Mam prawie 30 lat i całe moje zycie jestem samotny poczynając od samego faktu, że jestem jedynakiem. W wieku dojrzewania przechodziłem okres fobii społecznej, zamknąłem się w sobie dosyć mocno - to z wiekiem mija, trochę tez sobie pomoglem. Wyleczylem sie z kompleksow dotyczących wyglądu, okazalo sie, ze potrafię być interesujący dla kobiet choć chyba niestety tylko jako kolega. Niestey dosyć pozno zacząłem randkować i tego czasu juz nie odzyskam - nie mam zadnego doswiadczenia w związkach, bliskich kontaktach, a co za tym idzie brak mi pewności siebie w tej kwestii. Byly jakies dziewczyny, któe byly chętne na coś więcej tylko, że ja zazwyczaj byłem wtedy zakochany w kimś innym bo one były trochę taka na przeczekanie więc nie chciałem nikomu robić nadzieji, nikogo wykorzystywać - teraz myślę, że to był błąd bo kiedy nabrać doświadczenia jak nie z kimś kto nie jest taki ważny. Stres wtedy mniejszy. Dziewczyny, na których mi zależało i, na które czekałem tak naprawdę nie były niczym zainteresowane więc w sumie nigdy nie miałem szansy u nich na coś poważnego. Stracilem tylko czas. W sumie to już miałem dać sobie spokój z poszukiwaniem kogoś choć ciągle jakoś w głębi duszy wierzyłem, że kiedyś poznam odpowiednią dziewczynę i wszystko się ułoży i chyba poznałem.
Jesienią tamtego roku - zupełnie przypadkowo, po prostu ani ja ani ona nie mieliśmy z kim pójść na koncert i zgadaliśmy się w necie na wspólne wyjście i to właśnie było najfajniejsze bo nikt niczego nie oczekiwał. Złapaliśmy dobry kontakt i chyba przypadliśmy sobie do gustu. Po koncercie to ona wyszła z inicjatywą spotkania i w sumie nie miała z tym problemu też w późniejszym czasie. Wydawała się zainteresowana czymś więcej. I wiecie co ja zrobiłem ?
Stchórzyłem. Bałem się, że wyda się mój brak doświadczenia bo musiałby sie wydać. Wątpliwości czy bym sobie poradził w poważnym związku. Za dużo myśli, zacząłem to spowalniać. Teraz jak analizuje swoje zachowanie to wstyd mi - wiem, ze czasami nawet mogło być jej przykro. W efekcie ona doszła do wniosku, że traktuję ją jak koleżankę i zaczęła tez traktować mnie jak kolegę. Chciałem to jakoś odkręcić - to ja wychodziłęm z inicjatywą, starałem się wymyślać ciekawe wyjścia ale wciąż nie wiedziałem jak się do niej zbliżyć. Nie udało się - dziś jeste zakochana i z kimś innym.
Ja zostałem sam na wiosnę z tym wszystkim co chciałem jej powiedzieć, a nie wiedziałem jak albo czekałem na lespzy moment, z różnymi nowymi formami spędzania czasu etc. Najgorsze, ze o ile na początku miałęm dystans do tej sprawy tak teraz naprawdę się zaangażowałem.
Jestem rozbity, nigdy niczego tak nie zawaliłem w życiu jak tej sprawy. Codziennie gdy wstaję i kładę się spać to obwiniam sie o to, że tak wyszło. Mam świadomość, że taka szansa na normalne życie już się nie powtórzy - raczej do końca życia będę sam. Nie spodziewałem sie, że moje blokady są aż tak silne - nawet jakbym sie tego pozbył to już będę w takim wieku, że nawet normalnemu człowiekowi przy takim trybie życia jak prowadzę ciężko by było kogoś znaleźć.
Muszę się jakoś z tego podnieść tylko ze względu na moich rodziców ale nie wiem jak, nie mam siły po raz kolejny się zbierać. Zastanawiałem się nawet nad pójściem do psychologa.