Dania wigilijne to cala opowiesc, nie mozna ograniczyc sie tylko do jednego wieczoru.
Mialam jeszcze te szczescie, ze doswiadczylam tego, co tak pieknie opisywal Wankowicz czy tez Lem. Ten drugi akurat odnosnie smazenia konfitur, ale to nieistotne. Ta cala magia - mialo sie do czynienia z zywa, kaprysna istota, to byla cala sztuka. Co pozniej potwierdzilo mi sie w czasie studiow, gdy poznawalam mikrobiologie czy chemie zywnosci.
Najpierw kiszenie kapusty - trzeba bylo wiedziec, ile czego, jak dokladnie wycisnac, zeby nie byla za mokra czy za sucha. A potem codzienne sprawdzanie lisci sluzacych za przykrycie, sciereczki, deseczek - te byly czesto myte i wyparzane. Babcia robila dolki, patrzyla jak sie sok zbiera, wreszcie decyzja - do zimniejszego miejsca. Odlewala sok, potem go dodawala, Ale dbalosc o beczke (ceramiczna) i zawartosc obowiazywala do calkowitego wykorzystania zawartosci.
Zelazna zasada tej Babci bylo to, ze nic sie nie moze zmarnowac, i ze niszczenie zywnosci jest wielkim zlem. Przezyla trzy ( liczac z polsko-sowiecka) wojny, glod, biede, smierc meza na bieda-szybie. Wiec nic dziwnego.
Druga Babcia, ta z pochodzeniem szlacheckim, zaczynala od piernikow. Najpierw ciasto. Musialo kilka tygodni lezec w lodowce. Probowalam upiec pierniczki ze swiezego - rozlaly sie, a w smaku beznadziejne. Babcia twierdzila, ze powinno sie ciasto zakopac w ziemi, ale mieszkalismy w kamienicy, nie bylo mozliwosci.
Potem sie pierniczki pieklo. Kilka tygodni przed swietami. Byly twarde i kruche. Musialy lezec w blaszanym pudle z dziurami, robily sie miekkie. Lukrowane przed sama wigilia.
Nastepnym daniem z wykorzystaniem mikroorganizmow bylo ciasto drozdzowe. Robione przez "proletariacka" babcie. Nie uzywala zadnych przepisow, byla bardzo oszczedna w uzywaniu "luksusowych" czyli drogich skladnikow. W jej pojeciu - tluszczu czy jajek. Ciasto niemal z samej maki, mleka, troche cukru, drozdze, margaryna. Opatulane scierka, trzymane w cieple. Nieprawdopodobnie smaczne (smak drozdzy) i puszyste. Z tego byly robione makowce - zawijane, oraz chyba jeszcze lepsze zawijane ciasto z domowymi powidlami (klania sie Lem i opis robienia konfitur) Tez buleczki z makiem - jedzone np, do karpia, bo ciasto bylo prawie bez cukru.
Pamietam, ze kiedy Babcia prawie juz nie widziala, robilam pod jej kierunkiem to ciasto. Jak je wyrobilam, Babcia pomacala, szturchnela palcem, zrobila dziurke i zawyrokowala - masz dodac tego i tego. Wyszlo idealnie.
Natomiast moja innowacja bylo kiszenie barszczu - do czego namowila mnie Lwowianka - w naszym miescie bylo duzo repatriantow.
Barszcz zawsze byl pierwsza i podstawowa potrawa wigilijna. Robiony z wywaru z burakow, z grzybow (uzytych do kapusty z grzybami) jarzyn (uzytych do salatki warzywnej) i koncentratu. Ja dodalam jeszcze ukiszony barszcz - nastepny biologiczny proces. Wg, tej Lwowianki barszcz ma byc jak wino - ciemnoczerwony, mocny, idealnie przejrzysty.
Barszczu zawsze sie robilo duzo - byl podstawowa zupa przez cale swieta. Co ma sens - elektrolity, potas, odkwaszanie - idealny na kaca. Salatka warzywna zastepowala ziemniaki - wiec na obiady swiateczne pieklo sie tylko mieso - drob.
Ale ten "prawdziwy" barszcz byl tylko na wigilie - w pierwszy dzien swiat Babcia (ta u ktorej nic nie moglo sie zmarnowac) dodawala wode, w ktorej gotowala sie szynka - domowa oczywiscie. Ale wg, mnie barszcz juz nie byl taki "prawdziwy".
Barszcz byl pity z porcelanowych filizanek. Do tego paszteciki z kapusta i grzybami. Karp w galarecie, czasem ryba jakas smazona, mysle ze dlatego, ze ja i siostra nie chcia?ysmy karpia.
Salatka warzywna, ktora byla na cale swieta,
Kapusta z grochem byla raczej na obiad tego dnia, ale czasem jak ktos chcial to i na kolacje.
Kompot z suszonych sliwek - czasem "domowych" zawsze pachnial dymem, prawie nieslodki.
Ciasta, owoce, galaretki z owocami. Orzechy i bakalie.