Pisze bo potrzebuje jakiejs pomocy, zrozumienia, wsparcia, bo jestem z tym zupelnie sama.
Z moim narzeczonym bylam przez 6 lat.Poczatki byly jak zawsze wspaniale, od razu zamieszkalismy razem, zareczyny i tyle... Z zarecznyn nic nie wyniklo i wszystko powoli zaczelo umierac.
Facet mial swoje problemy - jest dorsłym dzieckiem alkoholikow, mial problemy z okazywaniem uczuc i pelnym zaangazowaniem, ale naprawde wierzylam ze z tym wygram. Bardzo szybko zaczal mnie oszukiwac- szukac "kolezanek" na internecie, wchodzic na czaty i tworzyc tak jakby drugie wirtualne zycie. Za kazdym razem, kiedy sie o tym dowiadywalam, obiecywal ze to juz ostatni raz ze kocha mnie najbardziej na swiecie i zrobi dla mnie wszystko, ze rpbi to tylko zeby sie dowartosciowac. Po ktoryms razie juz chyba cos we mnie peklo i chocia nadal tkwilam w tym zwiazku, w srodku, w sercu czekalam tylko na koniec. On na dodatek nabawil sie depresji i ostatnie 2-3 lata byly naprawde ciezkie. On byl bardzo czesto smutny, nieobecny, nie chcial pomocy mimo ze staralam sie mu ja dac. O seksie nie wspomne, bo go po rpostu nie bylo, on nie mial wogole ochoty... Czasem tez juz nie wytrzymywalam, ale jakos dawalismy rade.
Mieszkalismy przez 6 lat razem w Anglii i mieslismy tak naprawde tylko siebie. Ponad rok temu on wyjechal do innego kraju na "terapie", a ja zacznalam nowe studia w obcym miescie. Czulam sie porzucona, zagubiona, po miesiacu sie rozstalismy bo czulam ze nie dostaje od niego wsparcia, i i tak czuje sie sama, po prostu nie dalam juz rady. Z jego terapii i tak nic nie wyszlo, a po 3 miesiacach wrocil do mnie i chcielismy wszystko naprawiac. Po raz kolejny. staral sie przez miesiac, podobno przestal bo ja bylam niemila, ale naprawde ciezko bylo mi sie przelamac po tym wszystkim. Po kolejnych paru miesiacach, przypadkiem zostawil otwrtego mejla i zobaczylam mase mejli z jakas dziewczyna. Nie czytalam bo az zakrecilo mi sie w glowie. Jakis flirt, ona wyslala mu swoje zdjecie i tylko ze soba rozmawiali. Znowu mnie przepraszal, ale nawet nie blagal, mowi ze na mnie nie zasluguje, ze jestem za dobra... Chcialam sie zdystansowac, zastanowic, wyjechalam na tydzien, po powrocie bylo naprawde wspaniale przez pare tygodni a potem wszystko wrocilo do normy. I tak mijaly kolejne miesiace, coraz gorzej, on w coraz wiekszej depresji i stagnacji, ja czasem staral sie rozumiec, zachecac i wspierac, czasem nie dawalam rady i sama sie zalamywalam, plakalam albo krzyczalam. Nie bylo non stop zle, chwilami bylo w porzadku, ale mimo wszystko wiekszosc tego czasu jawi mi sie jakos w pdcieniach szarosci.
Dalej... po jakims czasie odezwal sie do mnie stary przyjaciel. Rozstal sie z narzeczona. Rozmawialismy, ale o wszystkim mowilam mojemu facetowi, nic nie ukrywalam. Rozmowa mi pomagala. Pare razy (przy okazji moich wyjazdow do Polski) sie spotkalismy, wiedzialam ze on sie we mnie powoli zakochuje, ale ja nadal chcialam ratowac swoj zwiazek. nigdy nie bylabym nieszczera ze swoim facetem. Z przyjacielem zerwalam kontakt na pare miesiecy i staralam sie skupic na ratowaniu mojego zwiazku. Przed swietami bylam znowu w kraju, spotkalam sie z nim znowu. I bylo inaczej niz wczesniej. Nie wiem co sie stalo, moze bylam juz zmeczona latami walki i ratowaniem mojego zwiazku. Przed spotkaniem z nim czulam ze chce znowu dbac o ten zwiazek, ze tak po prostu jest i musze wspierac mojego faceta. Ale zaczelam czuc przyciaganie ktorego nie czulam nigdy wczesniej, jakby w jednej sekundzie wszystko sie zmienilo, czulam ze moje miejsce jest tutaj, przy nim, w Polsce, a nie w Anglii przy facecie z depresja... Nic nie zrobilam, nie zdradzilam swojego faceta, ale wiedzialam ze nie powinnam tego czuc ze wogole nie powinno tak byc, ze zle zrobilam chociaz nie bardzo mialam wplyw na wlasne uczucia. Przyszla Wigilia jednoczesnie 6ta rocznica mojego zwiazku. Moj narzeczony wszedl do domu mojej mamy - spojrzalam na niego i czulam taka pustke i smutek... Nie dostalam nic na swieta, a sama naprawde staralam si wyszukac prezenty ktore sprawilyby mu radosc. Kolacje zjedlismy osobno- ja ze swoja, on ze swoja rodzina. Po kolacji spotkalismy sie, a jego koledzy zaczeli namawiac go na piwo. A on naprawde chcial z nimi isc. Wkurzylam sie, bylo tego juz za wiele. Poklocilismy sie. I tak pare kolejnych dni spedzilismy razem ale juz na wlosku - powiedzialam mu ze juz nie chce ze juz nie moge ze to nie tak mialo byc. Niz nie zrobil, przytaknal. Wrocilismy do Anglii, przez 2 miesiace mieszkalismy razem, juz nie jako para, ale jednak pod jednym dachem. Zaczelam pytac, czy na pewno dobrze robimy czy nie chce naprawiac. Nie chcial. Mowil ze tak bedzie lepiej. Powiedzial, ze juz go nie krece, ze patrzy na mnie jak na siostre a nie obiekt porzadania. Zaczal rozgladac sie po portalach randkowych. Wyprowadzil sie. Po tygodniu zaczal tesknic, nagle chcial wrocic. Podjelam decyzje o powrocie do Polski, zeby sie od tego odsunac. Za tydzien mam sie przeprowadzac. Przyjechac ma po mnie moj wczesniej wspomniany przyjaciel.
A on teraz chce wszystko ratowac. Znowu sklada obietnice, ze teraz naprawde wszystko sie zmieni, ze pojdziemy razem na terapie, ze jak mu pomoge to on naprawde sie postara. A ja nie potrafie juz nic innego tylko byc dla niego niemila. Czuje sie tak rozbita, nie wiem czy dobrze robie wracajac do Polski, zostawiajac go, 15 razy dziennie zmieniam zdanie na ten temat. Jakos czuje sie za niego odpowiedzialna, winna ze mu nie pomoglam, a jednoczesnie bardz chce poszukac mojego wlasnego szczescia.