Witajcie!
Od kilku miesięcy jestem matką przecudownej i kochanej córeczki. Moja rodzina jest za granicą, tutaj mam tylko swojego męża i teściów.
Siedzę z maleńką w domu odkąd się urodziła i... krótko mówiąc nie radzę sobie psychicznie. Pierwsze miesiące były ok, byłam zmęczona ale szczęśliwa. Mąż był w domu przez dwa tygodnie, pomagał mi, teściowa też codziennie przyjeżdżała. Ale potem trzeba było sobie radzić samej- o dziwo też było dobrze. Malutka rosła, rozwijała się, była bardzo grzeczna i cudowna.
Ale potem przyszedł okres, gdy grzeczne leżenie już się znudziło i zaczęła kombinować, kręcić się, przewracać itd.- cudownie było patrzeć, jak się rozwija. Ale z dnia na dzień było dla mnie coraz gorzej... bo ona, jak to dziecko, chciała robić coraz więcej, a jeszcze nie umiała i większość dnia schodziła na jękach, kwękach i płaczu. Dopóki siedziałam obok niej na podłodze to bawiła się grzecznie, ale jak tylko wstawałam- nawet nie zdążyłam odejść, po prostu wstawałam- ona zaczynała płakać. Wiedziałam, że to taki okres, że minie, ale i tak nie było łatwo. Nie mogłam pójść do łazienki czy zrobić sobie herbaty, bo albo musiałam robić to z małą na rękach, albo w akompaniamencie jej ryku. Wtedy psychicznie zaczęłam powoli nie wyrabiać...
I zaczęła we mnie narastać straszna złość. Że nie potrafię jej zająć, nauczyć, że jak odchodzę to nie ma tragedii, że cały czas jestem, że często ona płacze, a ja nie wiem co jej jest i jak jej pomóc. Byłam wściekła na samą siebie, aż doszło do tego, że gdy mała już którąś godzinę jęczała i płakała, a ja nie umiałam jej uspokoić, to po uśpieniu jej wychodziłam i waliłam we wszystko, w co się dało. Pogrzebaczem w piec, tłuczkiem w deskę, nogą w szafkę... waliłam i wyłam, że sobie nie radzę.
Do tej pory tak jest. Malutka jest naprawdę cudowna, ale jak to dziecko wymaga bardzo dużo uwagi- a ja sobie z tym nie radzę. Są chwile, że siedzimy, bawimy się, jest mi naprawdę super, czuję się szczęśliwa i spełniona- a potem odchodzę na chwilę, żeby zrobić herbatę czy zwyczajnie usiąść na chwilę do komputera, a mała zaczyna jęczeć... cała radość odchodzi, zostaje frustracja, złość i totalne zniechęcenie.
Mam naprawdę grzeczne, fajne i cudowne dziecko, a nie potrafię tego docenić. Chcę zwyczajnie usiąść na dupie, poczytać książkę, zjeść obiad wtedy, kiedy mam na to ochotę a nie kiedy mogę, wyspać się chociaż raz, wyjść ze znajomymi, posiedzieć wieczorem z mężem, wypić piwo i nie patrzeć non stop na zegarek kontrolując, żebym o 22 najpóźniej była w łóżku bo inaczej rano będę wycieńczona jak będzie trzeba wstać z malutką o 6... bo ona budzi się dalej po 3-4 razy w nocy. Bardzo się boję, że kiedyś ta złość tak we mnie narośnie, że nie zdążę się wyładować i zrobię jej krzywdę. Próbuję sobie z tym radzić, wmawiać, że to tylko malutkie dziecko a ja jako matka muszę temu sprostać... ale nie wiem, czy dam radę. Jak rozmawiam z innymi matkami to wszystkie wydają się przyjmować to wszystko z takim spokojem, jak zwyczajną kolej rzeczy. Żadna nie narzeka, że dziecko jęczy, że musi je czasami całe dnie nosić, że nic nie może zrobić. Wszystkie mają takie "proste" rady- jak jęczy to weź na plecy w nosidle i noś. I rób wszystko w domu z dzieckiem na plecach. Albo nie rób nic i zajmuj się całymi dniami dzieckiem.
A ja tak nie potrafię... nie chcę małej non stop nosić, nie chcę nie robić nic w domu, nie chcę się poświęcać w 100%... i czuję się przez to gorsza. Czuję, że zwyczajnie jestem złą matką, bo nie poświęcam się w pełni. Nie chcę być "niewolnikiem" dziecka, a jednocześnie wiem, że muszę- bo maleńka jest jeszcze bezbronna i jestem jedyną osobą, która może ją ochronić.
I nie wiem, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Chcę dla niej jak najlepiej, a jednocześnie chcę dobrze dla siebie. Jestem wściekła na siebie, że nie potrafię sobie poradzić z własnymi emocjami, że nie potrafię być taką matką, jaką powinnam być. Kilka razy próbowałam o tym z kimś porozmawiać, ale zawsze patrzono na mnie jak na potwora, który nie potrafi poświęcić się dla własnego dziecka...