mam 21 lat, no niebawem 22.. kilka miesięcy temu z rozsądku rozstałam się z chłopakiem. W moim życiu panuje pustka.. tylko uczelnia i dom. W momencie gdy ja zerwałam z chłopakiem, moja najlepsza przyjaciółka, która zawsze byłą przy mnie, związała się z nowym facetem.. to nas oddaliło od siebie. W dodatku czuję jakąś irracjonalna presję wieku... zastanawiam się. gdzie miałabym kogoś poznać? Nie jestem typem osoby chodzącej do klubów.. interesuję się bardziej ambitnymi rzeczami.. W zasadzie nie mam okazji do poznawania nowych ludzi... a to uczucie samotności jest tak bardzo uporczywe, że zamiast zająć się nauką, nie robię nic.. myśląc. Jako, że jestem osobą bardzo logiczną, boli mnie to, że ten stan tak wpływa na moje samopoczucie i życie... Czasem, myślę, że nie zdążę urodzić dziecka przed 30.. no masakra, same negatywne myśli... może ktoś rzuci coś pozytywnego?
Jeśli poczytasz parę topiców w tym dziale to bez wątpienia znajdziesz w nich kilka pozytywów odnoszących się do podobnych sytuacji jak Twoja ![]()
Od siebie dodam, że z jednej strony to OK, że nie chcesz siedzieć biernie i czekać na to, co się będzie (lub nie) działo, ale z drugiej też nic "na siłę" - ludzi najłatwiej poznaje się naturalnie, z biegiem czasu.
Pewnie masz jakichś znajomych, zacznij z nimi wychodzić, przebywać, to i nowi ludzie się zaraz znajdą ![]()
Nie jestem typem osoby chodzącej do klubów.. interesuję się bardziej ambitnymi rzeczami..
To mnie zaintrygowało... jakież to "bardziej ambitne" rzeczy, jeśli możesz zdradzić? ![]()
Interesuje mnie psychologia, polityka, działania społeczne. Rozwijam się jakoś tam w tym kierunku.. niektórzy (obiektywni przyjaciele) mówią, o mnie, że jestem "górnolotna" co ma słodko kwaśne znaczenie dla nich.. Bywam kontrowersyjna w wyrażaniu swoich poglądów, ale w tym wszystkim mam spokojną naturę. I trochę mi dziwnie, bo widzę jak ludzie w moim wieku imprezują.. a mi się nawet nie chce.. najbardziej bym chciała po prostu z kimś pogadać... a aktualnie średnio mam z kim.
... interesuję się bardziej ambitnymi rzeczami...
Czy samotność jest ambitną sprawą? Może nie warto się nią zajmować, jako zwyczajną, zwłaszcza we współczesnym świecie, sprawą? Imprezowicze też się nią nie zajmują, po prostu piją ? wspólnie, ale czy niesamotnie? Może zawsze jesteśmy sami, tylko będąc przy kimś na chwilę o tym zapominamy?
5 2014-01-12 13:24:22 Ostatnio edytowany przez freud'ova (2014-01-12 13:26:25)
Ja się nie zajmuję samotnością.. to ona zajmuje się mną.. I przeraża mnie fakt, że nie mam na nic ochoty, poza piciem herbaty i oglądaniem filmów... ![]()
Czy zawsze jesteśmy samotni? Wydaje mi się, że samotność to stan umysłu. I pewnie zawsze w jakimś stopniu nam towarzyszy... tak czy siak jest dość natarczywa.
Ja się nie zajmuję samotnością.. to ona zajmuje się mną.. I przeraża mnie fakt, że nie mam na nic ochoty, poza piciem herbaty i oglądaniem filmów...
Czy zawsze jesteśmy samotni? Wydaje mi się, że samotność to stan umysłu. I pewnie zawsze w jakimś stopniu nam towarzyszy... tak czy siak jest dość natarczywa.
Może samo posiadanie umysłu innego niż każdy inny, jest już dobrą podstawa do samotności?
Ja myślę, że samotność się Tobą nie zajmuję. Jesteś jej zupełnie obojętna.
Czy chodzi Ci o samotność sensu stricto czy o brak partnera? Tu na forum się to miesza, pisząc często o braku partnera lub a samotności w małżeństwie. Z tego co piszesz Tobie może najbardziej doskwiera brak motywacji a samotność stała się jej konsekwencją.
freud'ova napisał/a:Ja się nie zajmuję samotnością.. to ona zajmuje się mną.. I przeraża mnie fakt, że nie mam na nic ochoty, poza piciem herbaty i oglądaniem filmów...
Czy zawsze jesteśmy samotni? Wydaje mi się, że samotność to stan umysłu. I pewnie zawsze w jakimś stopniu nam towarzyszy... tak czy siak jest dość natarczywa.Może samo posiadanie umysłu innego niż każdy inny, jest już dobrą podstawa do samotności?
