Witajcie dziewczyny,
dzisiaj się tu zapisałam, bo już nie wiem co mam mysleć na temat mojego małżeństwa...ale na ten temat może później, bo założyłam nowy wątek,by się na wstępie zorientować czy są tu jakieś kobiety co mają podobny problem, a może już istnieje taka grupa wsparcia....
W szerszym rozumieniu mam na myśli kobiety, którym brakuje bliskości i tych radosnych emocji w małżeństwie, czego efektem jest bicie się z własnymi myślami, czy może na starcie już się wypala to uczucie i poczucie bycia pożądaną, jak to będzie dalej...?
Gosia84 ja sądzę, że to nie jest to, o czym piszesz, a..... czas docierania się
Słowo daję, kilka par, które znam, poważnie myślało (przynajmniej kobieta, facet nie
) o rozwodzie kilka miesięcy po zawarciu małżeństwa
To normalne. Człowiek zaczyna dzielić życie z obcym właściwie człowiekiem, którego staje się najbliższą rodziną. Plus dochodzi jego rodzina i jej zwyczaje, historia....
Ja wiem,że to można pomylic z docieraniem się,mimo,że ludzie docierają sie długo, to to nie jest docieranie, wiem to na pewno...
to jest cos co pojawia się w małżenstwach z dłuuugim stażem choc tez nie zawsze.
A mianowicie totalna stagnacja, brak seksu,bliskości, brak takich "swiezych" emocji....z jego strony, on wie co mnie boli,ale mowi ze przesadzam, ze jemu jest tak ok
ze jak sa problemy to nie potrafi myslec o milosci....
Mamy 11 miesięczną córeczkę i jedynie ona wywołuje uśmiech na mojej twarzy, mogłabym pisac i pisac ale wlasnie karmię małą ![]()
Czuje sie jak taka zabawka rzucona w kąt, gdy w małżeństwie brakuje bliskości to kobieta zawsze źle się z tym czuje a tym bardziej gdy mąż o tym wie od niej samej
Aaa to masz na myśli.
Gosiu, a rozmawialiście szczerze o tym? Bez dwojga przy sterze ten statek daleko nie popłynie ![]()
Niestety dwie moje próby podjęcia rozmowy na ten temat skończyły się tym że czuję się kompletnie odrzucona :'(
On mówi mi że przesadzam....
zebym go zrozumiaal,bo on cale dnie jezdzi za kierownica i ma prawo byc zmeczony, a ja co....
leze całe dnie....doskonale tez wie ze mam pelno roboty, a to dziecko, a to zajac sie domem i to niemałym,zakupy itp,itd.
Ale to juz czlowiek nie ma prawa dostac grama uczuc, ze kobieta jak zostaje mamą to co staje się ze stali i o tym wszystkim rozmawiam z nim, ale co jak liczy sie tylko jego zmeczenie, kiedys tez byl zmeczony ale mial i czas ichec na poprzytulanie sie na zarty i wygłupy nawet jak juz mala byla
A jak było przed ślubem? Jak wyglądało Wasze życie? Mieszkaliście razem?
No i dziecko..... oboje zdecydowaliście, że chcecie właśnie teraz zostać rodzicami?
Przed slubem mieszkalismy ponad rok ze soba, oboje nie moglismy doczekac sie narodzin, nie mogłam nigdy narzekać na nasze zycie intymne,ale on od jakiegos czasu zwala wszystko na zmeczenie i problemy,ale przeciez ten problem ktory mamy rozwiaze sie za jakie 2 mies.i szczerze mu powiedzialam,ze nie wyobrazam sobie takiej sytuacji bez bliskosci....
A mianowicie totalna stagnacja, brak seksu,bliskości, brak takich "swiezych" emocji....z jego strony, on wie co mnie boli,ale mowi ze przesadzam, ze jemu jest tak ok sad ze jak sa problemy to nie potrafi myslec o milosci....
Chciałabyś ciągle czuć motylki w brzuchu, "świeże emocje", randkowanie, niespodzianki, zaskakiwanie, wiatr we włosach -- NIC z tego nie będzie, nawet jakbyś tysiąc rozmów przeprowadziła.
"brak seksu, bliskości" -- totalna klapa, bo to powinno trwać całymi latami; to podstawa wg mnie; właśnie bliskość między małżonkami; nie chodzi o zaspokojenie popędu, ale o poczucie, że druga osoba się nie oddala, że jednak coś ciągle razem robicie, że szanujecie się nawzajem, że każde z Was o SIEBIE dba;
Jak dziecko jest małe, to trudny okres... trzeba to przetrwać aż zrzuci pieluchę. Wtedy musisz się za siebie wziąć. Może na razie zaciśnij zęby, skup się na dziecku? Tak sobie tylko myślę, bo nie przerabiałem takiej historiii.
Smutne jest to, że on zbywa Cię krótkim "Przesadzasz". Przecież -nawet jeśli "przesadzasz"- z jakiegoś powodu jesteś nieszczęśliwa, czujesz się w tym związku niekomfortowo.
A może warto postawić go pod ścianą i wyrazić swoją bezsilność dosadniej:
- Nie wyobrażam sobie siebie dalej w takim związku. Jakie masz rozwiązanie?
A mianowicie totalna stagnacja, brak seksu,bliskości, brak takich "swiezych" emocji....z jego strony, on wie co mnie boli,ale mowi ze przesadzam, ze jemu jest tak ok sad ze jak sa problemy to nie potrafi myslec o milosci....
