi jest nikomu niepotrzebne.
Jakie jest twoje wykształcenie?
Nie wiem jakie są twoje zainteresowania, ale może powinieneś bardziej oddać się swojej pasji. Może zapisać się do jakiejś organizacji.
Uprawiaj sport, to zawsze pomaga uwolnić endorfiny, tak potrzebne dla organizmu.
@notosru
Nie masz racji. Oczywiście że można samemu przezwyciężyć własne problemy, a terapia grupowa wcale nie musi się okazać skuteczna. Jeśli jednak czujesz, że jesteś na krawędzi to lepiej zasięgnąć porady osoby do tego wyspecjalizowanej. Zawsze lepiej robić coś niż nic.
Dzięki tykwer za ciekawy post.
Tak, zgadza się. Praca w ochronie jest straszliwie nudna... Ma się za dużo czasu na zbędne myślenie. Gdzie w moim przypadku jest to gwóźdź do trumny. Co do wykształcenia to lipa. Poszedłem do liceum profilowanego więc żadnego zawodu nie mam tak naprawdę wyuczonego. Moją największą pasją jest sport. Udało mi się połączyć trochę sport z podróżowaniem. Jeżdżę z Łodzi do Poznania na mecze Lecha. Jakoś ogólnie lubię jeździć pociągami:)
Dobrze? psychologiem nie jestem, ale postaram się Twojej historii przyjrzeć nieco dokładniej.
Nerwica natręctw tylko brzmi niegroźnie. W rzeczywistości jest to jednak bardzo? uciążliwe schorzenie, które czasem nie wiadomo, czy bardziej przeszkadza nam samym czy może osobom w naszym najbliższym otoczeniu. Ja również jestem wrażliwa, może nawet nadwrażliwa, bo wystarczy nieodpowiednia intonacja, a ja już odczuwam wszystko na swój sposób.
Nerwica w Twoim przypadku na pewno w większości wzięła się z przeżyć z dzieciństwa. Większość dzieci właśnie przez zachowanie rodziców choruje na cukrzycę, nerwicę i temu podobne. Niektórzy mogliby powiedzieć, że Twoja nerwica, jeśli jest spowodowana przez ojca, powinna się objawić już w dzieciństwie i masz problem sam ze sobą, a nie z ojcem. Cóż? ja się z tym nie zgadzam. Nie znam dokładnie Twojej sytuacji w domu, ale możliwe, że jako dziecko jednak kumulowałeś w sobie wszystko, aby potem w dorosłym życiu nagle przestać walczyć i nerwica, jaka czaiła się od wielu lat, w końcu dała o sobie znać, a ucierpiała na tym osoba, którą zapewne kochałeś. Jeśli miałeś ciężkie dzieciństwo, prawdopodobnie w związku oczekiwałeś całkowitego oddania, nic więc dziwnego, że bałeś się o stratę bliskiej osoby. Tu znowu nie wiem dokładnie, jak między wami było, ale może powinniście byli spisać jakieś zasady, szczerze rozmawiać? Zaufanie to podstawa związku.
Poniekąd jednak muszę Cię zganić. Wszelkie zazdrości zrzucałeś na chorobę. Tak jest oczywiście najprościej, ale czy najrozsądniej? Dziewczyna mimo świadomości tego, że jesteś chory, wciąż z Tobą była. To oznaczało, że wierzyła w Ciebie. Nie chcę tu bronić żadnej ze stron, jednakże powinieneś był wtedy nad sobą popracować. Zaproponowałabym Ci wtedy coś w rodzaju autosugestii. Może to i głupie, ale powtarzanie sobie czegoś naprawdę pomaga i tak ja bym wtedy zaproponowała, żebyś powtarzał sobie: ?Wszystko jest w porządku, nie ma powodu do niepokoju.?.
