Kochane, mam mętlik w głowie. Liczę, że wysłuchacie mojej historii i jakoś się do niej ustosunkujecie ![]()
Byłam z chlopakiem 3, 5 roku. Po 2,5 roku zamieszkalismy razem, chociaz on pomimo tego, ze mial swoje mieszkanie, a ja mieszkalam z rodzicami (dodam, że jest ode mnie o kilka lat starszy) nie dążyl do tego. To ja w sumie postawilam go przed faktem dokonanym po kilkukrotnych probach rozmow na ten temat. Dodam jeszcze, ze chlopak byl z tych, co nie lubią/ potrafią mowic o uczuciach. Mieszkalam z nim czulam się bardzo dobrze, zblizylismy się do Ciebie, czulam jego milosc. Wigilie spedzilismy u moich rodzicow, a pozniej u Jego. Bylam szczęśliwa. W styczniu mieliśmy remont lazienki, wiec wyprowadzilam się do rodzicow, codziennie jemu proponujac, zeby spal u moich rodzicow. Po 3 tygodniach poklocilismy się o blahostke i nie odzywalismy sie do siebie pprawie przez 2 tyg ( w miedzyczasie wymienilismy kilka maili). Jak spotkalismy sie po tych 2 tyg, on byl raczej chlodny, powiedzial, ze przez ten czas cos sie w nim zmienilo, ze on juz ma dosyc naszysch klotni, mojego obrazania sie i nie wie, czy ma siłę, żeby dalej walczyc o to, zeby bylo dobrze. Ma rowniez zal, ze rzadko odwiedzalam mieszaknie podczas remontu, ze zostawilam go z tym. Powiedzial, ze przygasl w nim żar, ale stwierdzil, zeby nie podejmowac decyzji pochopnie tylko spotkac sie za kilka dni. Przy nastepnym spotkaniu powiedzialam mu, ze kocham go i chce walczyc o nas, a on, ze on nie wie, a skoro nie wie to w takim razie nie. Nastepnego dnia wzielam swoje wszystkie rzeczy. Nie minal tydzien, a on po 6 dniach zaczał blagac mnie o spotkanie. Napisalam mu, ze czas na rozmowe byl w zeszlym tyg, teraz juz jest za pozno. On strasznie mnie prosil o spotkanie, dzwonil, ale nie odbieralam, az w koncu napisal smsa, ze przeprasza mnie, ze kocha i nie potrafi zyc ze swiadomoscia, ze mnie juz nie będzie. Od tego czasu strasznie zabiega o mnie, napisal, ze wtedy nie byl pewny swoich uczuc, ale teraz jest i strasznie mu zle, ze podjal taka beznadziejna decyzje, od razu wiedzial, zze to byl blad, ale nie sadzil wtedy, ze to blad, ktory strasznie trudno bedzie naprawic.... Myslicie, ze jest sens wracac? i czy mozna zaufac komus takiemu znowu?
Czy fakt, ze nie wytrzymal nawet tyg siwadczy o tym, ze naprawde mu na mnie zalezy czy, ze to znowu jest nieprzemyslane?