Na wstępie zaznaczam, że jestem facetem. Piszę tutaj, bo nie mam przyjaciółek z którymi mógłbym porozmawiać, a liczę na to, że kobiece spojrzenie na problem pomoże mi poukładać w sobie niedawne wydarzenia z mojego życia.
Przez ostatnie trzy lata pracowałem w czysto technologicznej firmie zdominowanym przez mężczyzn, ale los chciał, że akurat w dziale moim i moich pięciu kolegów postawiono jako kierownika kobietę. Przez pierwszych kilka miesięcy wszystko układało się bardzo dobrze, atmosfera była przyjemna, wszyscy koledzy byliśmy ze sobą dość zżyci. Miałem cały czas te poczucie wzajemnego szacunku, widziałem że wszyscy zdajemy sobie sprawę z własnych wad i zalet, potrafimy odpowiednio do naszych zdolności rozdzielić między siebie zadania, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony.
Po jakimś czasie zacząłem zauważać, że nasza kierowniczka zaczęła mnie doceniać, miałem nawet poczucie, że darzy mnie większym zaufaniem niż innych. W dodatku czasami zalotnie uśmiechała się do mnie, wyciągała na luźne rozmowy w cztery oczy pod pretekstem spraw służbowych nawet wtedy, kiedy nie byłoby to normalnie konieczne. Cieszyłem się z tego, bo też uważałem ją za wspaniałą, porządną kobietę. Odebrałem to tak, że może widzi we mnie coś więcej niż po prostu pracownika. Nie była zamężna, nie miała chłopaka, więc postanowiłem się nią zainteresować. Przez delikatność i z uwagi na to, że ktoś w firmie mógłby być zwyczajnie zazdrosny, nie chciałem z nią po prostu flirtować, zacząłem jej dawać dyskretne sygnały, że mi się podoba. Od czasu do czasu podrzuciłem jej do pokoju jakiś drobiazg, na przykład zostawiłem jej kwiatek w kubku na długopisy. Zrozumiała to i okazało się, że się nie myliłem, coś zaczęło się dziać między nami. W końcu zaczęliśmy się spotykać w miejscach w których mogliśmy się zachowywać swobodnie.
Wszystko zmierzało w kierunku stałego związku, mieliśmy nawet plany na wspólne przedsięwzięcie, zapoznała mnie ze swoim przyjacielem przedsiębiorcą, który miał nam pomóc, wszystko układało się bardzo dobrze.
Po pewnym czasie kolega z mojego działu odszedł z pracy, na jego miejsce trafił ktoś nowy. Od samego początku poraziło mnie jego zachowanie. Pierwszego dnia, kiedy trafił do firmy, podszedł do mnie, kiedy pracowałem przy komputerze i zaczął mnie bić bez wyraźnego powodu. Po prostu uderzał mnie pięścią w ramię, w plecy. Skrzyczałem go na czym świat stoi, uspokoił się, ale nie przeprosił - powiedział, że to takie jego żarty. Odebrałem to oczywiście tak, że chciał sprawdzić jak daleko może się wobec mnie posunąć. To co mnie jednak w tej sytuacji najbardziej przeraziło, to było to, że odniosłem wrażenie, że nasza pani kierownik aprobowała jego zachowanie, nie zwróciła mu na to żadnej uwagi, nawet wyglądała na podekscytowaną.
Od tamtej pory z każdym dniem było coraz gorzej, "nowy" zaczął coraz mocniej dominować kolegów, był wulgarny, nie liczył się ze zdaniem innych, był niesamowicie pewny siebie nawet gdy popełniał rażące błędy. Starałem się na to patrzeć z dystansu, nie kłóciłem się z nim, odpowiadałem na jego zaczepki, żeby nie wsiadł mi na głowę, ale świadomie nie próbowałem z nim konkurować, bo wydawało mi się to co najmniej dziecinne.
Zdziwiło mnie za to to, że kobiety stały za nim murem. Cały czas przychodziły do niego różne panie nawet z innych działów pod błahymi powodami, flirtował z nimi w obecności wszystkich, przy okazji cały czas podkreślał, że korzysta z usług prostytutek (próbował mnie nawet do tego namawiać, ale odmówiłem), że umawia się z kilkoma dziewczynami naraz, ale kobiety były tym zachwycone (!), cały czas chichotały z jego żartów. Miał niezłe wzięcie i nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć w świetle tego jak się zachowywał.
Oczywiście przyszedł ten moment, że zaczął adorować naszą kierowniczkę. Mam taką zasadę, że kiedy widzę, że inny mężczyzna interesuje się kobietą z którą coś mnie łączy nie robię nic. Pozwalam sytuacji się rozwijać, obserwuję wszystko z boku i czekam na to, którego mężczyznę droga pani wybierze. W końcu nie może być tak, że tylko mnie jednemu na czymś zależy. Jeżeli kobieta wybiera innego, po prostu odchodzę i oszczędzam sobie nerwów. Tutaj na nieszczęście sytuacja była niejasna, pani kierownik trochę mu się opierała. Widziałem, że waha się pomiędzy mną, a nim. Nie próbowałem z nim o nią konkurować, po prostu kiedy ona przychodziła do mnie, zachowywałem się normalnie, jak zawsze - jak wtedy, kiedy mnie polubiła. Czekałem na czyją stronę przechyli się szala.
W końcu ona odpowiedziała na jego zaloty i sama zaczęła go adorować, świadoma tego, że umawia się równolegle z inną dziewczyną, flirtuje z kim popadnie i nie liczy się z kolegami, co mnie mocno zaskoczyło. W moich oczach to przekreśliło wszystko, zrezygnowałem od razu z planów na wspólną firmę (w końcu, gdyby wtedy wyszła za niego, musiałbym pracować pod nim, albo z nim - nie chcę takiego kierownika, ani partnera).
Przestałem też tolerować jego zachowanie i sam zacząłem "nowego" mocno atakować. Dokuczałem mu, agresywnie odpowiadałem nawet na jego najmniejszą zaczepkę. Zdziwiło mnie wtedy to, że kiedy moi koledzy przekonali się, że można "nietykalnego" atakować, wszyscy wskoczyli mu na głowę. W sumie u każdego sobie nagrabił.
Najbardziej mnie zaskoczyło to, że kiedy powiedziałem pani kierownik o tym, że teraz zmieniam pracę i przekreślam wszystko, rozpłakała się. Dlaczego? Co ją tak zdziwiło i czego innego spodziewała się po tej sytuacji i swoim zachowaniu?