Od ponad roku tańczę. Ostatnio hersztka mojego zespołu stwierdziła, że daję jakoś tam radę i zaczyna wypychać mnie na pokazy.
No i tu do głosu dochodzi mój masochizm: z jednej strony panicznie boję się występowania-głupie a jednocześnie realne lęki- że się potknę, poślizgnę, zapomnę w panice kroków, pomylę się... Im bardziej się denerwuję tym prawdopodobieństwo popełnienia błędu ze zdenerwowania jest coraz wyższe.
Z drugiej bardzo chcę występować, przecież nie trenuję po to żeby się z tym kryć po salkach treningowych. Dodam, że pomimo spędzania 12 godzin w tygodniu na treningach mam nadwagę (czy spora czy lekka to już kwestia dyskusyjna, nie ten wątek) i jestem raczej wysoka, co dodatkowo odbiera mi trochę pewności siebie bo większość zespołu to raczej szczupłe i nieco niższe ode mnie dziewczyny.
Jak dotąd przeżyłam skutecznie 2 pokazy (z czego pierwszy był naprawdę koszmarny, drugi dało się znieść, ale i tak trzęsłam się schodząc ze sceny), 25 maja czeka mnie kolejny. Na ogromnym festiwalu. Boję się, że spanikuję na scenie i pochrzanię cały układ, przez co straci i zespół.
Od dziecka nie lubiłam występów publicznych, z grupy tanecznej zrezygnowałam po 2 zajęciach, konkursy recytatorskie pamiętam jako torturę. Im byłam starsza tym było gorzej. Teraz tańczę z własnej woli (również w ramach walki ze słabościami, ale przede wszystkim sprawia mi to ogromną przyjemność i uwielbiam ludzi z grupy).
No i co mam robić? To dość nowy i palący problem i jeszcze nie zdążyłam go przepracować...