Chciałabyś ciągle czuć motylki w brzuchu, "świeże emocje", randkowanie, niespodzianki, zaskakiwanie, wiatr we włosach -- NIC z tego nie będzie, nawet jakbyś tysiąc rozmów przeprowadziła.
"brak seksu, bliskości" -- totalna klapa, bo to powinno trwać całymi latami; to podstawa wg mnie; właśnie bliskość między małżonkami; nie chodzi o zaspokojenie popędu, ale o poczucie, że druga osoba się nie oddala, że jednak coś ciągle razem robicie, że szanujecie się nawzajem, że każde z Was o SIEBIE dba;
Jak dziecko jest małe, to trudny okres... trzeba to przetrwać aż zrzuci pieluchę. Wtedy musisz się za siebie wziąć. Może na razie zaciśnij zęby, skup się na dziecku? Tak sobie tylko myślę, bo nie przerabiałem takiej historiii.
własnie nie chodzi o ciagle motylki tylko o to "nie chodzi o zaspokojenie popędu, ale o poczucie, że druga osoba się nie oddala, że jednak coś ciągle razem robicie, że szanujecie się nawzajem, że każde z Was o SIEBIE dba; "
wczesniej nawet jak córcia była mniejsz to nie przeszkadzało nam w niczym.
Smutne jest to, że on zbywa Cię krótkim "Przesadzasz". Przecież -nawet jeśli "przesadzasz"- z jakiegoś powodu jesteś nieszczęśliwa, czujesz się w tym związku niekomfortowo.
A może warto postawić go pod ścianą i wyrazić swoją bezsilność dosadniej:
- Nie wyobrażam sobie siebie dalej w takim związku. Jakie masz rozwiązanie?
a najgorsze jest to,że wnioski jakie mi sie nasuwają i to raczej podswiadomie,że nie jestem szczesliwa,że przychodzi uczucie zobojętnienia podobnie jak kiedyś miałam przed rzuceniem dawniej innego faceta.
Teraz wieczorami jak mała już śpi to wole posiedzieć przed kompem, niż na kanapie z nim....
Przeraża mnie ten fakt, bo to jest okropne,gdy przychodzi obojętność, bo gdy na coś się czeka długo to w końcu później się tego odechciewa, a tym bardziej po odpowiedzi "przeciez dzwonię codziennie z trasy, pytam jak Maja spała, co bedziecie porabiac w dzień i przeciez daje ci buziaka jak wracam" dosłownie nie wiadomo czy sie smiać czy płakac
Czuje i to mocno,że bardzo sie od siebie oddalamy
a mi juz z tego wszystkiego włącza się obojętność.
Czuję jakąs blokadę...
Mam podobnie, chociaż oboje wiemy, że między nami się psuje... Nagle do człowieka dociera, że woli robić nadgodziny w pracy niż wrócić do takiego domu... do bałaganu i zastać męża grającego cały dzień na konsoli...chociaż obiecał,że mnie trochę odciąży i ogarnie...Kłótnie i pretensje są w takich przypadkach nieuniknione...
Ja tez mam podobnie dziewczyny, moja historia jest na forum opisana, ja zabrnelam juz tak daleko, ze ze lzami w oczach nie wiem i nie potrafie odejsc, chociaz jestesmy tak krotko po slubie nie oddalamy sie od siebie, my juz sie maksymalnie oddalilismy, tylko posilki jemy razem nic poza tym, ja wracajac z pracy zastaje mojego meza grajacego w gry komp.i warczeniu na mnie, ze nic nie robie a powinnam juz"pierogi lepic" smutne ale prawdziwe...
czasami tak jest ale wydaje mi się że to kwestia czasu wystarczy czasem tylko usiąść i porozmawiać
Ja jestem mężatka od czerwca 2012 roki i po niemalże roku małżeństwa z mężem nie widuję się prawie wcale tzn. miesiąc po ślubie wyjechał za granice, niedługo po nim wyjechałam ja, przez czas pobytu za granica nie widzieliśmy się przez ponad 3 miesiące, od listopada 2012 pracuje w stolicy a do domu zjeżdża co drugi lub trzeci weekend.... i tak o to wygląda moje małżeństwo, jest to dla mnie strasznie męczące bo do tego dochodzi mieszkanie w "obcym" domu, z teściami i szwagierką z rodzina
czsami są takie dni że mam chęć zatrzasnąć za soba drzwi i więcej tu nie wracać... ale wiem że jeśli kocham męża nie mogę tego zrobić a że kocham go bardzo to muszę dalej tak żyć, w naszej okolicy ciężko o pracę a ja do stolicy nie chcę jechać. zdarzaly mi się już słowa że żałuję ślubu z nim ale tak naprawdę nie jest, ogólnie jestem szczęśliwa ale brakuje mi męża przy boku. jak na młode małżeństwo zbyt mało się widujemy nawet nie zdążyliśmy się "dotrzeć" jako małżeństwo:(
Kati, nie do końca rozumiem...
Z jednej strony mówisz, że musisz tak żyć, z drugiej, że jesteś szczęśliwa. No to w końcu żyjesz tak, bo musisz, czy - bo chcesz?
W ogóle witam wszystkie Dziewczyny na wątku, podczytuję Was sobie i mam nadzieję, że temat się rozwinie, a raczej - my go rozwiniemy ![]()
Również jestem mężatką "początkującą " ![]()
Kati, nie do końca rozumiem...
