Czy odnajdujecie siebie w tym powiedzeniu? Zdarzyło Wam się wyprawić imprezę, na którą nie było Was tak naprawdę stać? Wesele na kredyt, chrzciny w drogiej restauracji? Wystawna kolacja dla znajomych (urządzona ze świadomością, że potem do końca miesiąca już tylko bułka z pasztetem)? Jak bardzo zależy nam na opinii innych ludzi?
Mnie osobiście nigdy się nie zdarzyło, żeby robić coś pod publikę. Żeby bez względu na wszystko chcieć "zabłysnąć".
Jednak znam takich ludzi. Branie pożyczek na wakacje, organizacja ślubu na kredyt... bo "przecież na 150 osób będzie trochę kosztowało, a wesele MUSI być wyjątkowe".
Ja przyznam, że zdarza mi się przyrządzać dla gości dania, na które mój budżet nie jest przygotowany. Robię to z czystej próżności, bo uwielbiam, jak wszyscy zajadają moje potrawy, proszą o dokładkę, zapisują przepisy, itd. Ale to jest maksymalnie jakieś 100 zł więcej, niż planowałam wydać - kredytu nigdy bym na taki cel nie wzięła.
Ja, jeśli chodzi o przyjmowanie gości, to "wystawne przyjęcia" urządzam... i owszem, ale tylko wtedy gdy wiem, że mogę sobie na to pozwolić. Tak na co dzień, staram się gotować smacznie, w miarę zdrowo, ale tanim kosztem
Strasznie nie lubię sytuacji, gdy mam świadomość że może nie wystarczyć do 1go, dlatego staram się ich unikać. ![]()
Przyznam, że nie zdarzyło mi się. I żal mi ludzi, którzy biorą kredyty by się pokazać. Znam takich (wesela gdzie jedzenia było nie dość że ogromne ilości to jeszcze podwójne "Bo rodzina inaczej obgada"). Ja kicham taką rodzinę; tu się może okazać, kto naprawdę cię lubi/kocha/chce z tobą przebywać bez względu na to, co jest na stole.
Akurat pożyczka na wyjazd na wakacje nie ma dla mnie wiele wspólnego z powiedzeniem "zastaw się a postaw się", bo tu chodzi o to, że ja chcę wyjechać, więc się zapożyczam, ale nie patrzę, co sobie ktoś pomyśli ![]()
I rzeczywiście zdarzyło mi się na urlopie wydać więcej niż powinnam, ale nie żałuje, bo gdyby nie to, to w ogóle stać by mnie było na wyjazd najdalej nad morze, a tak zwiedziłam pół świata, a nigdy w sumie nie było mnie stać i jakoś się udało ![]()
Bardzo sobie to chwalę ![]()
Natomiast co do takich gościn na pokaz, to mam na takie coś uczulenie. Tzn. co innego np. kupić egzotyczne owoce morza i zrobić dla przyjaciół fajna sałatkę (wtedy nawet jak nie mam kasy, to jeszcze ją jakoś z portfela wyskrobię
), a co innego brać kredyt na wesele - tego to nigdy nie zrozumiem i nigdy bym takiego nie wzięła.
A słowa "zastaw się a postaw się" najbardziej kojarzą mi się moją teściową, która robi mega wystawne święta - 5 dań ciepłych, 5 zimnych, 3 desery... a z kasą się u teściów nie przelewa i nikt nawet tego nie da rady przejeść, ale ona musi się właśnie pokazać przed rodziną i gośćmi. Z jednej strony to miłe z jej strony, że jej się w ogóle tak chce (mi by się nie chciało), ale z drugiej to jest próba tuszowania różnych rzeczy, różnych waśni rodzinnych, swoich kompleksów. Atmosfera przy stole jest zwykle taka sztuczna, więc te super dania mają to chyba zrekompensować.
Ja tam bym wolała czasami zwyczajnie przyjechać, wypić kawę i zjeść suchego herbatnika, ale móc z nią zwyczajnie, fajnie, szczerze pogadać, zamiast jeść te dania, ale nie mieć o czym pogadać...
