Kolejna historia, jakich tutaj wiele... Byliśmy ze sobą 2 lata. Jak to w związku - raz gorzej, raz lepiej. Nikt nie rozumiał mnie tak, jak on, z nikim nie dogadywałam się w pół słowa. Mój najważniejszy mężczyzna w życiu, pierwszy w łóżku. Przed świętami zaczął mnie okropnie ignorować, chciałam rozmowy. "Potrzebuję czasu", "nie wiem już, co czuję". Byłam skołowana, ale skoro chciał czasu, stwierdziłam, że dostanie go tyle, ile chce, nie będę naciskać.
Miałam nadzieję. "Chcę czasu" w końcu to nie "odchodzę". O święta naiwności, jestem głupia! Okazało się, że w czasie trwania naszego związku spotykał się z dziewczyną, z którą się przespał przed poznaniem mnie. I że chcą być razem, nie potrafią już tego ukrywać...
Nie będę żebrać o miłość, tym bardziej, że on lata 100 m nad ziemią ze szczęścia... Nie potrafię tego wszystkiego poukładać, zrozumieć. Wiedział o mnie wszystko, byłam z nim maksymalnie szczera, jeśli było źle, tez o tym mówiłam wprost. Nie uważam się za ósmy cud świata w żadnym aspekcie, ale potrafię pielęgnować związek. Fakt, oddaliliśmy się od siebie ostatnio, ja miałam sporo pracy, on też mnóstwo pracowych stresów. Ale w moim pojęciu o związek się dba, jest się ze sobą, jak jest dobrze i źle, rozmawia o problemach.
Nie potrafię zrozumieć, że nie dał nam szansy, że nie mogłam walczyć o niego, bo zrobił sobie łagodne przejście z jednego związku w drugi...
To już 2 tyg. , a ja dalej nie potrafię normalnie żyć. Myślałam o nim, jak o partnerze na życie.
Musiałam się po prostu wypisać, ciągle szukam czegoś, co da mi spokój.