Z jednej strony mówisz, że musisz tak żyć, z drugiej, że jesteś szczęśliwa. No to w końcu żyjesz tak, bo musisz, czy - bo chcesz?
W ogóle witam wszystkie Dziewczyny na wątku, podczytuję Was sobie i mam nadzieję, że temat się rozwinie, a raczej - my go rozwiniemy
Również jestem mężatką "początkującą "
Już wyjaśniam o co mi chodziło....
tak więc nie chce ale muszę tak żyć, bo tak jak pisałam mąż pracuje w W-wie a w naszej okolicy nie ma pracy żeby mógłby być przy mnie, szczególnie teraz jak chcemy mieć już dziecko. a jestem szczęśliwa i to nawet bardzo bo mam naprawdę cudownego męża
dba o mnie, kocha mnie i przede wszystkim daje mi bezpieczeństwo którego brakowało mi w poprzednim związku!
ogólnie na jego rodzinę też nie mam za bardzo co narzekać bo są wobec mnie w porządku, ale... ja ze swojego rodzinnego wyniosłam zupełnie co innego niż jest tutaj u teściów. wiem że najlepiej byłoby iść na swoje no ale niestety nie mamy na tyle dobrej sytuacji finansowej żeby dom wybudować czy chociażby wynająć mieszkanie ![]()
A u Ciebie jak tam jest w "początkującym" małżeństwie? ![]()
Już wyjaśniam o co mi chodziło....
tak więc nie chce ale muszę tak żyć, bo tak jak pisałam mąż pracuje w W-wie a w naszej okolicy nie ma pracy żeby mógłby być przy mnie, szczególnie teraz jak chcemy mieć już dziecko. a jestem szczęśliwa i to nawet bardzo bo mam naprawdę cudownego mężadba o mnie, kocha mnie i przede wszystkim daje mi bezpieczeństwo którego brakowało mi w poprzednim związku!
ogólnie na jego rodzinę też nie mam za bardzo co narzekać bo są wobec mnie w porządku, ale... ja ze swojego rodzinnego wyniosłam zupełnie co innego niż jest tutaj u teściów. wiem że najlepiej byłoby iść na swoje no ale niestety nie mamy na tyle dobrej sytuacji finansowej żeby dom wybudować czy chociażby wynająć mieszkanie
A u Ciebie jak tam jest w "początkującym" małżeństwie?
A co z Twoją pracą, rozwojem osobistym? Rozumiem, że w Twojej okolicy ciężko o zatrudnienie, ale czy taka sytuacja, że mąż zarabia, rozwija się, przebywa z innymi ludźmi, a Ty nie, jest dla Ciebie akceptowalna?
Moim zdaniem na dłuższą metę obecna sytuacja będzie Was coraz bardziej od siebie oddalać. Mąż ma jakiś tam swój świat w stolicy...Jaki jest Twój świat? A kiedy przyjeżdża na weekend, co razem robicie (be szczegółów rzecz jasna
)? Mieszkanie z teściami przeważnie związkowi nie służy.
Dlaczego nie chciałabyś mieszkać w W-wie?
Czy taki stan rzeczy jak teraz, że nie stać Was na pójście na swoje, ma szansę się zmienić w niedalekiej przyszłości?
Jak w ogóle wygląda u Was podejmowanie decyzji na temat Waszych wspólnych spraw?
Przepraszam, jeśli za dużo pytam, ale intryguje mnie Wasza sytuacja
I może będę w stanie coś doradzić...
U mnie płynie trzeci rok małżeństwa i (odpukać
) idziemy ramię w ramię, wspólnie coś budując, mając te same priorytety, dzieląc cele, ale i zachowując swoje światy
Ale idealnie nie jest, o nie ![]()
Wkurza mnie mój chłop czasem niebotycznie, podobnie pewnie, jak i ja jego
Ale fundamenty są stabilne. To najważniejsze. Ostatnio przeprowadziliśmy się z wielkiego miasta do nieco mniejszego, mąż znalazł tu lepszą pracę (paradoksalnie), a ja się wkręcam w prowadzenie naszej wspólnej firemki. Mieszkanie wynajmujemy, a w przyszłości marzy nam się domek
Jak jakiś bank się zlituje z kredytem
Na początku małżeństwa mieszkaliśmy trochę z moją mamą w jej domu i mimo, że usiłowała się nie wtrącać, a my nie przeszkadzać...pewne rzeczy są nie do obejścia, jak sama wiesz
Dlatego woleliśmy pasa zacisnąć, a na swoje pójść ![]()
Oczywiście że tej sytuacji nie akceptuje, też bym się chciała spełniać zawodowo, jestem po studiach więc wykształcenie mam ale jeśli chodzi o pracę to jest porażka. Od października staram się regularnie jeździć do pobliskich miast szukać i dopytywać sie o pracę, CV już tyle rozesłałam że zliczyć się nie da i dalej nic. Ale jestem dobrej myśli i mam nadzieje że w końcu znajde pracę. A jeśli nie, to w lipcu mam wyjazd za granicę więc jeśli dalej nic nie znajde to wyjeżdżam z mężem. A co do warszawy to nie lubię miasta i jest to może w pewnym sensie jakiś strach zamieszkania z dala od mojego rodzinnego domu, od mamy wogóle od rodziny. a tak po za tym to nie czuję się dobrze będąc na utrzymaniu męża. chciałabym być samodzielna jeśli chodzi o pieniądze. ostatnio zaczynamy się coraz częściej i ostrzej kłócić i kłótnie powodowane są w sumie przez to że go nigdy nie ma. miesiąc po ślubie wyjechał za granice a ja siedziałam całymi dniami w naszym pokoju i wyłam jak głupia bo było jeszcze za wcześnie na zaakceptowanie nowych waruków życia, było to dla mnie wielkim przeżyciem. No a co do tego jak przyjeżdża to staramy się przede wszystkim spędzać ten czas razem. chcemy mieć dziecko ale jak narazie nam się nie udaje
