Witajcie. Bardzo proszę o trzeźwą ocenę całej sytuacji, którą poniżej w skrócie chciałbym przedstawić.
Tydzień temu moja dziewczyna się ze mną rozstała. Byliśmy prawie 3 lata. Główne powody jakie podała, to takie, że chyba nauczyła się już żyć beze mnie, że to chyba nie to, że nie potrafi w tym tkwić, bo ona by chciała się zaangażować na maksa, a nie na pół gwizdka, że bardzo długo nad tym myślała i nie podjęła decyzji pochopnie, że z dnia na dzień coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że "chyba" nie chce tego ciągnąć, że się coś wypaliło, że nie ma już tej iskry, itd. Ja mam 25, ona 23 lata.
Wiadomo, bardzo mnie to zabolało, ale w skrócie napiszę, jak wyglądały nasze ostatnie 2-3 miesiące związku.
W październiku wprowadziła się do domu studenckiego. Odradzałem jej tego, bo często dochodzi do rozpadów przez to. Ona mówiła, że chce spróbować, bo nigdy jeszcze nie próbowała i chce znów poimprezować i poczuć to życie studenckie i że damy radę. Miała chwilę załamania, chciała się wyprowadzić, lecz byłem przy niej zawsze. W końcu zaczęła się "przyzwyczajać", coraz to częstsze imprezy, siedzenie z nowym towarzystwem, a dla mnie coraz to mniej czasu. Jak znalazła pracę na początku grudnia to już prawie w ogóle się nie widywaliśmy, a gdy chciałem, proponowałem wyjście gdziekolwiek, to była wiecznie zmęczona, nawet rozmowy przez telefon były dla niej męczące, a wieczorami potrafiła napisać tylko, że idzie spać. Mamy do siebie niecałe 10 minut na nogach! Wiadomo były pojedyncze wstawki jak jakiś wypad do kina, na miasto, noc u mnie, seks, itd. Ale zaczął mnie denerwować ten jej wieczny brak czasu dla mnie i mówiłem, że albo ja, albo akademik i że wiedziałem, że tak będzie. Ona twierdziła, że narzucam jej zdanie, że ją ograniczam, że zaczyna się męczyć i już nie ma siły na kłótnie.
Przed świętami się widzieliśmy raz, przyszła do mnie na pół godziny przed pracą. W święta nawet spoko, po świętach ostra kłótnia i powiedziałem, że nie idę z nią na Sylwestra. Półtora tygodnia bez odzewu i zacząłem żałować tego, że z nią nie poszedłem, ale podejrzewam, że to nie jest powód rozstania, chciałem z nią o tym porozmawiać, ale była obojętna.
Jak myślicie, czy życie akademickie, znajomi, praca nauczyły ją żyć beze mnie? Jeszcze w święta jak rozmawialiśmy, to mówiła, żeby chciała, żeby było tak dawniej i że mnie kocha... Czy może znalazła na akademiku jakiegoś "adoratora", dlatego więc stałem się dla niej bezużyteczny i męczący?
Kocham ją bardzo, bo miłość nie wyparowuje z dnia na dzień, więc dlatego zadam teraz najważniejsze pytanie. Czy jest jakaś realna szansa, że będzie chciała do mnie wrócić? Jak życie studenckie jej się znudzi i zacznie tęsknić i wspominać cudowne chwile spędzone razem? Czy w ogóle jest sens, żeby nadal o nią walczyć? Czy dać sobie spokój?
Pozdrawiam i czekam na odpowiedzi!