Witam. Mój problem jest dość błahy, co nie zmienia faktu, że strasznie mnie irytuje, a nie wiem czy powinnam i mam prawo. Jestem ze swoim chłopakiem około 2 lat. Od niedawna wynajmujemy mieszkanie i naszymi sąsiadmi jest inna młoda para. Dziewczyna jest młodsza ode mnie o 2 lata( w sumie mało ważna informacja). Początkowo starałam się do niej wyjść, bo podobno jest osobą nieśmiałą ( ja ciągle nie mogę zwalczyć mojej nieśmiałości i wstydzę się do ludzi zagadać, ale mój chłopak twierdzi, że nie mogę być tak bezduszna i pomóc jej w zwalczeniu tych problemów < szkoda, że o mnie się tak nie troszczy>). Tak więc zagadywałam ją, odwiedzałam, ale ona nigdy pierwsza do mnie nie przemówiła ( do innych jak się okazało potrafiła mówić wiele, a czasami nawet za wiele, w każdym bądź razie pewna siebie jednak jest, bo się przekonałam o tym). Nigdy nie podjęła rozmowy sama i widziałam, że ogólnie robi to niechętnie. Przestałam więc się narzucać, bo swóją ambicję jakąś mam i na świecie są chyba miliony osób, z którymi można się zaprzyjaźnić. Mój chłopak miał pretensje, że jestem niemiła, niepotrafię się z nią zakolegować(!), ale stwierdził, że nie będzie mnie zmuszał( dziurę w brzuchu jednak dalej wiercił). Któregoś razu jednak wyszło tak, że chciałyśmy razem pójść do kosmetyczki ( po prostu jej chłopak dał mi o tym znać). Stwierdziłam ok. Wzięłam się za bukowanie, ale nie wiedziłam jak, kiedy i gdzie chce. Więc dzwoniłam do niej parę razy, poszłam do niej, a ona nie odbiera i nie otwiera. No ok. Może zajęta. Następnego dnia znów zadzwoniłam, znów to samo. Mówię chłopakowi, że mam to gdzieś i sama dla siebie bukuję. A on do mnie " jak to tak? a co z nią? samą ją tak zostawisz?". Opowiedziałam mu co i jak odbieram, a on " przecież ona miła jest, coś się jej czepiasz i wgl". Dobra niech będzie po jego, pomyślałam. W między czasie zapraszałam ją nie przyszła, nie odzywa się i takie tam. Stwierdziłam, że koniec. Wytłumaczyłam chłopakowi, że ja swoją ambicję i tak schowałam w kieszeń, bo czuję się jakbym walczyła o jakoś princessę normalnie. Szlag mnie trafiał. Świeża sprawa: tamten chłopak zadzwonił, że mają wolny wieczór i może się gdzieś wybierzemy, a mój z wywieszonym jęzorem już tak tak oczywiście. Akurat jedliśmy. Chłopak sie mnie pyta czy pójdziemy, ja mówię, że nie mam ochoty, a on do mnie "przestań już" i powiedział, że jakoś musimy trzymać fason (!). I teraz czy słusznie czuję się olana przez mojego faceta? Mam dość nadskakiwania tej panience i mojemu facetowi. Mówię, że się z tym źle czuje, bo ona jest dla niego ważniejsza niż ja. Liczy się czy jej pasuje, a ja mam swój honor chować. Mam prawo być lekko poirytowana czy nie? Wiem, że to żaden problem pewnie dla innych, ale mnie to wkurza, bo muszę iść pojutrze na jakiś durny wieczorek.
masz prawo być poirytowana a nawet..... Jełżi chodzi o ten wieczorek to mimo wszystko proponowałbym pójśc dzieki temu zorientujesz się o co w tym wszystkim chodzi Twojemu chłopkowi czy "dogadał" się z chłopakiem tej dziwczyny i świetnie czują się w swoim toiwarzystwie czy może ta dziewczyna wpadła mu w oko
Pewnie, że masz prawo. Zachowujesz się na poziomie, z klasą, pierwsza zaczęłaś się do niej odzywać, wychodzisz z inicjatywą, a ona wcale. Masz prawo wybrać, z kim chcesz się kolegować, z nią nie i to z jej winy i tyle. Natomiast twojego chłopaka nie rozumiem. Czy on czasem nie jest typem osoby, której zależy na pozytywnej opinii innych ludzi?
Irytacja jak najbardziej uzasadniona,ale tak jak piszą idź i zobacz o co jej tak naprawdę i chodzi i dlaczego Twój chłopak tak nalega na tę znajomość.