ale jeśli już będę w ciąży i będzie dziecko to z własnej nie przymuszonej woli nie pójdę do pracy dopóki dziecka nie będę mogła do przedszkola wysłać ponieważ nie chce żeby moje dziecko wychowywała teściowa, ma fajne podejście do wnuków ale na zbyt wiele im pozwala (dosłownie mogą jej na głowe wejść a ona nic sobie z tego nie robi) a ja takiego można powiedzieć "rozpuszczonego" dziecka nie chce mieć, wg mnie są granice których trzeba przestrzegać a teściowie niestety tych granic nie stawiają dzieciom. a co do pytania o decyzję to oczywiście podejmujemy je razem czy to dotyczy pieniędzy, zakupów itp. nieważne zawsze kontaktujemy się jeśli któreś z nas ma zamiar coś zrobić lub kupić. Mam nadzieję że w bliskiej przyszłości będzie nas stac na tyle żeby wynająć chociażby małe mieszkanko.
Witajcie dziewczyny,
dzisiaj się tu zapisałam, bo już nie wiem co mam mysleć na temat mojego małżeństwa...ale na ten temat może później, bo założyłam nowy wątek,by się na wstępie zorientować czy są tu jakieś kobiety co mają podobny problem, a może już istnieje taka grupa wsparcia....
W szerszym rozumieniu mam na myśli kobiety, którym brakuje bliskości i tych radosnych emocji w małżeństwie, czego efektem jest bicie się z własnymi myślami, czy może na starcie już się wypala to uczucie i poczucie bycia pożądaną, jak to będzie dalej...?
dopiero teraz tak dokładnie przeanalizowałam Twój problem, i chyba mogę powiedzieć że ja taka trochę obojętność w sferze intymnej czułam do męża na samym początku, później po powrocie zza granicy czasami wydawało mi się że mąż czuł taką obojętność wobec mnie, ale... później za radą dobrej koleżanki i zrobiłam mężowi mega niespodziankę na walentynki w postaci świec, czerwonego winka, ogólnie romantycznej atmosfery i ... ja w seksownej haleczce
i powiem Ci szczerze że od tamtej pory nasze życie intymne tak jakby "narodziło" się na nowo
teraz jak zjeżdża z warszawy w co drugi weekend nie czuje ani zmęczenia po całym dniu pracy, ani zmęczenia po jeździe
(z w-wy do domu ma 300km, a w domu jest ok23 czasami grubo po pólnocy) więc może i Ty spróbuj czegoś podobnego, spróbujcie coś zmienić w łóżku, rozmawiajcie o swoich wyobrażeniach, a może akurat mąż zacznie się interesować Tobą w taki sposób jak kiedyś, zacznie rozmawiać i wogóle wszystko wróci do takiego samego stanu ![]()
coś bardzo cicho się tu zrobiło ![]()
22 2013-04-05 00:01:33 Ostatnio edytowany przez Szarlot (2013-04-05 00:12:45)
kati1989, nie chcę się czepiać, ani Cię atakować, ale czy Ty naprawdę wyobrażasz sobie pojawienie się dziecka w Twojej sytuacji i że nagle zrobi się sielanka? Ja właśnie jestem w ciąży, ale gdyby nie to, że mieszkamy z mężem razem (wreszcie! bo długo na to czekaliśmy właśnie z powodu naszej pracy w różnych miastach) i na swoim (bez teściowej ani nikogo
), to nie podjęlibyśmy decyzji o dziecku...
Współczuję Ci, bo domyślam się jak musisz się czuć w obcym domu i bez męża na co dzień... ale przemyśl to jeszcze dobrze, czy to aby dobry czas na planowanie dziecka... bo coś tak czuje, że wylądujesz potem na wątku "ach, ta teściowa" ![]()
I szczerze, dziwię Ci się, że nie chcesz wyjechać z mężem do stolicy, a zamiast tego wolisz mieszkać u teściów.... może przeanalizuj sobie prawdziwe powody takiej decyzji, swoje obawy.... bo według mnie to coś tu w tej kwestii jest nie halo...
A co do różnych problemów wczesno-małżeńskich to i ja mogę dorzucić swoje 3 grosze jako młoda mężatka...
Zdecydowaliśmy się z mężem na ślub znając się bardzo krótko i nie mieszkając ze sobą nigdy wcześniej. Mąż mieszkał 100 km drogi ode mnie i właściwie przez cały okres naszej znajomości widywaliśmy się głównie w weekendy... niektórzy nam mówili, że to może za wcześnie, że może poczekajmy do czasu aż mąż znajdzie pracę w moim mieście (a starał się o to wiele miesięcy), ale my nie chcieliśmy czekać.... Jakoś tak czuliśmy, że to to. Nie byliśmy też "dzieciakami"
mąż miał prawie 30-tkę na karku, ja niewiele mniej i uważaliśmy, że to właśnie bardzo dobry moment....
