Skąd wiadomo, czy nie tworzę tego pojęcia toksyczności, by wytłumaczyć inne rzeczy?
Czy to, że partner pisze z kimś z pracy na tematy dwuznaczne to już wystarczający powód? Nie wiem, raczej nie. Czy to że następnego dnia, zabiera mnie do domu owej koleżanki i tłumaczy przy niej sytuacje to już wszystko powinno być ok?
Czy to, że tydzień później dostaję nerwicy lękowej to już powód, że żyłam w toksycznej relacji? Czy to, że w trakcie najgorszych stanów bezsenności i skrajnych lęków partner śpi spokojnie, jeździ na ryby, nie wspiera, raz nie wraca na noc i wraca pod wpływem, to, że mimo wszystko nie oszczędza mnie nerwowo, bo z natury jest dość zasadniczy. Tłumaczy, że nie wiedział co ja czuję i co to za stany, więc nie wspierał. No tak, wiem, że osoba która nie wie co to znaczy, może nie rozumieć.
Czy to, że względny powrót do równowagi psychicznej i leczenie nie zmienia jego stylu życia to już powód, czy jeszcze nie.
Czy epizod przegrywania wypłaty w jednorękiego bandytę co jakiś czas przez pierwsze 2 lata to jest już toksyczny związek?
co Czy brak realizacji celów mieszkaniowych (zakup wspólnie domu, mieszkania, lepianki czegokolwiek), po tylu latach to jest już powód? Chyba nie.
Czy mieszkanie w moim domu i jeżdżenie moim samochodem, bez ponoszenia za to opłat, to jest powód by uznać związek za toksyczny? Nie wypada mówić o pieniądzach w miłości, czyż nie tak?
Czy pretensje w momencie przejawiania przeze mnie chęci pojechania do koleżanek lub sama na basen to już może być toksyczny związek? Przecież nie wyklinał mnie od k ... i sz... jak niektóre Panie z tego forum. Po prostu kłóciliśmy się.
Czy to że w przez wszystkie lata zdarzały się sytuację, że pod wpływem groził powrotem z mazur i odjeżdżał moim samochodem na 2 godziny- po czym nazajutrz nie czuł się winny, tylko szukał winy we mnie to już to? Lub jak zrobił mi straszna awanturę o to, że ktoś dołączył się bez zaproszenia do zabawy z piłką podczas urlopu. No i znów pakowanie się do domu i kazanie oddania pieniędzy (jego części) przy wszystkich urlopowiczach? Lub też już w nerwicy mej pod wpływem wysiadanie z samochodu podczas jazdy i robienie scen, że on to woli z rodziną zostać niż ze mną. Czy wychodzenie z kolegami "dla żartów" pod wpływem na aferę to już to? Przez tyle lat, to może się zdarzyć?
Czy może być tak, że między tymi ludźmi jest zdrowa relacja? Czy normalne jest to, że partner wie wszystko najlepiej i nie słucha drugiej połówki?
Jak dodać do tego, że nigdy nie rozmawiał ciepło i szacunkiem z matką to już wróżba na złe małżeństwo?
Czy to, że jego ojciec zmarł głównie przez alkohol, to już znak?
Czy może to, że jak zdarzy się wśród znajomych jakaś zła rzecz to winna jest zawsze kobieta?
I tu i ja w końcu odchodzę, ale nie by być sama. Wydostaję się, bo kto inny ofiaruje mi wsparcie, a ja nie potrafiąc sama przyjmuję to.
Zaczyna się przepraszanie, walka o mnie, obiecywanie zmian i kończę ten drugi związek, by wrócić. By wrócić jako winna zostawienia "tak kochającego mężczyzny", no i pól roku... nic nowego się nie dzieje.