Nigdy mi się nie zdarzyło i raczej się nie zdarzy.
Imprezy na kredyt to dla mnie wielka głupota.
Szarlot, co innego wzięcie pożyczki na wyjazd...bo aktualnie brak gotówki, a potem spokojnie spłacać, bo wiesz że możesz sobie na to pozwolić.
A co innego brać pożyczkę, bo znajomi jadą i głupio im odmówić. No i gadanie "jakoś się spłaci".
Choć jedzenie jest ogromną przyjemnością, to nie lubię imprez, które skupiają się przede wszystkim na jedzeniu i to właśnie jedzenie jest na nich gloryfikowane, jednym słowem, podczas których ludzie zapominają po co i dla kogo przyszli oraz ewentualnie z jakiej okazji. Oczywiście czymś innym są spotkania w restauracji czy zaproszenia na kolację, na których spotykamy się właśnie po to, aby coś wspólnie zjeść, bo jest to bardzo fajne i przyjemne, a czymś innym chrzciny, komunie i wesela, które organizowane są nie po to, aby uczcić jakieś ważne wydarzenie, ale aby nakarmić i zadowolić wszystkich gości, a przy okazji rzecz jasna się... pokazać.
I tak w końcu okazuje się, że dziecko, które przed chwilą przyjęło I Komunię Św. staje się najmniej ważne, bo przecież najważniejsi są zadowoleni goście albo albo nowożeńcy zamiast cieszyć się ,,swoim" dniem, martwią się czy aby na pewno wszystko wszystkim smakuje i biesiadnicy wyjdą zadowoleni. Nigdy w życiu czegoś takiego nie zorganizowałam i nie zorganizuję! Wszystkie ważne imprezy, których byłam gospodynią lub organizatorką zawsze skupiały się na bohaterach dnia, w ten sposób nikt nie miał wątpliwości, że to nie jedzenie jest tu najważniejsze, zatem powiedzenie ,,zastaw się a postaw się" u mnie w takich sytuacjach nie ma racji bytu.
Kontakty z przyjaciółmi są dla mnie niezwykle ważne, staram się często spotykać z bliskimi mi osobami. Najczęściej są to ludzie o podobnym do mnie statusie materialnym, studenci bądź poszukujący pracy. Wszyscy wiemy, czego mniej więcej możemy się spodziewać po naszych spotkaniach- że żadne z nas nie wyskoczy z nieprzyzwoicie drogim winem, by komuś innemu zrobiło się głupio czy nie będziemy jedli homarów na kolacje. Gospodarze dzielą się tym, co mają; nierzadko po prostu każdy coś ze sobą przynosi. Nie jest ważna cena jedzenia czy trunków ale to, że spotykamy się wszyscy razem i miło spędzamy czas. Nigdy nie postawiłabym na stole czegoś, na co musiałabym się zapożyczyć lub co groziłoby mi później jedzeniem samego chleba.
Co innego jeśli chodzi o imprezę, na którą długo się czeka i planuje- typu wesele czy jakiś jubileusz. Gdyby w takiej sytuacji nie było mnie na to stać a marzyłabym o niej przez wiele, wiele lat, rozważyłabym pożyczenie pieniędzy. Ale na pewno nie dlatego, by pokazać się przed gośćmi ale dla samej siebie, by mieć co wspominać i nie wyrzucać sobie z przykrością, że coś, o czym długo marzyłam nie było takie, jakim być powinno.
Ja nie rozumiem kompletnie zapożyczania się żeby się pokazać. Niemniej u mnie w domu jest tradycja, że goście głodni nie wychodzą i nie wyobrażam sobie żeby podać słone paluszki albo herbatniki. Zawsze musi jakieś ciasto być, czy chociaż pieczywo i wędliny, sery itp. Na jakieś ważniejsze okazje stół się ugina od jedzenia. Czasami się wyda na to więcej kasy, ale to nie jest jakiś tam kosmiczny wydatek, że na co innego nie wystarczy.