Witam, o rozstaniu będzie. Chorym, strasznie trudnym. Dlaczego ku przestrodze? Ano dlatego, że podczas tego rozstania nie słucham rad, nie poszłam na terapię, żeby nauczyć się zadbać o siebie a nie o partnera, który doprowadził mnie do nerwicy i depresji.
Opiszę moją historię, zapewne podobną do tysiąca innych. I opiszę co z człowiekiem robi chora miłość. Kto chce niech przeczyta, jeśli kogoś znudzę trudno. Ale ja muszę uporać się z tymi emocjami pisząc, bo nie mam do kogo mówić.
Poznałam mojego męża mając lat 15, pięć lat później wzięliśmy ślub. Był moim najlepszym przyjacielem przez ponad połowę mojego życia, oparciem, bezpieczeństwem, fundamentem na którym budowałam swoje całe dorosłe życie. Zawsze razem, wszystko razem.
A teraz ten człowiek mnie zabije. Wiem to, bo już nie mam siły wstać z łóżka rano po nieprzespanej nocy, od dawna prawie nic jem oprócz pierza, kiedy wgryzam się z rozpaczy w poduszkę, żeby nie wyć jak zwierzę. Mam zapas tabletek i do kompletu dokupiłam strasznie drogą whisky, bo jak odejść to z klasą, prawda?
Mamy córkę, nastolatkę. Ciężko chorowała, leczyła się z dala od domu przez prawie rok. Ja byłam przy niej, bo jestem matką i nie wyobrażam sobie, jak mogłabym zostawić w takiej sytuacji własne dziecko. Pokonała chorobę, ale przyplątała się autoagresja. Radzi sobie z nią coraz lepiej, do tego stopnia, że nie boję się już wychodzić z domu i spać w nocy. Nie bałam...
Wróciłyśmy do domu stęsknione za naszym kochanym ojcem i mężem, cieszyłyśmy się jak wariatki na myśl o spotkaniu. Nie było go z nami, bo ktoś musiał zarabiać, chociaż ja też brałam prace zlecone w tym czasie.
Nie było już do czego wracać.
Pierwsze dni były pełne unikania nas. Potem powiedział, że nie radzi sobie z chorobą córki, mnie już nie kocha i nie chce być z nami. Nie potrafi mi wybaczyć, że go na tak długo zostawiłam samego. Nie napiszę, co wtedy czułam, bo się nie da... Tak nagle, bez zapowiedzi, bez ostrzeżenia...
Potem było już tylko piekło.
Chciałam zrozumieć, chciałam, żeby wytłumaczył DLACZEGO?
Zauważyłam, że zaczął więcej pić, bierze jakieś leki na uspokojenie po których zachowuje się dziwnie. Pomyślałam, że żeczywiście sobie nie radzi, kocha mnie, pogubił się, muszę mu pomóc. Wmówiłam sobie, że mnie potrzebuje. Przyjaciele w realu i na forum tłumaczyli, że to nie ma sensu, mam zadbać o siebie, że potrzebuję terapii, w nosie to miałam, klapki na oczach i RATOWAĆ, RATOWAĆ, RATOWAĆ. Jego. Nas.
Wychodzi ciągle do pobliskiego baru, spędza tam właściwie całe dnie i chciałam go stamtąd wyciągnąć. Zadzwoniłam do pracy, zaproponowałam wspólny romantyczny wieczór, taki jak kiedyś. Zgodził się od razu, jasne, zaraz po pracy będzie. Nie wrócił. Zadzwoniłam. Przyszedł tylko po to, żeby powiedzieć, że nie chce ze mną gadać, kolega ma problem, a ja mu zawracam głowę. Popłakałam się. Popatrzył z pogardą i wyszedł. Napisałam mu, że ma się wyprowadzić i przemyśleć co jest dla niego ważne, ja mam dość. Chciał wrócić nad ranem, nie wpuściłam go. Następnego dnia powiedział, że owszem, wyprowadzi się tylko chwilowo nie ma gdzie, więc pozwoliłam mu zostać kilka dni. Był miły i znowu kochany, przez chwilę, potem znowu wychodził, a ja czekałam z kluchą w żołądku i cała roztrzęsiona.
Znalazł mieszkanie, mnie pierwszej je pokazał. Poszliśmy wcześniej na spacer, mówił mi o tym, że potrzebuje czasu, że wszystko się ułoży. Pomieszkamy osobno, będziemy umawiać się na randki, oswoimy ze sobą na nowo. Że nie zapomni o mnie, bo zbyt wiele nas łączy. Ze nie potrafiłby zapomnieć.
W tym momencie trzeba było dać mu kopa na pożegnanie. Ale nie, ja rozpłynęłam się ze szczęścia. Jednak kocha. Tak sobie to wmówiłam, że prawie wydawało mi się, że to powiedział.
