Cześć dziewczyny,
dziękuję za odpowiedzi, widzę że trochę się napracowałyście. Nie odpisywałam wczoraj, bo Tomek zabrał mnie na kolację. Mimo tego że nurtowało mnie to niewyjaśnione coś nie chciałam psuć miłej atmosfery. Fajnie, ze pisałyście, zaraz postaram się odnieść do wszystkich wypowiedzi. Można je podzieliś na skrajnie prawicowe i neutralne, szkoda że nikt nie napisał tej lewicowej wersji jak Tomek, bo to mnie nurtuje o co mu najbardziej chodzi, czego mogę się spodziewać w przyszłości, może Wielki Kot się odezwie, bo po przeczytaniu jego wątku trochę jestem zszkowana.
agnik napisał/a:Lekarz zachował się nieodpowiednio ale ten temat wyczerpała nocnalampka
Na chłodno myśląc już po czasie, to mój mąż dobrze zareagował, bo stanął w mojej obronie. Tak na prawdę nikt za nikogo nie powinien decydować, ale lepiej jak mąż za żonę czy żona za męża decyduje niż jakiś obcy mężczyzna, naruszając, albo naginając prawo pacjenta. Troszkę nawet jestem z niego dumna, że stanął w mojej obronie, natomiast z jego zachowania nie pochwalam.
busiu napisał/a:Żeby kobieta nie mogła decydować o tym, do jakiego lekarza pójdzie? Pan-władca-mąż podejmuje decyzje za Ciebie? Widocznie uznał, że Ty sama nie jesteś uprawniona/zdolna do takiej decyzji. Tak jak lekarz postawił Cię przed faktem dokonanym (mąż out, majtki w dół, a tu stażyści będą asystować), mąż się tym zbulwersował, ale właściwie to samo- out z przychodni, sam umówił Cię na wizytę z kobietą, a jak pójdziesz do faceta-gina, to zdrada i wont.
To prawda umówił mnie, bo z tego co powiedział, poczuł się w obowiązku, bo przez niego nie doszło do badania. Ja się zgodziłam, bo nie miałam innej alternatywy, a do tego lekarza na pewno bym nie wróciła. Nie rób też ze mnie takiej sierotki, ze co mój mąż powie to ja zrobię, bo często zdarza się że to ja się denerwuję że muszę decydować za nas. Czasami chciałabym, aby on coś zadecydował, a wiecznie słyszę jak chcesz, zadecyduj :-( Więc nie czuję się jak niewolnica a on jak Pan i władca.
Nirvanka87 napisał/a:Moim zdaniem Twój mąż w przychodni zachował się bardzo impulsywnie, ale ja go rozumiem. W sumie sama bym się tak zachowała jako kobieta, bo co to za zwyczaje, ze 3 stażystów czy studentów może mnie oglądać, a mój mężczyzna nie? Idiotyzm, w nerwach też bym ich wyzwała od zboczeńców.
Problem pojawia się dopiero potem, czyli to, ze mąż nie godzi się na to by badał Cię mężczyzna. Tutaj nie da się nic doradzić, bo Twój facet ma pewnie takie podejście jak Wielki Kot. Jeżeli chcesz być nadal w szczęśliwym związku musisz się po prostu dostosować.
No tak, ale Kot to powiedział żonie co mu dolega, aż za bardzo :-( A Tomek, bo tak i zmienia temat. Chciałabym wiedzieć jak to będzie przy porodzie lub ewentualnych innych badaniach. Ale on nie chce ze mną rozmawiać.
didina napisał/a:w głowie sie nie mieści, żeby facet wybierał mi lekarzy u których mam się leczyć A jak trafisz (odpukać) podczas ciąży na oddział patologii, albo na porodówkę i lekarz facet będzie cię badał, to co zrobi twój mąż- pan i władca? Zabroni? Wtargnie do szpitala i zrobi porządek?
Kurde baby same są sobie często winne.. najpierw zgadzają się na "ubezwłasnowolnienie", a potem jest płacz i zgrzytanie zębów.
W ogóle po kiego grzyba targać faceta ze sobą do ginekologa? Ja jestem w ciąży, mój mąż nigdy nie był ze mną w gabinecie. Wystarczają mu fotki z usg i co najwyżej był obecny przy KTG.
Nie dziwię się, że mój lekarz ginekolog nie lubi osób trzecich w gabinecie. Może też miał takie absurdalne doświadczenia z zazdrosnymi durniami.
