Od wielu lat zawsze było ze mną coś nie tak. Ale od jakiegoś czasu dopiero to zauważyłam. Nie potrafię siebie określić, mam mnóstwo dziwnych zachowań i właściwie sama nie wiem co o tym myśleć.
Zacznę po kolei.
- Mój ojciec to alkoholik. Odkąd pamiętam pił, awanturował sie. Mieszkamy z rodzicami mamy, to do ich części domu zawsze uciekałam przed ojcem, bojąc się, żeby tam nie przyszedł i nie zaatakował dziadków. Bywało, że chowałam się w jaknajdalszej części domu, tak dla pewności, była do łazienka - czasem odrabiałam tam lekcje. Ciągle spieta, w nocy nasłuchiwałam czy nic się nie dzieje, wyczulona na każdy szelest, skrzypnięcie podłogi.
- W okresach gdy ojciec nie pił i tak ciągle miał coś do powiedzenia, obgadywał wszystkich, zniechęcał do siebie ludzi. Właściwie nadal tak jest. Od dawna czuję do niego nienawiść, ale on nie wie o co mi chodzi, bo wg nigo nigdy mi nic złego nie zrobił (nawet gdy miesiąc temu wyzwał mnie od D'' i kur"" po pijanemu).
- Zawsze byłam wzorową uczennicą. Nikt spoza najbliższego otoczenia nie przypuszczałby o tym, że mam w domu taką sytuację.
- Wiązałam się 3 razy. Pierwsze dwa związki nie wypliły, generalnie przez moją zazdrość, która bywała chorobliwa. Ale ja potrafię sobie tak wszystko poukładać, że jest to logiczne i narawde w to wierzę.
- Z obecnym facetem jestem kilka lat. Ostatnio było gorzej. Nie ufam mu. Nie pamiętam już nawet z jakiego powodu.
Wyobrażam sobie, że gdy jedzie do pracy, to napewno tam kogoś ma. Zamęczam siebie i jego. Ciągle myślę, kiedy mnie w końcu zostawi. Bywam agresywna, rzucam się w awanturze i nie panuję nad słowami, bo wydaje mi się, że nikt mnie nie słucha i się ze mną nie liczy.
- Ciągle wydaję mi się, że nie jestem sobą. Że zyje gdzieś obok. Że czekam na jakiś przełom i wtedy dopiero zacznę żyć. Wszystko dookoła dzieje się tak, jak ktoś zaplanuje ( w większości mój facet ). Ciągle mam pretensje, że wszystko jest tak jak on chce.
- Nie potrafię się porozumieć z ludźmi. Na krótką chwile jest ok, ale po kilku godzinach jestem zmęczona, wydaje mi się że i tak nikt mnie nie rozumie i marzę, żeby zamknąć się w pokoju z książką w ręku.
- Mam gigantyczne kompleksy. W młodosci byłam przy kosci, teraz pozostały masywne nogi, obwisły brzuszek. Wstydzę się do tego stopnia, że robię od tygodnia karczemne awantury o to, że mój facet zaplanował (jak zwykle sam) wakacje z jego znajomym i znajomego dziewczyną - miss czegośtam, wypacykowaną, wypiętą jak struna małolatą. Nie chce jechać na te wakacje.
- Nie pracuję. Ze względu na studia, dojazdy i wiele innych czynników o których nie chcę mówić. Z jednej strony wiem, że praca dodałaby mi pewności siebie, ale z drugiej przecież tak jest wygodnie... Koszmar.
- Nie mam znajomych. Mam jedną dobra przyjaciółkę, często rozmawiamy, ale ona jest daleko. Tylko ona choć po części mnie rozumie. Na studiach miałam znajomych ale przez faceta, który nie chciał żebym zostawała na noce tam, z nikim nie utrzymuję większych kontaktów. Czuję się okropnie samotna, zazdroszcze tym, którzy mają dookoła rodziny, ciepłych znajomych.... Bo sama nie mam do kogo otworzyć ust.
Ciągle coś analizuję. Ciągle szukam spisków, zdrad, kłamstw swojego faceta. W jego znajomych widzę swoich wrogów, którze napewno buntują go przeciwkko mnie. Nie chce jechac z nikim innym na wakację, bo wiem, że będzie na nią zerkał, ślinił się i niewiadomo co jeszcze, a ja nie chcę się użeraż z małolatą, robić to co zechcą znajomi. Kursuję między domem (gdzie jest sfrustrowana mama, pijany często ojciec, marudzący dziadek - któremu jest wdzięczna najbardziej na świecie), a swoim facetem, który wszystkie decyzje podejmuje za mnie, robi to co ON chce, kmpletnie mnie nie rozumie. Nie czuję radości, momentami jest dobrze, uśmiecham się, potem znowu widzę jakiś problem, by następnie zrobić awanturę albo się wściec a na końcu się popłakać z bezsilności na samą sobą.
Najchętniej chciałabym się spakować, wyjechać gdzieś daleko, zrobić coś pożytecznego, czuć się potrzebna i w końcu szczęśliwa.
Do końca życia mam trwac w takim dziwnym zawieszeniu ? Robić dobrą minę do złej gry ? Być dobrą żoną i może może matką i sztucznie się uśmiechać ? Czy po prostu potrzeba mi odwagi żeby rzucić to wszystko w cholerę i zrobić coś dla samej siebie ?
Jestem świrnięta...