Ja myślę, że samotność się Tobą nie zajmuję. Jesteś jej zupełnie obojętna.
Czy chodzi Ci o samotność sensu stricto czy o brak partnera? Tu na forum się to miesza, pisząc często o braku partnera lub a samotności w małżeństwie. Z tego co piszesz Tobie może najbardziej doskwiera brak motywacji a samotność stała się jej konsekwencją.
Ciekawy punkt widzenia... tak, zdecydowanie posiadanie innego umysłu jest chyba dość trafnym spostrzeniem i niewątpliwie wpływa na moja samotność. Nie łatwo mi w związku z tym znaleźć ani partnera, ani przyjaciół. I to nie chodzi o to, że się wywyższam w jakis sposób.. akceptuję wszystkich ludzi i staram się dobrze ich traktować, ale taki poziom komunikacji potrzebny, aby było to coś więcej niż zwykłą znajomość, ciężko znaleźć... Może gdybym była na innych studiach, bo humanistyczne kierunki aktualnie są oblężone przez ludzi, którzy są na nich bardziej z przypadku, niż pasji czy zainteresowań. Najzwyczajniej brakuje mi ludzi podobnych do mnie. No i motywacji w tej sytuacji także... moje działanie ukierunkowane jest bardziej rozsądkiem niż motywacją. ![]()
...
Jestem skłonny uważać, że nie tyle brak Ci motywacji, co fascynacji drugim człowiekiem, partnerem, który swoją osobowością porwałby Cię do działania. Nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że motywacją jest dla Ciebie drugi człowiek. Nie chce Ci się nic zrobić dla Siebie Samej ale jesteś gotowa wiele zrobić dla kogoś. Tylko muszą was łączyć szczególne relacje: miłości, przyjaźni, może fascynacji. A Twój rozsądek ma podłoże w rozczarowaniu i braku wiary w wyjątkowość poznanych osób i ich możliwości do wartościowych relacji z Tobą.
PS Moje słowa potraktuj bardzo luźno.
Ja nie udzielam rad i wsparcia na tym forum.
Przypominam wierszyk
Niczego Ci nie obiecam
Bo niczego nie dotrzymam
Nic ci nie powiem
Bo mało co wiem
czego zatem udzielasz na tym forum? Poczułam się rozpracowana..
Ja tylko słucham i czasem rozmawiam.
Interesuje mnie psychologia, polityka, działania społeczne. Rozwijam się jakoś tam w tym kierunku.. niektórzy (obiektywni przyjaciele) mówią, o mnie, że jestem "górnolotna" co ma słodko kwaśne znaczenie dla nich.. Bywam kontrowersyjna w wyrażaniu swoich poglądów, ale w tym wszystkim mam spokojną naturę. I trochę mi dziwnie, bo widzę jak ludzie w moim wieku imprezują.. a mi się nawet nie chce.. najbardziej bym chciała po prostu z kimś pogadać... a aktualnie średnio mam z kim.
Masz maila na skrzynce ![]()
Nie jesteś sama... nie tylko Ty czujesz się źle w tym co Cię otacza, bez obaw.
Takich ludzi jest więcej. Wiem, bo sam taką osobą jestem. To jest ciężki żywot, niemniej, w jakiś sposób jest się na niego skazanym. Nie, w żadnym przypadku nie przekreśla to możliwości poznania kogoś. Ja w tamtym roku byłem w pierwszym związku (o ile można tak to w ogóle nazwać, szczegóły do poznania w innych moich postach)... i gdzie tu presja społeczna? Przede wszystkim, wiele mi to dało. Zmusiło do refleksji, do pracy nad sobą. Wiesz co mogę Ci powiedzieć po kilku miesiącach? Podstawa to dobrze funkcjonować z samym sobą. Nigdy nie będę pewny, że dotarłem do tego miejsca... niemniej czuję się zupełnie inaczej. A otoczenie, imprezy itd? Niech robią co chcą. Ja mogę się w tym czasie przejść po lesie. I jest dobrze ![]()
Nie jesteś sama... nie tylko Ty czujesz się źle w tym co Cię otacza, bez obaw.
