Witam,
Przeglądałam wiele postów, które w jakiś sposób są podobne do mojej historii i próbowałam odnaleźć coś dla siebie, ale mimo wszystko proszę Was o opinię, radę, komentarz, cokolwiek co pozwoli mi spojrzeć na mój problem "z boku".
Jestem ze swoim narzeczonym dwa lata. Ja mam 29 lat, on 34. W czerwcu on dość niespodziewanie dla mnie rozpoczął temat planowania dziecka. Wtedy byliśmy jeszcze tylko parą. Bardzo się ucieszyłam z jego propozycji, bo wiem, że niektórzy mężczyźni raczej ociągają się z tą decyzją i to kobieta musi namawiać swojego partnera do dziecka. Ja byłam gotowa na maleństwo, ale chciałam też ślubu i jakiejś formy zalegalizowania związku, żebyśmy mogli stworzyć szczęśliwą rodzinę.
I tu pojawiły się schody. On niby chciał, niby nie chciał ślubu, twierdził, że jemu osobiście nie jest to potrzebne, ale może zgodzić się na ślub ze względu na rodzinę, tradycję, mnie. Miesiąc temu mi się oświadczył, ale nie było to jakieś wielkie wydarzenie, owszem było wzruszenie, on nawet był przejęty. Ale ja czuje, że nie zrobił tego, bo sam chciał, tylko ze względu na mnie. I ja nie czuję wielkich fajerwerków, nie jestem najszęśliwszą kobietą na świecie, tą jedyną, wybraną, czuję że coś nie gra.
Oczywiście staramy się o dziecko, on jest bardzo zaangażowany (dba o moje i swoje zdrowie, jest troskliwy, czuły itp.) i ja się z tego cieszę, tylko zaczynam mieć przykre wrażenie, że jak dam mu potomstwo to się ze mną ożeni, jak nie to do widzenia. Nie powiedziałam mu jeszcze o moich przemyśleniach. Nadal temat ślubu to temat drażliwy i on nigdy sam go nie zainicjował, unika go, milczy. Mi jest niewyobrażalnie przykro, bo bardzo go kocham i chce być z nim do końca życia. On twierdzi, że też, ale... bez ślubu (jak on to nazywa
zabobonów").
Zaczynam się powoli zastanawiać nad sensem tego związku, tym co dalej
Proszę o Waszą opinię, pomóżcie mi spojrzeć na tą sytuację od innej strony, bo ja sama mam mnóstwo wątpliwości, czy to ma sens