Yvette - z jednej strony masz rację a jednak.. ja potrafię zrozumieć autorkę wątku. A dlaczego? Bo mój chłopak również ma takiego "przyjaciela".
Kiedyś sama się z nim przyjaźniłam, między innymi dzięki niemu poznałam mojego chłopaka. Bardzo go zawsze lubiłam, rozmowy z nim są ciekawe, fajnie się z nim imprezuje ale moje spojrzenie na niego zmieniło się od kiedy zaczął być ze swoją (już byłą) dziewczyną. Już kiedyś o jej sytuacji pisałam - ogólnie po niecałych 3 miesiącach związku trzepnęli sobie dziecko. On - S., przyjaciel mojego chłopaka, z ciąży i dziecka niewiele sobie robił. Nie zmieniał swojego trybu życia, balował ile się da. Ja, ponieważ uważam, że w gronie znajomych tym bardziej należy być szczerym, wprost mówiłam mu co o takim zachowaniu myślę. Zwłaszcza gdy doszło do tego, że niemalże na moich oczach zdradził swoją dziewczynę - wtedy już matkę jego 4 miesięcznego dziecka.
W zasadzie mój stosunek do niego zmienił się o 180 stopni. Ale w pewnym momencie zaczęło się dziać niedobrze - bo ja przeciw S. i siłą rzeczy w swego rodzaju komitywie z jego dziewczyną stanęłyśmy się nagle drużyną - a S. z moim chłopakiem drugą - oczywiście przeciwną. W krótkim czasie dochodziło do tego, że S., człowiek o niesamowitym darze przekonywania ludzi na moich oczach transformował mojego chłopaka w swojego klona. Ręce mi opadały. To wtedy zaczęło się nie wracanie na noce - bo mój chłopak balował w domu S. (całodobowej balangowni od kiedy jego dziewczyna się wyprowadziła), ciche dni, kłótnie jakieś i ogólnie toksyczna atmosfera.
Wiem, że to mój chłopak jest tu winny - że tak łatwo dał się komuś przekabacić ale niestety są tacy ludzie, którzy potrafią łatwiej niż inni robić ci kaszę z mózgu - i S. jest jednym z nich. Używał mojego chłopaka jako swego rodzaju potwierdzenia swoich własnych życiowych wyborów - faceci mają robić na co mają ochotę a głupie baby tylko marudzą i się czepiają (a powinny siedzieć w domu cicho i czekać).
Kończąc temat - jakkolwiek banalnie nie brzmi "on ma na niego zły wpływ" czasem faktycznie tak jest - w mniejszym bądź większym stopniu. A dowodem na to może być fakt, że kiedy pogodziliśmy się po ostrej kłótni z moim chłopakiem to ja powiedziałam mu, że odcinam się od S., jego dziewczyny i ich sytuacji (w którą wtedy byłam dość mocno zamieszana - jako świadek w sprawie o alimenty, jako jej przyjaciółka, która doradzała prawników etc.) ponieważ to pompuje do mojego życia tak absurdalną ilość toksycznej energii, że po prostu muszę. I, że liczę na to, iż on zrobi to samo. Od kiedy odcięliśmy się od nich ani razu nie było sytuacji, że mój chłopak nie wrócił na noc. Wreszcie zaczęło być spokojnie, normalnie...
Czasem warto takiego wampira energetycznego wyciąć ze swojego życia. Tylko, że autorka wątku musiałaby przekonać do tego swojego męża - a nie sama na siłę próbować z jego kumplem walczyć. Bo to do niczego dobrego nie doprowadzi a wręcz przeciwnie - bo jeśli stanie się otwarcie jego wrogiem może także stać się wrogiem swojego męża... a to już kiepska sytuacja.