Tutaj sobie pogrubię, bo z tym się nie zgadzam. Tomek nie wybierał mi nigdy lekarzy tylko ten jeden raz, a co zrobi w szpitalu to nie wiem i do tego dąrzę aby się dowiedzieć od kilku dni
I wcale nie jestem ubezwłasnowolniona, o tym już pisałem wyżej.
Nie targałam męża do ginekologa, tylko chciałam aby był ze mną podczas pierwszego oglądania naszego dziecka. Chciałam, aby trzymał mnie za rękę, chciałam zobaczyć jego uśmiech, może nawet łzę na oku. Chcę aby nasze dziecko było tak samo kochane przez niego jak przeze mnie. Po urodzeniu mam mu też pokazać zdjęcie dziecka i to powinno mu wystarczyć. Doprowadził do poczęcie maluszka, to powinien ze mną na równi przechodzić cały ten etap. I nie nazywaj Tomka durniem, bo to akurat lekarz był durniem, jak tak perfidnie nagina prawa pacjenta. jeżeli Tobie to nie przeszkadza to ok, ale mnie studenci nie są potrzebni podczas tak krępujących badań.
Nirvanka87 napisał/a:Uważam, ze ciąża to nie tylko "sprawa" kobiety, bo sama kobieta sobie dziecka nie zrobiła. Najpierw kobiety, tak jak Ty nie chcą chodzić z partnerami na usg, jakby odcinacie partnerów od ciąży i dziecka, a potem płaczecie, ze ojciec nie czuje się z dzieckiem związany i jak przychodzi z pracy to siada przed kompem, albo czyta gazetę.
Wiadomo, ze natura stworzyła tak to wszystko, ze kobieta jest bardziej związana z dzieckiem, bo to ona jest w ciąży, dlatego trzeba jak najbardziej zachęcać mężczyzn, żeby uczestniczyli w ciąży i budowali od samego początku więź z dzieckiem, nawet jeżeli jest "tylko" w brzuchu.
Bardzo mądrze napisane. Popieram.
nocnalapka napisał/a:Busiu ładnie ujęła kwestię uprzedmiotowienia. Ja widzę to dokładnie tak samo.
Dodatkowo problem wydaje mi się być dość poważny, skoro facet z zasady twierdzi, że ginekolog to na pewno zboczeniec. Nie odróżnianie relacji pacjent-lekarz od relacji partnerów erotycznych to jednak poważny problem. Miałaś dotychczas szczęście w życiu, że nic poważnego Ci się nie działo i niezbyt często byłaś u lekarzy, skoro nawet ekg Ci w staniku robią Ale poważnie - co jeśli od tego czy Cię np poskłada po wypadku lekarz-facet będzie zależało Twoje zdrowie, lub życie? Co, jeśli okaże się, że potrzebujesz rehabilitacji aby powrócić do sprawności i najlepszym wyborem jest facet-rehabilitant. Co w końcu, jeśli z ciążą nie wszystko będzie przebiegać książkowo i będzie konieczna co najmniej konsultacja, a może i leczenie przez fachowca w temacie - też faceta?
Pytałaś wyżej o męski punkt widzenia. Mężczyzną nie jestem, ale skonsultowałam temat z mężem. Z resztą, już przy okazji Wielkiego Kota kiedyś o tym rozmawialiśmy, więc znałam jego stanowisko, no i okazało się, że nie zmieniło się. Niestety, ale postawę Twojego męża, mój skomentował jednym któtkim wyrazem, który potocznie określa stan intelektu, a medycznie, zgodnie z używaną do niedawna nomenklaturą oznacza osobę upośledzoną intelektualnie w stopniu głębokim... Swoją drogą mój mąż, jeśli "bliski kontakt" z pracownikiem służby zdrowia płci przeciwnej byłby zdradą, to powinien mnie dawno zostawić, bo na taką zdradliwą żonę jak ja, szkoda zachodu Z racji moich problemów powypadkowych, co jakiś czas wracam do mojego ortopedy, który operował mnie - tak się zdarzyło, że najlepszy specjalista od kolan, ale niestety facet i jak nic bez zdjęcia spodni się nie obejdzie u niego... Regularnie prowadzi mnie pani neurolog wprawdzie, ale najmniej kilka razy w roku potrzebuję dostać się do lekarza tej specjalności na cito, również potrzebuję skierowanie na rehab w konkretnym miejscu i wtedy idę do pana doktora - jak wspominałam, trzeba i koszulke u niego zdjąć i stanik rozpiąć, a i spodnie nieco opuścić aż do pół-pośladków, że o odsłonięciu kolan nie wspomnę... Dalej idą rehabilitanci i masażyści, których też potrzebuję do normalnego funkcjonowania najmniej tak parę razy w roku. I to też zwykle są faceci. A i ja -o zgrozo!