A ja się wypowiem z perspektywy dziecka, którego rodzice się rozwiedli.
Podczas rozwodu ja miałam 13 lat, mój brat właśnie 8. Jako że mieszkanie jest mojej mamy, to na początku było oczywiste, że my zostajemy z nią - ojciec musiał szukać mieszkania, na początku kawalerka itd., później już jakoś tak zostało. Co prawda nigdy nie było nawet opcji, że możemy mieszkać tydzień tu, a tydzień tam, ale gdyby mi coś takiego zaproponowali, to chyba bym ich wyśmiała. Pomijając już to, że nas było dwoje i u mamy każde z nas miało osobny pokój, a u taty musielibyśmy się początkowo gnieździć właśnie w kawalerce, to dochodzi do tego kwestia wygody - oboje chodziliśmy do szkoły, to by było jak cotygodniowa przeprowadzka na mniejszą skalę niż normalnie.
Przecież to, że dzieci mieszkają u jednego z rodziców, nie musi oznaczać braku kontaktu z drugim. Przeciwnie, mój ojciec dążył do jak najczęstszych spotkań, nocowaliśmy u niego kiedy mieliśmy ochotę i sami decydowaliśmy jak długo, ale to nie było ustalane odgórnie i dzięki temu można było uniknąć wrażenia bycia przekładanym z miejsca na miejsce, a z kolei zyskaliśmy spokój i miejsce, które mogliśmy nazwać domem.
To tyle, jeśli chodzi o samą kwestię mieszkania tydzień tu, a tydzień tam.
vinnga napisał/a:To jemu powinno zależeć na tym, żeby jego partnerka (...) zajmowała wyższą pozycję od dziecka.
Natomiast co do tego, muszę się nie zgodzić. Jeżeli ojciec dałby mi kiedykolwiek do zrozumienia, że jego partnerka jest dla niego ważniejsza niż ja, to prawdopodobnie więcej by mnie nie zobaczył. Miałam trochę inny układ, bo nie mieszkałam u ojca co chwilę, tylko odwiedzałam go, kiedy chciałam, więc w moim przypadku partnerka mogłaby być ważniejsza najwyżej przy decyzjach dot. wystroju mieszkania. Tutaj to dziecko MIESZKA z ojcem. Z przerwami na mieszkanie u matki, ale jednak mieszka. Dlaczego Autorka ma być ważniejsza od dziecka? W domu powinni mieć takie same prawa, a ponadto ojciec powinien jednak mieć bardziej na względzie dobro dziecka, a nie swojej partnerki - bo to dziecko wymaga opieki i nie jest w stanie o siebie zadbać samo, a nie Autorka. Nie mówię, że ma ignorować jej potrzeby, ale jeżeli Autorce przeszkadza w gruncie rzeczy samo dziecko, to ciężko coś temu zaradzić. Z kolei nie wiem dlaczego ojciec upiera się przy tworzeniu na siłę szczęśliwej rodziny. Jeżeli Autorka chce spędzać te tygodnie osobno, to ja bym nie miała nic przeciwko. Byłoby mniej denerwująco dla niej i milej dla dziecka, które mimo 8 lat zapewne jest w stanie wyczuć jej niechęć.
Dla dziecka rozwód chociażby przeprowadzony w jak najbardziej przyjacielskich warunkach (bo taki był moich rodziców), to jednak stres. Przychodziłam do ojca, a nie po to, żeby zaprzyjaźniać się z jego partnerką, spełniać jej oczekiwania czy cokolwiek innego. Generalnie - nie obchodziła mnie ona i owszem, może to mało dojrzałe i nieprzyjemne dla niej, ale nie można zmuszać dziecka, żeby nawiązywało cieplejsze relacje z nową partnerką ojca. Jeżeli samo tego chce - w porządku, ale nic na siłę.
Autorko, pomyśl, co by było, gdyby to dziecko zaczęło dla odmiany żądać od ojca, żebyś Ty się zmieniła/żebyś zniknęła z ich wspólnego tygodnia itd. Dla niego ta sytuacja też nie jest na pewno komfortowa. Jeżeli już zgodzili się na taki układ, to o ile wszystkim zainteresowanym odpowiada (matce, ojcu i dziecku - nie Tobie!), to trzeba się albo dostosować, albo zrezygnować. Jeśli dziecku odpowiada takie tydzień tu, tydzień tam, to ojciec nie powinien z tego rezygnować dla Ciebie. Tu znowu podeprę się swoimi odczuciami z okresu rozwodu rodziców - gdyby taki układ funkcjonował, a ojciec zrezygnował z niego na życzenie partnerki, to poczułabym się odepchnięta i prawdopodobnie zrezygnowałabym z ojca. Może to brzmi dość drastycznie, ale taka prawda, bo już nieraz miałam nawet kilkumiesięczne okresy nieodzywania się do ojca, kiedy zachował się nie w porządku w jakiś sposób - tyle że to już nie dotyczy tego tematu.