I z perspektywy czasu nie żałuję... uważam że podjęliśmy najlepszą decyzję w naszym życiu, choć wtedy było wiele pytajników...
Pierwsze miesiące po slubie były trudne (wtedy mąż jeszcze pracował w swoim mieście rodzinnym, a ja w swoim).... ale o wiele trudniejszy o dziwo okazał się ten okres, kiedy w końcu przeniósł się do mnie, dostał tu nową pracę i w końcu zamieszkaliśmy razem...
Przez kilka dni na początku było super - wiadomo, marzenie wreszcie się spełniło... jesteśmy RAZEM, jak chcieliśmy, ale potem czar prysnął... zaczęły się kłótnie o źle postawiony kubek, o zostawianie brudnych łyżeczek na blacie, o wszystko..... masakra, kłóciliśmy się strasznie... czułam, że się oddalamy od siebie z każdym dniem coraz bardziej.
Nie bardzo mogliśmy się w tym wszystkim odnaleźć. Niby dużo o tym rozmawialiśmy wtedy, ale kłótnie i jakieś wzajemne żale ciągle trwały, ciągle coś było nie tak, jakieś takie głupie próby sił..... dziwna sytuacja.
Teraz, z perspektywy czasu, wiem, że to był tylko własnie taki pierwszy małżeński "kryzys", związany tylko i wyłącznie z docieraniem się, o którym ktoś wyżej wspomniał...
Mąż był przemęczony, zestresowany przeprowadzką, nowym miastem, nową sytuacją, nową pracą.... nową żoną, z którą zaczął mieszkać i która ma nagle jakieś "wymagania" :-) i stąd te kłótnie i stresy, brak czułości....
Szczerze, jak wspominam tamten trudny czas, to sobie też mogłabym sporo zarzucić - byłam trochę egoistyczna i nie potrafiłam go wspierać i spojrzeć na to z dystansu, z wyrozumiałością.... liczyło się głównie to, że JA bym coś chciała, że JA się czuję zaniedbana, że JA mam jakieś potrzeby.... Niby już byłam mężatką przecież, ale rozumowałam ciągle jak singiel nastawiony na JA.
Od tamtych trudnych początków minęło już trochę czasu i teraz oboje się z tych naszych kłótni śmiejemy ![]()
Choć oczywiście nie jest idealnie, bo ciągle walczymy oboje ze swoimi egoizmami
i to jest właśnie fajne i bardzo rozwijające.
Rozumiemy się coraz lepiej, poznajemy swoje przyzwyczajenia, mnie już tak nie irytują te brudne łyżeczki
, po prostu każde z nas spuściło trochę z tonu i ze swoich "wymagań" i nagle zrobiło się miejsce na zrozumienie, na czułość, i najważniejsze na intymność, która rodzi się z czasem...
Nie ma już żadnych motyli, ale ta intymność jest lepsza... W ogóle uważam, że teraz jest między nami lepiej niż nawet na tym zupełnym początku, bo lepiej się znamy.
W między czasie zaszłam w ciążę i mogę powiedzieć, że wszystko układa się po naszej myśli ![]()
Także młode mężatki, głowy w górę ![]()
nie chcę się czepiać, ani Cię atakować, ale czy Ty naprawdę wyobrażasz sobie pojawienie się dziecka w Twojej sytuacji i że nagle zrobi się sielanka? Ja właśnie jestem w ciąży, ale gdyby nie to, że mieszkamy z mężem razem (wreszcie! bo długo na to czekaliśmy właśnie z powodu naszej pracy w różnych miastach) i na swoim (bez teściowej ani nikogo
), to nie podjęlibyśmy decyzji o dziecku...
Współczuję Ci, bo domyślam się jak musisz się czuć w obcym domu i bez męża na co dzień... ale przemyśl to jeszcze dobrze, czy to aby dobry czas na planowanie dziecka... bo coś tak czuje, że wylądujesz potem na wątku "ach, ta teściowa"
I szczerze, dziwię Ci się, że nie chcesz wyjechać z mężem do stolicy, a zamiast tego wolisz mieszkać u teściów.... może przeanalizuj sobie prawdziwe powody takiej decyzji, swoje obawy.... bo według mnie to coś tu w tej kwestii jest nie halo.
akurat z całej rodziny zamieszkałej w domu z teściową kontakt mam najlepszy
jak już pisałam wyżej nie lubię miast, a tym bardziej takich wielkich, boję się zmian, jak będzie wyglądało nasze życie w innej miejscowości z dala od rodziny od ewentualnej pomocy jak już będzie dziecko. był okres że myślałam nad wyprowadzką do warszawy ale mam wewnętrzną jakąś blokadę że nie moge się przełamać żeby się po prostu spakować i jechać.
a jeśli chodzi o męża to w tej chwili stara się o prace na miejscu, blisko domu, tak żeby mógł być ze mną, więc narazie odpuszczam temat wyjazdu do stolicy i zamieszkania tam, ja jeśli do lipca pracy nie znajdę i oczywiście jeśli w ciąży nie będę to wyjeżdżam za granice mam nadzieję że z mężem (jeśli pracy na miejscu nie dostanie).
Ja w moim małżeństwie nie widzę przyszłości .
