Witajcie.
Napisałam głównie dlatego, że nie mogę już znieść sytuacji, w której żyję. Nie liczę na jakąś złotą radę, jak sobie z nią poradzić, bo podejrzewam że takiej nie ma. Dla mnie chore i nie do zniesienia, a nie znalazłam tematu, do którego mogłabym się dokleić.
Mój facet ma ogólnie problem, żeby cokolwiek robić sam, do pracy potrzebuje towarzystwa, pomocy i mobilizacji osoby trzeciej. Ściągnął więc sobie jakieś pół roku temu kolegę do wspólnej pracy - dodam, że po raz drugi, w zeszłym roku akcja była podobna. Na co dzień mieszkamy sobie razem, kolega ma udostępniony salon, lodówkę, papieroski i piwko (sam oczywiście gaci sobie nie pierze), a w zamian za to sprząta po moim facecie i pomaga mu w codziennej pracy. Generalnie łażą wszędzie razem jak papużki (już mnie sąsiedzi zaczęli głupio pytać, o co tu chodzi), śmieją się, gadają, pierdzą, spędzają razem wieczory... aż dziwne, że jeszcze razem nie śpią. Ja oczywiście jestem traktowana jak odrzutek, który nie rozumie ich niezwykle śmiesznych żarcików (słuchanych po raz setny, na zmianę na te same tematy). Ze mną rozmawia się tylko o sprawach trudnych, problematycznych lub finansowych i zawsze kończy się tak samo
Jak ich widzę razem, robi mi się niedobrze, rano jak tylko słyszę te same dyskusje, szlag mnie trafia błyskawicznie.
Znosiłam to jeszcze jakoś, gdy on raz na jakiś czas jechał na weekend do domu. Ale teraz zdarza się to już sporadycznie.
Gdy raz na miesiąc znajdzie się wolna niedziela, to słyszę od mojego partnera, że to wszystko robi dla nas i dla nas buduje, że on nam pomaga i muszę to wytrzymać. Wtedy przez chwilę bywa normalnie. Niestety coraz częściej myślę, że to się nie skończy... Bo na co dzień wygląda to tak, jakbym to ja była na dokładkę, a nie kolega.
I to wcale nie jest tak, że jestem jakimś sztywniakiem bez poczucia humoru, wręcz przeciwnie, zawsze byłam optymistką z pozytywnym nastawieniem do ludzi i nawet lepiej dogadywałam się z facetami... ale tego mam już za dużo. Nie 24h na dobę!! Stałam się znerwicowaną, sfrustrowaną, złośliwą wredną babą i źle się z tym czuję. Czasem już mnie to bawi, bo co mam robić, więc tylko śmieję się im prosto w twarz. Tak naprawdę nie mam partnera, nie jestem sobą w tym chorym układzie ![]()
Kobiety rozumieją niedorzeczność tej sytuacji, każda tylko kręci głową. A czy któryś z facetów tu obecnych będzie w stanie spojrzeć na sprawę obiektywnie? Czy dla Was to są faktycznie nasze wyimaginowane problemy? Dziewczyny, czy ja przesadzam?
Musiałam gdzieś to przelać, bo już mnie rozsadza od środka. A to tylko namiastka codziennych sytuacji... ![]()
Pozdrawiam ciepło