Znowu tu wyjdzie na to, że się wymądrzam, ale mieszkanie razem to jeszcze nie związek i samo nazywanie czegoś związkiem, też go nie czyni. Spędzanie czasu w miarę możliwości ? to jest związek, oddanie się sobie ? to jest związek. Ja myślę, że tak naprawdę wasz związek skończył się w momencie, gdy zaczęliście się od siebie oddalać, później wasze relacje były już tylko nazwą. Spędzanie wolnego czasu osobno już bije na alarm.
Jeśli chodzi o Twoją nagłą zmianę, czy nie uważasz, że postąpiłeś trochę jak hipokryta? Najpierw miałeś obsesję, bo Twoja dziewczyna gdzieś wyszła sama i zostawałeś pozostawiony sam sobie, jednak gdy odczułeś jakieś zainteresowanie Twoją osobą, nagle przestałeś się interesować tą, która tego zainteresowania niezmiennie potrzebowała, ale Twoja samoocena się podniosła i już nie potrzebowałeś tak dokładnego sprawdzania. Ja osobiście na Waszym miejscu nie decydowałabym się na wspólne mieszkanie, jeśli już wcześniej wynikały takie problemy. Nie mówię o całkowitej rezygnacji, jednakże jeszcze trochę bym odczekała, aby się upewnić, że wszystko jest w porządku. Wspólne dzielenie domu to wbrew pozorom poważna sprawa.
Sam fakt, że szybko znalazła sobie chłopaka niekoniecznie świadczy o jej naturze łatwej, ale o tym, że bardzo potrzebowała bliskości, której już nie potrafiliście z siebie nawzajem wykrzesać. Czasem uczucie się wypala i nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić.
Jeszcze nie pracuję, więc nie wiem jak to jest stracić pracę, jednakże wierzę, że był to dla Ciebie cios zwłaszcza, że nałożyła się sprawa z matką. Nikt nie miał prawa zabronić Ci płakać i jest to całkowicie naturalny odruch. Nowa praca? Wiem, że łatwo mi mówić, ale uważam, że człowiek nie powinien robić tego, czego nie lubi, ponieważ życie ma tylko jedno. Na Twoim miejscu rozglądałabym się za inną, bardziej satysfakcjonującą pracą. (oczywiście tej nie porzucaj, póki nie znajdziesz innej). W Twoim stanie (mówię o nerwicy), stosunek, jaki utrzymujesz z innymi może silnie wpłynąć na Twój stan i nerwica może znowu powrócić. Osoby takie jak Ty nie powinny być narażone na aż taki stres. Co z tego, że zarabiasz, skoro niedługo możesz się wykończyć? Ludzie są bezmyślni i mało empatyczni, dlatego nie można liczyć na ich jasnowidzkie zdolności. Pracę ochroniarza powinni uprawiać ludzie z niemalże niezłomnym charakterem, bo tylko oni wyjdą z tego bez szwanku.
Uważasz, że na Ciebie nie czeka druga połówka? Powiem Ci tak? Jeśli nie zaczniesz odpychać od siebie choroby, zapewne tak będzie. Jeśli zdecydujesz się na związek z kimś, najpierw ustalcie jasne, własne zasady. Tak, aby każdy czuł się w tej relacji bezpieczny. Związek z nazwy bez szczerej rozmowy raz na jakiś czas nie wróży dobrej przyszłości. Podstawa ? naucz się ufać.
Dobrze... powymądrzałam się i tyle. Ja to widzę tak i jest to tylko i wyłącznie moje zdanie. Uszanuję, jeśli ktoś się z nim nie zgodzi. W końcu niedługo skończę zaledwie 21 lat.
Piotrek też cierpie na nerwicę natręctw... bardzo mi to przeszkadza w życiu...
Przymusowo robie nie które czynnosci chociaż nie chce ale muszę...
chodzę do psychologa i biorę leki...
ale i tak mam te czynnosci czasem chce mi się płakać bo nie chce tak życ...
Też jestem osobą wrażliwą tak jak i Ty...
wszystkim się przejmuje... a to jest mój minus..
Pewnie dlatego tak mamy ....
Jak sobie radzisz z tymi objawami i co największy problem Ci sprawia?