5 maja będziemy mieli pierwszą rocznice ślubu, której z pewnością nie spędzimy wspólnie. Tak jak i wspólnie nie spędzimy pierwszych urodzin naszej córki, które wypadają juz za dwa dni. Do 4 miesięcy moje małżeństwo istnieje tylko w USC. Nigdzie indziej. Przez pierwsze tygodnie myślałam, miałam nadzieje, że jeszcze będziemy szczęśliwą, kochającą się rodziną, przecież we wszystkich związkach zdarzają się kłótnie. Ba!, to nawet kłótnia nie była, tylko spokojna wymiana zdań. Wyszłam z córką na spacer, a gdy wróciłam nie było ani jego, ani jego rzeczy. Miałam ochotę się upić, albo pociąć. Czułam, jak ziemia się trzęsie pod moimi nogami . Powód? - Zatajona prawda. Fakt, nawaliłam, ale w dobrej intencji. Chciałam mu zrobić niespodziankę. A od 4 miesięcy nie mialam z nim kontaktu. Nie pisze, nie dzwoni, nie przyjeżdża, na SMS nie odpisuje. Wiem tylko, że do Polski wrócił, a skąd? Sąsiadka mi powiedziała...haha.
Tak wiec na pytanie czy widzę przyszłość dla swojego małżeństwa, odpowiadam stanowczo - NIE.
25 2013-04-08 09:40:19 Ostatnio edytowany przez kjersti (2013-04-08 11:42:29)
akurat z całej rodziny zamieszkałej w domu z teściową kontakt mam najlepszy
jak już pisałam wyżej nie lubię miast, a tym bardziej takich wielkich, boję się zmian, jak będzie wyglądało nasze życie w innej miejscowości z dala od rodziny od ewentualnej pomocy jak już będzie dziecko. był okres że myślałam nad wyprowadzką do warszawy ale mam wewnętrzną jakąś blokadę że nie moge się przełamać żeby się po prostu spakować i jechać.
a jeśli chodzi o męża to w tej chwili stara się o prace na miejscu, blisko domu, tak żeby mógł być ze mną, więc narazie odpuszczam temat wyjazdu do stolicy i zamieszkania tam, ja jeśli do lipca pracy nie znajdę i oczywiście jeśli w ciąży nie będę to wyjeżdżam za granice mam nadzieję że z mężem (jeśli pracy na miejscu nie dostanie).
Dogadywanie się z teściową nie jest tu moim zdaniem najlepszym wyznacznikiem. Moja mama np. jest osobą wyrozumiałą pod wieloma względami, mądrą i wspierającą. Mimo to te dwa lata mieszkania mnie, męża i synka z nią nie uważam za dobry okres ani dla niej ani dla nas. Pewnie, miało to i swoje zdecydowane plusy - pomoc przy dziecku, łatwiejszy start dla nas itd. Ale też prawda jest taka, że starałam się od samego początku nie obciążać mamy moim dzieckiem (przez pierwszy rok życia Małego byłam "pełnoetatową" samotną matką). Wszystko robiłam sama, z pomocy mamy korzystając tylko w ostateczności, np. kiedy jechałam w weekend na uczelnię lub chciałam raz w miesiącu wyjść wieczorem z domu. Potem, wraz z mężem już, jeśli chcieliśmy wyjść wieczorem to wyłącznie wtedy, gdy dziecko było już oporządzone i spało, by mama nie miała dodatkowych obowiązków. No i już w czasie, gdy nie budziło się w nocy na jedzenie
Pewnie, że są różne układy i różni dziadkowie, ja zwyczajnie nie uważałam, że mieszkanie u mamy upoważnia mnie automatycznie do angażowania jej przy dziecku.
Ogólnie uważam, że nawet przy mądrych i wyrozumiałych rodzicach oraz świadomych sytuacji młodych, mieszkanie na "kupie", obijanie się pupami w kuchni, kolejka do łazienki, przenikanie się wzajemnie problemów wszystkich, brak prawdziwej intymności dla każdej ze stron, godzenie różnych poglądów i charakterów dwu pokoleń w momencie, kiedy młode małżeństwo jeszcze samo potrzebuje dotarcia i ustalenia własnych zasad, nie jest najlepszym pomysłem.
Kati, staracie się z mężem o dziecko, a nie mieliście tak naprawdę jeszcze szansy się dotrzeć, pobyć ze sobą, pokłócić, pogodzić, pochylić się nad dylematem przysłowiowych skarpetek pod łóżkiem, nacieszyć się sobą w pełnej swobodzie. A dziecko to potężny wysiłek, stres, zmęczenie, rozdrażnienie, wielka odpowiedzialność, niejednokrotnie różnica poglądów na wychowanie i opiekę. To jest czas, kiedy potrzebne jest potężne wsparcie i zrozumienie siebie nawzajem, kiedy dotarcie się powinno już być przerobione.
Ja i mąż nie mieliśmy szansy na ten beztroski, swobodny czas tylko ze sobą, gdyż kiedy zaczęliśmy się spotykać, ja miałam już synka. Nie żałuję w związku z tym niczego, ale wiem, jak trudny był to czas i jak wielkiej cierpliwości oraz elastyczności od nas wymagał.
