Obawiam się, że niksa potraktowała rady jako kolejne "gadanie" i "dołożyła" forum do całej reszty tego złowrogiego i obojętnego świata (w swoim mniemaniu), który ją otacza. Świata, który gada zamiast pomóc.
Tylko jak miałaby ta pomoc wyglądać? Przyjedzie ekipa techniczna i wymieni przemocnikowi mózg?
Albo nagle zjawi się Supermen i sprawi przemocnikowi takie manto, że raz na zawsze odechce mu się tłuczenia swojej kobiety?
Albo może zapuka do drzwi delegacja z burmistrzem na czele i wręczy kobiecie klucz do nowego mieszkania wraz z deklaracją dożywotniej i sowitej renty jako rekompensaty za przeżycia?
"Tak, chcę zmienić swoje życie", ale naprawdę treść jest taka "Niech inni zmienią moje życie". I to tak, żeby mnie nie bolało.
Znam wiele przykładów, gdy zaangażowało się w pomoc kilka instytucji (policja, MOPS, poradnia) i był juz wniosek o leczenie alkoholika, sprawa w prokuraturze o znęcanie się, wniosek o alimenty i......kobieta wycofywała się, bo "ukochany" damski bokser kwiatki przyniósł i po raz setny obiecał poprawę i dozgonną miłość. I kobieta z jeszcze świeżymi siniakami stawała się adwokatem przemocowca, aby mu się jakaś krzywda przypadkiem nie stała.
Mijało trochę czasu i wszystko zaczynało się od początku. Trzeba było czasu, by kobieta naprawdę straciła nadzieję....
Pamiętam historię kobiety, ofiary przemocy (strasznej) i jej trójki dzieci. To horror co się działo w jej domu. Przychodziła, płakała, ale nie korzystała z rad i wyciągniętych do niej rąk. Cóż, jej wybór, ale dzieci szkoda. W końcu MOPS po długich namysłach i próbach perswazji złożył do sądu rodzinnego wniosek o ograniczenie praw rodzicielskich OBOJGU rodzicom i umieszczenie dzieci w domu dziecka. I tak się stało. Kobieta przybiegła i nie mogła pojąć DLACZEGO. Przecież ja NIC NIE ZROBIŁAM! No właśnie, bo nic nie zrobiłaś. Ty sobie żyj jak chcesz, ale dzieci mają prawo do spokoju i bezpieczeństwa. Dostałaś poradę, bilety na dojazdy na terapię, opiekę prawną i deklarację, że ci pomożemy znaleźć pracę. Ty miałaś tylko jechać do poradni na własną terapię. Nie zrobiłaś tego. Masz prawo, ale dzieci będą w placówce dotąd, aż uporządkujesz swoje życie.
To było dla niej DNO, od którego się odbiła. Wreszcie wzięła odpowiedzialność za swoje życie. Natychmiast pojechała do poradni na grupę dla ofiar przemocy, dostała pracę sprzataczki, poskładała wnioski o leczenie męża i założyła w prokuraturze sprawę o znęcanie się. O alimenty na dzieci też. Wolny czas spędzała w DD, z dziećmi. Była zdeterminowana, by odzyskać dzieciaki, by wróciły do domu. Mąż dostał się w tryby machiny prawnej, która spokoju mu nie dawała. Wyrok w zawiasach i myślał, że to już koniec. Ale żona wzywała policję, gdy tylko usta otwierał. Policja jeździła w tę i z powrotem, a dokumentacji przybywało. W końcu poszedł siedzieć. Leczenie przymusowe też odbył. Dzieci wróciły do matki, która nie była już bezwolną ofiarą, ale kobietą, która jak lwica walczyła o spokojny dom dla dzieci i siebie.
Dzisiaj jest już po rozwodzie i mieszka tylko ze swoimi dzieciakami. On wyniósł się do swoich rodziców. Nie wykorzystał szansy, pije nadal, jest menelem. Skoro taka jego decyzja....
Nie wiem po co ja to wszystko piszę...
Ale...zęby zjadłam na pomaganiu. I wiem, że często jest tak, że i "ofiarą" trzeba mocno potrząsnąć, żeby się ocknęła z letargu.