A wiec, no coz jak to w zyciu bywa, roastalismy sie, 6 lat razem, ale to nie ma znaczenia ile, bo kazde moje uczucie do Niej od poczatku bylo szczere i prawdziwe, juz pol roku minelo kiedy nasze drogi sie rozeszly, nadal ja kocham, nie mam jej nic za zle, nie zywie zadnego zalu, ani pretensji do Niej, kocham calym sercem, jak kazdego czlowieka ktorego spotykam codziennie, mysle o niej, obserwuje, czy nie dzieje jej sie krzywda. Ta "historia" zaczyna sie byc moze zwykle, byc moze nietypowo, wszystko zalezy oczywiscie od punktu widzenia. Zobaczylem ja w tym wyjatkowym swietle, w tej niesamowitej swiadomosci, pieknej, wspanialej slodkiej dziewczyny, pozornie tylko zwyklej, musze sie wygadac chociaz tutaj, nie oczekuje zadnych komentarzy ani pokrzepien. Ma na imie Gosia. Przezylem z nia wspaniale momenty, chwile. Zylem w przeswiadczeniu ze jest najlepszym co mnie w zyciu spotkalo. Przez 6 lat mielismy duzo doswiadczen w naszym zwiazku, ale nadszedl dzien kiedy (po niemalze miesiacu mojej pewnosci ze chyba ma kogos na boku) usiadla naprzeciw mnie i powiedziedziala: Krzychu nie wiem czy chce byc z toba dalej, bo w pewnym momencie uswiadomilam sobie ze moje zycie nie ma sensu (to byl obiegnik: nasz zwiazek nie ma sensu), na co odpowiedzialem jej : OK zrobisz jak uwazasz ( twoje zycie, twoja wola, ja nie stane ci na przeszkodzie do twojego szczescia skoro wedlug Ciabie taka ma byc sciezka do niego) i rozstalismy sie. Lezalem na ziemi i kwiliłem z bólu psychicznego, jakiego jeszcze w życiu nie czułem, ryczalem jak bóbr przed snem, kiedy obudzilem sie w nocy, rano i popdczas dnia. Nie szukalem rozwiazania problemu na zewnatrz (imprezy, balety, nowe laski, itd. itp.) ja nie jestem tym zainteresowany, jestem przekonany ze problemow wenewtrznych nie da sie rozwiazac szukajac na zewnatrz, ale to juz moja osobista sprawa. Po jakims czasie dotarlo do mnie ze jednak, jak wczesniej myslalem rozstanie odbylo sie z powodow mojej "niepewnej sytuacji materialnej". Zostawila mnie dla innego. Nie pochodze z zamoznej rodziny, nie mieszkam w wielkim miescie, ale bylem juz za tym i tamtym oceanem na tym swiecie, odbywalem podroze na ktore wiele rodzin w lepszej sytuacji niz moja nie pozwoli sobie byc moze i nigdy. W kazdym razie cala ta sprawa jest dopiero wstepem do pewnego procesu myslowego w mojej glowie. Czy na prawde chcialabys poswiecic te prawdziwe "ja" ktore masz w sobie, tą czystą wole, nie skażoną żadnym uprzedzeniem, dogmatem, systemem, czy próbą przystosowania sie do twojego otoczenia, czy zrezygnujesz z tego wszystkiego jedynego i prawdziwego tylko dlatego ze strach o dobra i sytuacje materialna, strach o utrate pozycji spolecznej przejmie kontrole nad twoim zyciem??? Czy chcesz zyc, czy przystosowywac sie do zycia (innych)??? Czy chcesz budowac swoj zwiazek na prawdziewej sczerosci i milosci, czy moze poczekasz do czterdziestki kiedy nagle budzac sie rano uswiadomisz sobie, ze pol zycia juz za toba, a wcale spokoju wewnetrznego nie czujesz, a szczescie jest ci pojeciem obcym? Bo wyobrazenia minely sie z rzeczywistoscia.
No mniej wiecej tak
jestem troszeczke na bani bo upoilem sie bogów napojem. (i teraz tak troszeczke podziałowym schematem): Pozdrawiam Was wszystkie laski, kobiety, babeczki, to Wy tak naprawde jestescie sensem naszego zycia (facetów). Krzych 23