Ale oczywiście, każdy żyje podług siebie i narzucać swoich poglądów nie mam zamiaru ![]()
Kati, a czy nie jest trochę tak, że uważasz, iż dziecko byłoby takim przełomem w Waszym związku, sytuacją, która wymusiłaby wreszcie jakąś stabilizację, decyzję, zmianę obecnych okoliczności (związek na odległość)?
MiętowaCzekolada, opowiesz coś więcej? Jak wyglądało Wasze małżeństwo przed wyprowadzką męża? I czy rzeczywiście to zatajenie było aż tak poważną sprawą, by chciał on przekreślić wszystko?
26 2013-04-08 12:44:34 Ostatnio edytowany przez Szarlot (2013-04-08 13:00:30)
Dokładnie tak. Zgadzam się z kjersti w całej rozciągłości ![]()
A zwłaszcza podpisuję się pod tym.
Ogólnie uważam, że nawet przy mądrych i wyrozumiałych rodzicach oraz świadomych sytuacji młodych, mieszkanie na "kupie", obijanie się pupami w kuchni, kolejka do łazienki, przenikanie się wzajemnie problemów wszystkich, brak prawdziwej intymności dla każdej ze stron, godzenie różnych poglądów i charakterów dwu pokoleń w momencie, kiedy młode małżeństwo jeszcze samo potrzebuje dotarcia i ustalenia własnych zasad, nie jest najlepszym pomysłem.
Moja Mama też jest mega wyrozumiała, mądra, wybitnie nie wtrącająca nie w nic, co jej nie dotyczy. I mój Mąż uwielbia ją i sam mówi, że trudno o lepszą teściową. Dogaduje się z nią lepiej niż z własną mamą.
ALE nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli razem w trójkę, a za chwile już w czwórkę (jestem w ciąży), zamieszkać.
Moja Mama mieszka aktualnie kilkaset km od nas. Czasami wpada do nas na weekend. Przyjeżdża w piątek, a w wyjeżdża już w niedzielę przed południem. Nawet jakby chciała pobyć dłużej, to nie może bo pracuje.
I powiem Wam, że takie 2 dniowe wizyty są super, możemy sobie pogadać, wyjść do miasta, do kina, do teatru. Jest fajnie, ale jak już wyjeżdża to i ja i ona i mój mąż się cieszymy. Bo o ile jeszcze ja się czuję przy niej dość swobodnie, to mój mąż już mniej.
Np. nie może chodzić po domu w samych bokserkach, tylko musi być "ubrany"
jak w kuchni są dwie osoby to już się robi tłok.... a i ja się nie czuję dobrze do końca, bo np. nie możemy się w spokoju pokłócić, posprzeczać, no bo mama słyszy i nie chcemy jej wciągać w nasze małżeńskie "problemy" ![]()
Tak więc jak dla mnie mieszkanie na dłuższą metę z rodzicami/teściami - jest niemożliwe, jeśli obu stronom zależy na komforcie.
Choć pewnie są jakieś wybitne wyjątki, które tak funkcjonują i żadna ze stron nie czuje się z tym źle. Podziwiam takie, ale nie zazdroszczę
Osobiście nie znam ani jednego takiego przypadku... tylko ze słyszenia... albo z polskich telenowel ![]()
Nikt tak naprawdę nie wie, jak potoczy się jego życie małżeńskie. Nie ma na to reguły. Czasem nawet najbardziej czuły i kochający mąż może się okazać skur******, a pary, które wciąż się kłócą mogą przejść razem przez całe życie.
Moim zdaniem jednak związek na odległość nie ma szansy przetrwać. Stawiam, że 85% takich związków się rozpada, albo wybaczają sobie zdrady albo nie są ich świadomi.
Dlatego nigdy bym nie wystawiała mojego małżeństwa na taką próbę i za żadne pieniądze nie puściła bym męża gdzieś daleko do pracy na dłużej niż pół roku.
wiem że to jest forum i się rad tu udziela ale ja odnoszę wrażenie jakbyście chciały mnie tak trochę umoralniać, a i w pewnym sensie narzucić swoje zdanie. oczywiście że nie jest mi dobrze jak męża nie ma przy mnie ale czy to od razu oznacza że jak mąż pracuje z dala od domu to ma się rozpaść nasze małżeństwo??? kochamy się i to jest chyba najważniejsze, początki u każdego są trudne ale ja wiem że damy radę i że będzie dobrze
szarlot i kjersti
na wynajęcie jakiegokolwiek mieszkania potrzeba pieniędzy my ich niestety nie mamy na tyle żeby przeprowadzić się "na swoje" i nie wiem w jakich miejscowościach i jakich okolicach mieszkacie ale tak jak u mnie to w domu zawsze zostaje jedno z dzieci na które w przyszłości jest przepisany dom więc chcąc nie chcąc mąz w domu rodzinnym zostać musi bo akurat on ma przejąć dom po rodzicach, a z tego co mi wiadomo to małżeństwo dociera się całe życie a nie przez rok dwa czy nawet trzy. wg mnie chyba lepszym rozwiązaniem jest żeby mąż już siedział w tej warszawie i miał pracę niż razem ze mną i tej pracy nie miał. przeciaż taka sytuacja nie będzie trwała całe życie. w tej chwili mamy ważniejszy problem niż zastanawianie się czy taka sytuacja w małżeństwie jest normalna ze mąż w stolicy a ja z dala od niego i do tego w domu z teściami.
