Witajcie! Nie wiedziałam, gdzie się zwrócic, bo muszę się wygadać. Mam nadzieję, że uzyskam jakąś pomoc, bo sama nie wiem, co robić...
Z moim chłopakiem jestem od roku. Jak wiadomo, na początku istna sielanka, która miała się przerodzić w miłość... Ale mam wrażenie, że tylko z jednej, mojej strony. Odkąd minęło nam pół roku, prawie ciągle słyszę, że mój chłopak mi nie ufa. On utrzymuje, że osoby które to mówią, nie znają się na tym kompletnie, więc co one mają do powiedzenia w tym temacie, przecież on mi ufa bezgranicznie... Tylko, że ja też tego nie widzę.
Mniej więcej problemy zaczęły się, kiedy znalazłam sobie przyjaciela. Starszego o kilka lat faceta, ale jest i na zawsze będzie dla mnie tylko przyjacielem, nikim więcej. Niestety, ciągle miałam "jazdy" od mojego chłopaka, że mam zerwać kontakt, bo gościu na mnie leci a jego obraża (no cóż, wypłakiwałam mu się już tysiące razy z jego powodu....). Nie zerwałam kontaktu, co go strasznie denerwowało. Nie chciałam przez własnego chłopaka tracić kolejnego znajomego, tylko dlatego, że jemu się on "nie podoba". Tak, wygląda to wszystko tak, że mój chłopak wybiera mi znajomych. Niestety, to nie jest jedyny problem z moim chłopakiem. Zawsze muszę się go pytać, czy np. mogę wyjść z tą osobą, albo tą, czy mogę iść tam... Niestety w drugą stronę to nie działa, bo od niego często nie słyszę, gdzie wychodzi, z kim. Nieraz czekam na niego jak głupia, dzwonię i nic.
Chłopak mi nie pozwala, z "bezpieczeństwa", spełniać marzeń. Jednym z nich było zawsze kupno motocykla. Od dziecka marzyłam, że kiedyś będę miała własną maszynę... Niestety, musiałam z tego zrezygnować, ponieważ - "mogłabym się zabić". Tak samo zrobienie tatuażu, bo wda się w zakażenie. Ale do tego, co jemu się podoba, bardzo mnie przekonuje.
Mój związek komplikuje się z dnia na dzień coraz bardziej... Dostaję coraz więcej zakazów, mimo, że ja się tak względem niego nie zachowuję. Muszę kombinować czasami by w ogóle wyjść z domu(nie, nie mieszkamy razem), za co mi się potem obrywa, ale zrozumcie - nie jestem jeszcze w wieku, by siedzieć całymi dniami w domu, gotować obiady... Jestem młoda, chciałabym się wyszaleć. Nie mam prawie żadnych znajomych z którymi mogłabym gdzieś wyjść, cokolwiek. Od ciągłej rutyny czuję się jak wypalona czterdziestka, lub sześćdziesiątka, której nie pozostało nic, jak stać przy garach i czekać na śmierć.
Niedawno mój chłopak wyjechał na kilka dni nad morze. Kilka dni wcześniej poznałam osobę, której od samego początku mogę bardzo ufać, z czego się cieszę. Spotkaliśmy się w dzień wyjazdu mojego chłopaka. Był tak niezadowolony ze wszystkiego - mimo tego, że się zgodził - że miałam wrażenie, że mnie rozszarpie przez telefon. Bo za długo, bo za dobrze się bawiłam... Tak, jeśli mam być szczera - kilka dni spędzonych bez niego, mogłabym nazwać takimi dniami, w których mogłam się dobrze bawić, bez żadnej ciągłej kontroli, mogłam robić to co chcę.
Na żadnych spotkaniach nie przesadzam - nie piję bez niego, bo obiecałam, nie palę, nie lgnę jakoś do innych osób, nie zdradzam. Zachowuję się całkiem normalnie. Nie wiem, dlaczego on względem mnie tak się zachowuje.
Być może napisałam to trochę chaotycznie, więc jakby były pytania - walcie śmiało, wyjaśnię.
Taki okres kłótni trwa już od stycznia, aż do teraz. Mniej więcej ciągle o to samo. Cała wina zawsze spada na mnie, że to ja nadszarpuję jego zaufanie...
Btw. Przyjaciel mi powiedział, że od pewnego czasu to nie wygląda tak, że mój chłopak chciałby ze mną być - tylko tak, jakby po prostu chciał mnie mieć na własność.
Nie wiem co robić, gubię się we wszystkim i czuję się jak małe dziecko... Pomóżcie! Błagam...