- facetów wolę, bo zwyczajnie są lepsi, a i silniejsi fizycznie, co nie jest w tym fachu bez znaczenia. No i na koniec wisienka - moją ciążę od początku prowadzi mój zaufany, prowadzący mnie już od lat pan doktor: ginekolog-położnik z wieloletnim stażem, ogromnym doświadczeniem, no ale facet! Mojemu mężowi ani przez chwilę nie przyszło do głowy ingerować w to na jakiej podstawie wybieram lekarzy czy rehabilitantów i do głowy nie przyszloby mu robienie scen, bo mój pan doktor nie jest panią doktor... Lekarz to lekarz i nie płeć ma mieć znaczenie decydujące. Powiem Ci też, że dwa razy przytrafiło mi się w tej ciąży być w szpitalu. No i od izby przyjęć, poprzez badania w czasie pobytu, aż do badania tuż przed wypisem - badali mnie lekarze mężczyźni. Raz badała mnie kobieta. Ale to i tak było USG przez powłoki brzuszne, a nie badanie gin, więc nie wiem czy się liczy? I jedyne co interesowało mojego męża to to, czy z małym i ze mną wszystko w porządku. Pewnie też interesowałby go fakt np braku kompetencji, czy kultury badającego mnie lekarza, ale takich sytuacji nie było, a pewnie jakby były, to płeć medyka też nie miałaby znaczenia.
Didina, jak to po co? Ja na większośc wizyt też chodziłam z mężem. A to dlatego, że to tak samo jego dziecko, jak moje. I tak samo on miał pełne prawo (z którego korzystał) wypytać o wiele rzeczy lekarza, bo w gre wchodziło zdrowie i bezpieczeństwo jego żony i jego dziecka. Zatem nie widzę powodu abym miała na te wizyty chodzić sama. Rodzić też nie zamierzam bez niego, na wizytę po porodzie, kiedy będzie trzeba wrócić do tematu antykoncepcji, też pójdziemy razem. I nie widzę w tym nic dziwnego. Wręcz przeciwnie - to wszystko to jest nasza wspólna sprawa, a nie tylko moja, więc niby czemu mam pozbawiać go możliwości uczestniczenia w czymś co go żywo dotyczy?
PS. Teraz też zaskoczyłam, że mój mąż ma panią dermatolog, do której z racji galopującego AZS chadza regularnie. A pani dr młoda i wyjątkowo atrakcyjna. Nie pytałam czy teraz na wizytach też musi się tak aż rozbierać, ale kiedy pani ta była jego lekarzem prowadzącym w czasie pobytu szpitalnego, to dwa razy dziennie kazała się mu do majciochów aż rozbierać... Czy też powinnam być zazdrosna?
Powiem Ci, że właśnie o to chodzi że ja już nie wiem o co Tomkowi chodzi. Nie miałam nigdy problemów ze zdrowiem, więc nie miałam żadnych takich krępujących badań, jedynie ginekolog, ale kobieta, może dlatego nigdy nie wyszło nic złego. Myślę, że rozbieranie się do majtek u lekarza, też by nie stanowiło problemu, jego zawsze kręciły genitalia kobiet, więc może tutaj jest cały pies pogrzebany.
moniaCo napisał/a:Chwila, chwila.....
Nie popadajmy w skrajności!
Wiadomo, że do tanga trzeba dwojga i dziecko to wspólnie "wypracowane' dzieło.
Nie sądzę, aby jakaś kobieta chciała koniecznie swojego partnera odciągać od ciąży i dziecka, ale nie musi on na Boga uczestniczyć w każdym badaniu, które kobieta w czasie ciązy przechodzi! Bo i po co?
Nie czułabym sie komfortowo, gdyby mój partner stał obok podczas badania ginekologicznego.
Ale uczestniczyć podczas badania usg, gdzie może zobaczyć swojego maluszka na ekranie i usłyszeć bicie serca podczas KTG to juz zupełnie inna bajka!
Tak na dobra sprawę to czy któras z pań uczestniczy w badaniu prostaty swojego partnera??
Nie sądzę!
HaHa, zaciągnąć mojego męża do lekarza, aby zrobił badanie jakiekolwiek, prędziej kota nauczyłabym pływać. Nie popieram tego akurat.