Kati, staracie się z mężem o dziecko, a nie mieliście tak naprawdę jeszcze szansy się dotrzeć, pobyć ze sobą, pokłócić, pogodzić, pochylić się nad dylematem przysłowiowych skarpetek pod łóżkiem, nacieszyć się sobą w pełnej swobodzie.
mieliśmy możliwość już jak i kłócenia i godzenia też i temat tzw skarpet pod łóżkiem też już przerobiliśmy, to że jesteśmy młodym małżęństwem nie znaczy że nie było na to wszystko czasu, docierać się będziemy przez cały czas a zatęsknić też czasami trzeba.
Nikt tak naprawdę nie wie, jak potoczy się jego życie małżeńskie. Nie ma na to reguły. Czasem nawet najbardziej czuły i kochający mąż może się okazać skur******, a pary, które wciąż się kłócą mogą przejść razem przez całe życie.
z tym zdaniem zgadzam się w 100% nikt nie jest w stanie powiedzieć jakie para stworzy małżeństwo, moim zdaniem kłótnie to pewien sposób docierania się, idealnych małżeństw nie ma (a przynajmniej ja nie znam takich!) zawsze będą jakieś zgrzyty i nieporozumienia. takie życie...
kati, spoko, wyluzuj, nikt Cię nie poucza ![]()
Po prostu każdy z nas pisze, co obserwuje, co przeżył, co myśli...
Dla mnie ten "zwyczaj" zostawania w domu rodzinnym jest nieporozumieniem. Ja bym nigdy w życiu jako żona takiego męża "co musi zostać" się na to nie zgodziła
Choćbym nawet miała złotą i świętą teściową
Nie kupuję takiego mieszkania na kupie i żadne środowiskowe zwyczaje by mnie nie przekonały.
Ja bym po prostu w ogóle na razie nie zakładała rodziny, a już na pewno nie powiększała jej, jeśli nie miałabym swojego kąta, choćby najmniejszego i wynajętego.
Ale to ja, Ty nie musisz tego brać do siebie ![]()
Kati, nikt Ci nie narzuca swojego zdania, zrobisz jak zechcesz, ale tak z ciekawości w wolnej chwili poczytaj sobie wątki o mieszkaniu z teściami
zwłaszcza ciekawe są historie osób nie młodziutkich, tylko takich już z co najmniej kilkuletnim stażem małżeńskim... Takich co też myślały że będzie okej, a teraz płaczą, bo już kupę kasy włożyły w remont i gdyby mogły cofnąć czas, to uciekałyby gdzie pieprz rośnie. A teraz klapa i zgrzyty. Ja po prostu widzę, czytam i słyszę, że to się prawie nigdy nie udaje. Tam jest opisane dokładnie dlaczego, jaki jest mechanizm takich konfliktów, gdzie dwie rodziny są pod jednym dachem, etc....
A z perspektywy teściowej fajnie o tym pisze np. marena7, która też żyje w środowisku, gdzie jest zwyczaj przygarniania dzieci do domu teściów lub rodziców i jej synowa tego chciała, ale ona się nie zgodziła i po latach uważa, że to było najlepsze wyjście i dla niej i dla jej syna i synowej. Czasami warto się postawić.
Ale może Ty jesteś takim wyjątkiem, który sobie z tym poradzi, i którego to nie będzie dotyczyć, tego Ci życzę
ale musisz mieć świadomość, że to się nieczęsto zdarza...
A wracając do tematu wątku, to trafiłam na fajny straszy topic: http://www.netkobiety.pl/t19853.html
Może kogoś coś zainspiruje ![]()
określę to tak: w moich stronach jest normalne że zostaje jedno z dzieci z rodzicami, tym bardziej że jest niewielkie gospodarstwo, pole itp. kto rodzicom na starość ma pomóc jak nie dzieci? co prawda mieszka w tym domu jeszcze siostra męża z rodziną ale będą dom stawiać, więc mąż jako ostatni zostaje w domu, mimo że to są dla mnie tylko teściowie to nie wyobrażam sobie odwrócić się od nich i się wyprowadzić i zostawić ich z tymi wszystkimi pracami w gospodarstwie i polu. wiem że głupio to brzmi ale czuję się zobowiązana wobec nich, oczywiście nie chce i nie mam zamiaru całego życia poświęcić jedynie pracy w polu, chcę iść do pracy przebywać miedzy ludźmi i żyć normalnie.
chciałabym przynajmniej do czasu wyprowadzki szwagierki iść do nawet małego mieszkania aby na swoim, ale tak jak już pisałam nie mamy takiej możliwości z powodu braku środków.
a co do zakładania rodziny to chce mieć dziecko m.in. dlatego że teraz teściowa jest jeszcze na tyle silna żeby mi ewentualnie pomóc przy dziecku, a niestety takie są reali że ja jako osoba nie doświadczona jeszcze pod tym względem jako takiej pomocy będę potrzebować przy dziecku chociaż na początku, a żeby jeździć do swojej mamy to możliwości zbyt wielkich bym nie miała, bo mieszka 50km ode mnie. a po za tym zaczyna się odzywać instynkt macierzyński, wokół rodza się dzieci, przykro mi jest na nich patrzeć ze świadomością że nei mam swojego ![]()
jestem przekonana że artykułów typu mieszkanie z teściami nie potrzebuję, bo moje zdanie jest takie że co ma byc i tak będzie. ja mam wilelką nadzieję a nawet jestem przekonana że będzie dobrze, zarówno teraz jak i w przyszłości...