Ok, mieszkanie znalazł, ale nie umeblowane, przeprowadzać się nie chciał, teraz wiem, że z lenistwa, ale wtedy myślałam, że nie potrafi się rozstać. Spał dalej w moim domu po imprezach z kumplami. A ja z zapuchniętymi od płaczu oczami przytulałam się do niego cichutko, kiedy zasnął i nie czuł.
Zaczęły do mnie docierać plotki o innej kobiecie, wielu go z nią widywała i donosili. Zapytałam, powiedział, że to koleżanka, że nie mógłby mnie zdradzić. Nie wiem. Moje zidiocenie doszło już do takiego punktu, że można mi wmówić wszystko.
Kiedyś przyszedł do domu wieczorem, było miło, świetnie się całą rodziną bawiliśmy. Byłam szczęśliwa, bo moja córka jest mądrzejsza ode mnie i na nią sztuczki ojca nie działają, nie rozmawia z nim, a wtedy mu odpuściła, było tak jak kiedyś. Dostał wiadomość, wyszedł z domu, ja wpadłam w histerię. Pobiegłam za nim, rozmawiał przez telefon pod blokiem. Zaczęłam krzyczeć, że nie wolno mu z nią rozmawiać, że my jesteśmy jego rodziną, ona go i tak rzuci. Powiedział, że będzie robił co chce, nie moja sprawa. Uciekłam do domu, w głowie milion myśli na raz. Przyszedł za mną, powiedział, że to już koniec. Ja to wiedziałam, zanim powiedział. Poprosiłam go, żeby mnie przytulił ostatni raz, wiem, że to głupie, ale wtedy straciłam godność do reszty i było mi już wszystko jedno co się ze mną stanie. Przytulił, czułam, że niechętnie, ale było mi wszystko jedno. Szepnęłam, okłam mnie ostatni raz, a on mnie pocałował, wstał i bez emocji zaczął zbierać rzeczy potrzebne mu w nowym mieszkaniu. Ja wtedy już nie płakałam, wyłam jak ranne zwierzę, córka siedziała przy mnie i z całych sił mnie przytulała i wrzeszczała do niego, że jest bez serca, ze go nie nawidzi za to co mi robi.
Po dwóch godzinach wrócił, nie wiem po co, położył się na podłodze i zasnął. Nie miałam siły go wyrzucić.
Na drugi dzień przyszedł i powiedział, że nie chce mieszkać sam, że woli z nami, że będzie się starał, zajmie się domem, będzie spędzał z nami czas, pokaże nam, że wszystko się ułoży. I zgodziłabym się na to, gdyby nie moje mądre dziecko, które go wywaliło za drzwi.
Dzisiaj dałam mu kolejną szansę, spokojnie rozmawialiśmy o nas i zgodziłam się, żeby wrócił. Poprosiłam tylko, żeby nie jechał na koncert, żeby był w domu kiedy wrócę z pracy, położymy się razem, obejrzymy film, będzie normalnie. Zgodził się, a po dwóch godzinach zadzwonił, że jedzie, prześpi się u siebie i jutro porozmawiamy. Odpowiedziałam, że już nie ma o czym, że jeśli nie chce ze mną być to po co ciągle wraca. Czym mu zawiniłam, że tak się mści, wraca i dręczy mnie, wiedząc, że już nie potrafię się bronić. Odpowiedział, że potrzebuje czasu, bo sam nie wie czego chce.
Nie łudzę się, że coś jeszcze do mnie czuje. Chce po prostu wrócić do domu w którym są meble, pralka, kucharka i gosposia i życ dalej po swojemu, depcząc po mnie jak po wycieraczce. Nienawidzę go w tej chwili, ale jutro pewnie zadzwoni...
To tylko kilka przykładów na to, jak człowiek potrafi się upodlić, kiedy jest uzależniony od drugiej osoby. Wystarczyło posłuchać mądrych rad przyjaciół, którzy mówili, że to co robię jest chore i nie ma sensu. Albo pójść na terapię i nauczyć się dbać o siebie. Nie zrobiłam tego i teraz siedzę przed kupką tabletek. Nie zjem ich jeszcze dzisiaj, są moim kołem ratunkowym, ale czuję, że zbliża się ta chwila. Nieuchronnie.
Ku przestrodze to napisałam, dla tych, którzy już wiedzą, że miłość się wypaliła, ale ciągle jeszcze widzą iskierkę i mają nadzieję. Nie ma nadziei. Pewnie jest łatwiejszy sposób, żeby to zrozumieć niż mój, znajdźcie go, dla mnie jest już za późno. Ja ciągle kocham. I powoli umieram.