Takich ludzi jest więcej. Wiem, bo sam taką osobą jestem. To jest ciężki żywot, niemniej, w jakiś sposób jest się na niego skazanym. Nie, w żadnym przypadku nie przekreśla to możliwości poznania kogoś. Ja w tamtym roku byłem w pierwszym związku (o ile można tak to w ogóle nazwać, szczegóły do poznania w innych moich postach)... i gdzie tu presja społeczna? Przede wszystkim, wiele mi to dało. Zmusiło do refleksji, do pracy nad sobą. Wiesz co mogę Ci powiedzieć po kilku miesiącach? Podstawa to dobrze funkcjonować z samym sobą. Nigdy nie będę pewny, że dotarłem do tego miejsca... niemniej czuję się zupełnie inaczej. A otoczenie, imprezy itd? Niech robią co chcą. Ja mogę się w tym czasie przejść po lesie. I jest dobrze
No tak, czuć się dobrze z samym sobą oczywiście podstawa. Kiedyś nawet słyszałam, że jak zmieniamy związki, to zmienia się jedynie imię, a problemy pozostają te same. Pewnie dzieje się tak do momentu kiedy, nie zmienimy czegoś w sobie. Podobnie ze szczęściem.. nikt nie jest w stanie Ci go dać, bo szczęście to stan umysłu. W zasadzie wszytko jest stanem umysłu.. problemy, samotność itd. Nie mniej jednak czasem jakiś stan jest i najzwyczajniej potrzebni są inni ludzie.. żyć samotnie to chyba nie sztuka. Choć zaletą jest ta wyjątkowa.. stabilność i spokój...
Ja mysle ze jednak lepszy jest ten brak spokoju niz totalna samotnosc i pustka
Ja mysle ze jednak lepszy jest ten brak spokoju niz totalna samotnosc i pustka
...ale fakty są takie że jak ktoś wprowadza zbyt wiele zamieszania to i tak później guzik z tego wychodzi.
tamilla napisał/a:Ja mysle ze jednak lepszy jest ten brak spokoju niz totalna samotnosc i pustka
...ale fakty są takie że jak ktoś wprowadza zbyt wiele zamieszania to i tak później guzik z tego wychodzi.
zgadzam się. pomimo samotności... spokój wewnętrzny jest ważniejszy. W zasadzie chyba po to jest się w związku, aby odczuwać pozytywne emocje... a w kryzysach przynajmniej brak mocno negatywnych.
Kiedyś nawet słyszałam, że jak zmieniamy związki, to zmienia się jedynie imię, a problemy pozostają te same.
Mam spore wątpliwości. Różne prezentowane tu historie kobiet o zmianie uwarunkowań rodzinnego życia po zmianie partnera chyba są tego dowodem. Może własne problemy zostaję, bez względu na partnera np. osoba chorobliwie zazdrosna pozostaje chorobliwie zazdrosna mimo zmiany partnera.
freud'ova napisał/a:Kiedyś nawet słyszałam, że jak zmieniamy związki, to zmienia się jedynie imię, a problemy pozostają te same.
Mam spore wątpliwości. Różne prezentowane tu historie kobiet o zmianie uwarunkowań rodzinnego życia po zmianie partnera chyba są tego dowodem. Może własne problemy zostaję, bez względu na partnera np. osoba chorobliwie zazdrosna pozostaje chorobliwie zazdrosna mimo zmiany partnera.
Z tym że czasem problemem jest wybór złego partnera, bo np. miało się zły wzór i atmosferę w domu rodzinnym.. i zmienić trzeba sposób patrzenia na świat, a nie siebie. Co oczywiście nie oznacza, że nie towarzysza temu inne problemy... Córki alkoholików, często wybierają alkoholików. Znam przykłady kobiet osobiście, gdzie są świetnymi babkami, ale źle wybrały.
... i zmienić trzeba sposób patrzenia na świat, a nie siebie.
Ale czy zmiana patrzenia na świata nie wynika z tego jacy jesteśmy?
Czy częścią opisu nas samych nie będzie to jak patrzymy na świat?
Dla mnie zmiana patrzenia na świat jest jednocześnie zmianą siebie.
Ja się obawiam, że dokonywanie ?głupiego? wyboru partnera to jeden z ważniejszych czynników w rozwoju ludzkości. Gdybyśmy jako ludzie dokonywali tylko racjonalnych wyborów partnerów to chyba bardzo wiele osób nie byłaby z żadnym partnerem. A ludzi może byłoby z 10 milionów na świecie.
moim zdaniem, tylko zwierzęta, są zwolnione z myślenia nad kwestią dobrego partnera
Nie mówię, o sytuacjach skrajnych. Nie chodzi o to by partner był zdrowym dawcą genów i zabezpieczał przyszłość materialną. Mówię o byciu dla siebie dobrym. Patologia nie jest aspektem abstrakcyjnym - ona jest, i jest zła. I jest konsekwencją złych wyborów. Cóż, co kto woli. Oczywiście, można za wszelką cenę być z kimś i dochować się pokrzywdzonych psychicznie dzieci. Ale pomijając już tą kwestię... Wydaje mi się, że czas jest odpowiedni by w krajach rozwiniętych / świadomych nastało oświecenie - nie jesteśmy juz od siebie uzależnieni ekonomicznie - powinniśmy to wykorzystać i albo się nie wiązać, albo rozwijać, w kierunku bycia dobrym partnerem, a nie partnerem z musu.