Eliza20 napisał/a:Wchodząc w związek z facetem, który jest kilkaset kilometrów ode mnie wiedziałam w co się pakuje. Ale czy na pewno? Dopiero po paru miesiącach rozłąki zaczęłam dostrzegać coraz więcej wad. Myślałam, że z czasem będzie łatwiej jednak nie jest tak prosto, chociaż widujemy się co 3 tygodnie to jednak za każdym razem wydaje mi się, że ze mną jest coraz gorzej. Przeżywam jego wyjazd ode mnie przez parę dni. Nie mogę przyzwyczaić się do pustego łóżka, całe mieszkanie mi o nim przypomina. Zaczynam sie robić coraz bardziej zazdrosna, wkurzam się o rzeczy o które wiem, że nie powinnam się wkurzać.
Wkurza mnie to, że jakiekolwiek nieporozumienia musimy załatwiać przez telefon. Jak jest gdzieś w trasie i długo nie odpisuje wyobrażam sobie od razu, że coś musiało się stać.
Ostatnio dowiedziałam się, że moja znajoma zamieszkała z chłopakiem (już 3 znajoma) i nagle sobie uświadomiłam, że mnie to ominie, że nigdy na studiach nie zamieszkamy razem, że dopiero za 4,5 roku jak skończę studia będziemy mogli razem zamieszkać. Omijają nas nasze wzloty i upadki, sukcesy nie smakują już tak dobrze gdy mówisz o nich przez telefon.
Jednak wiem, że przetrwamy bo wiem, że przez rozłąkę nasz związek staje się silniejszy i jeżeli to przetrwamy przetrwamy już wszystko (przynajmniej tak mi się wydaje). Poza tym nie grozi nam znudzenie się sobą;) i za każdym razem jak go widzę mam motylki w brzuchu.
A wy jak radzicie sobie ze związkiem na odległość? Jakie waszym zdaniem są wady i zalety? Może macie jakiś złoty środek którym możecie się podzielić?
Hmmmm plusy i minusy sa zawsze - kiedyś prawde mówiąc byłem w takiej sytuacji jak Ty i w zasadzie nawet w podobnym wieku, jak Cię czytam to miałem podobne odczucia... W takim związku na odległość trwałem pierwsze 2 lata - jak Ty studiowałem i w zasadzie każdą wolną chwilę poświęcałem by wyjechać i spotkać się z ukochaną - a jeszcze jaki dylemat - wyjechać bez grosza - czy zostać i probowac cos gdzieś dorobić - by nastepnycm razem wyjechać choć z jakimś groszem przy duszy ;-) Oczywiście takie spotaknia raz na tydzień, dwa albo nawet miesiąc powodowały, że nie mogliśmy się soba nacieszyć - zawsze coś sie działo, było ciekawie, aktywnie, spontanicznie - słowem motylki motylki i jeszcze raz motylki :-) Ale chwile rozstań to był koszmar, dla mnie, dla niej - myslenie gdzieś tam pod kopułką - ile tak jeszcze wytrzymamy, czy to ma sens, kiedy w ogóle uda się znow spotkać - jak długo bedzie trzeba czekać... Fakt jest internet, telefon... ale to nie to samo... Pamietam, że czasami idąc ulicami swojego miasta mijałem pary - żałowałem, że tez tak nie mogę w danej chwili, danym momencie, z zalem liczyłem że znamy się od 1.5 roku, a spedziliśmy ze soba tylko 108 dni. Tak jak Ty sam siebie utwierdzałem, że skoro tyle przetrwalismy na odległość to przetrwamy wszystko - ale to życie weryfikuje co przetrwa a co nie - po 2 latach bycia na odległośc, przyszły 3 lata bycia stale ze sobą - i życie zweryfikowało. Teraz po czasie tak troche stając z boku moge napisać w swoim subiektywnym odczuciu (choć to może nieco tautologią trąca) - plusem zwiazku na odległość są te spotkania - istne "wakacje" - żyjesz w normalnej rzeczywistosci szkoła/praca/dom/znajomi - i tak w kółko aż przychodzi wyjazd - czas spotkania - WAKACJE - a wakacje fajne są :-) z kolei po takich wakacjach - jest nieco dołka - nikt nie lubi jak wakacje się kończą - a w przypadku zwiazków to nie tylko chwilowa melancholia - ale może się to mniej lub bardziej odbijać na osobach doświadczających tego.
Czy jest złoty środek - nie wiem - choc może, zwyczajnie nie przejmować się tym i przyjąc zasadę - będzie co ma być i nie przytłaczać się troskami rozłąki... W każdym razie przez 5 lat bycia w zwiazku te 2 lata bycia na odległość mam głeboko wryte w pamięć i uważam, że jest to piękne i wspaniale to wspominam (pamiętam każdy dzień, w zasadzie jakby to było dziś) - z okresu gdy już razem byliśmy stale - cieżko mi sobie przypomnieć jakieś szczególne dni, pamiętac daty - zaręczyny, kilka wiekszych kłótni i remont nowego mieszkania (gdy byłem z siebie dumny, że poradziłem sobie ze wszystkim - nie znając się praktycznie na niczym)