Witajcie, jestem na studiach filologicznych, studiuję 2 języki: jeden znam bardzo dobrze, drugi zaczynam od podstaw (jest to JEDEN kierunek studiów).
W tym semestrze egzaminy miałam z pierwszego języka, w następnym będzie z drugiego. Bardzo mi się te studia podobają, jednak problem jest w tym, że sobie na nich nie radzę i strasznie źle się z tym czuję. Początek nowego semestru, a ja mam 2 zaległe kolokwia do poprawienia i 2 egzaminy (jeden oblałam, do drugiego nie mogłam podejść w pierwszym terminie, z racji niezdania pierwszego). Jeden kolos pisałam już 2 razy z przeświadczeniem, że to umiem i dalej mam oblany. Drugi zaś oblałam, mimo, że był z zagadnień, z których u innego wykładowcy dostałam 4 (nie mam pojęcia jakim cudem jest nie zdany..). Nie wiem, czy nie wybrałam za trudnego kierunku dla siebie, ale nie jestem pewna, czy to kwestia tego, że się nie nadaję, czy że za mało pracowałam... Ciężko mi z tym, jak patrzę na kolegów i widzę, jak ludzie na spokojnie idą na zajęcia, nic nad nimi nie wisi. Wiele razy się zastanawiałam nad rezygnacją ze studiów, ale stwierdziłam, że muszę walczyć do końca, podejść do tych egzaminów jak już mam okazję. Chociaż wstyd mi tych 3 w indeksie, to też druga sprawa. Moi rodzice płacą za moje mieszkanie i życie w innym mieście, a ja jak im się odpłacam? Nawet uczyć się nie potrafię...
Proszę, poradźcie mi coś, może ktoś jest w podobnej sytuacji i nie wie co robić? Albo ktoś już to przetrwał i ma jakąś pomocną poradę?