Witajcie. Nie wiem nawet do końca na czym polega mój problem. Przedstawię Wam sytuację:
W swoim życiu spotykałam się z wieloma facetami. Na powodzenie nie narzekam jednak utrzymywałam większość relacji w formie koleżeństwa jeśli stwierdzałam, że to nie to. Po pierwszym poważnym związku nie umiałam się pozbierać. Umawiałam się na randki, ale w każdym chłopaku coś mi nie pasowało. Aż poznałam Damiana. Zakochałam sie od razu, on też. Szybko zaczął się związek, wszystko układało się super, czułam, że to jest to, że pasujemy do siebie. Po paru miesiącach zaczęło się psuć. Co chwile kłótnie, często ja przesadzałam, ale i jemu sie zdarzało. W końcu mnie oszukał i choć nie była to zdrada to samo kłamstwo sprawiło, że nie byłam w stanie przejść na tym do porządku dziennego, przestałam mu ufać a on nie potrafił tego znieść i się rozstaliśmy. Nasze rozstanie trwało jakieś pół roku, on chciał wrócić, ale nie pozwalałam mu na to. Spotykałam się znowu z przeróżnymi facetami i znowu było to samo - żadnego nie umiałam pokochać, każdy miał coś, czego nie umiałam zaakceptować. Za kolejnym razem kiedy Damian chciał do mnie wrócić pozwoliłam mu starać się o mnie. Starał się bardzo, postawił wszystko na jedna kartę nie wiedząc czy zgodzę się do niego wrócić. Z dnia na dzień było znowu coraz piękniej, zaczynałam mu ufać powoli, byliśmy szczęśliwi i nagle ... nie wiem co się stało. Zaczęły nawiedzać mnie myśli, że to nie to. Zaczął mnie irytować swoim pesymizmem. Kiedyś tego nie miał lub ja tego nie zauważałam. Fakt, że w jego życiu sporo się zmieniło, sporo przeszedł w czasie gdy nie byliśmy ze sobą, rozpoczął życie na własną rękę, nie jest mu lekko. Widzę, że zależy mu na mnie, nawet przeprowadza się by mieszkać blisko mnie zostawiając swoją rodzinę i znajomych w innym mieście. Chce się ze mną widywać w każdej wolnej chwili a jak nie możemy to piszemy ze sobą smsy. Ciężko mi stworzyć z nim jednak poważną relację. Jednego dnia wydaje mi się, że jest idealnie a następnego dnia kłócimy się o byle co. Zwykle szybko dochodzimy do porozumienia. Momentami żałuję, że wrócił choć na początku byłam z tego powodu przeszczęśliwa. Najgorsze, że nie jestem w stanie go zostawić. Teraz to już w ogóle powinnam go wspierać w obcym mieście a nie zostawiać samemu sobie. Poza tym czuję, że łączy nas silna więź ... nie mam pojęcia co ona oznacza. Jest tak silna, że możemy sie męczyć oboje cierpieć a i tak nie będziemy w stanie się rozstać. Dziś cierpimy a jutro zaczynamy od nowa, robimy coś wspólnie i jest miło.
Z jednej strony mam ochotę olać to wszystko i przestać się męczyć. Z drugiej strony na samą myśl, że znowu zabraknie go w moim życiu robi mi się słabo. Zastanawiam się na ile wina leży po mojej stronie, że nie potrafię zaakceptować jego wad i nie brać do siebie jego złego humoru a na ile po prostu nie pasujemy do siebie. Szukam problemu w sobie, bo tylu już poznałam chłopaków i jakoś żaden mi nie pasował, on miał tako samo z kobietami. Macie jakiś pomysł co tu jest właściwie grane?