Witam wszystkich bardzo serdecznie. Trafiłam na tą stronę całkiem przypadkiem.. Poczytałam kilka postów i widzę,
że jest tu sporo osób, które potrafią dawać świetne rady.. Więc może i ja opiszę swoją sytuację. Opiszę wszystko po kolei, by wszystkie "net kobiety" jak najlepiej mogły mnie zrozumieć..
Z moim obecnym partnerem, znamy się całe życie, wychowaliśmy się na jednym "podwórku".. Nigdy za sobą nie przepadaliśmy.
Ja uważałam go za typowego macho, on mnie za zapatrzoną w siebie panienkę. Zawsze miałam "szczęście" do toksycznych partnerów
Tomek właśnie przed takim jedym złym związkiem mnie tjb uratował.. Ni z tąd ni z owąd w
październiku 2010 zaczelismy sie spotykać jako para. Znajomi oczywiście byli podzieleni, jedni byli zachwyceni, inni robili co w ich silach zeby nam
się nie udało.. Tomek był także moim pierwszym (i jedynym) partnerem w łóżku. Oddałam mu się po około trzech tygodniach bycia razem..
chociaż wczesniej byłam z różnymi mężczyznami duzo dłużej i jakoś nic mnie w tę stronę nie ciągneło. Mogłam spędzać noc obok któregoś z Nich
i mimo iż wydawało mi sie że to ten, miałam jakieś blokady w sobie. Fakt, że przy moim obecnym partnerze tak szybko zmieniłam zdanie
sprawił że pokochałam go bez pamięci.. Trwało to krótko,,. Po około trzech miesiącach odszedł ode mnie. Na samo wspomnienie tamtych wieczorow
az mam gęsią skórkę. nie byłam w stanie jesc, pic, spac, chodziłam zapłakana z kąta w kąt.. Po części to rozstanie to moja wina.
wmawiałam sobie że któś taki jak on nie moze mnie kochac, i ze jest ze mna tylko dla seksu.. uwazalam tak gdyz nigdy nie chcial
spedzac czasu ze mna i naszymi znajomymi zawsze chcial tylko przebywać "sam na sam". Wmawiałam sobie ze sie mnie wstydzi,
robiłam mu wyrzuty aż w koncu odszedł.. był jakoś koniec stycznia 2011.. przez caly miesiac wypisywalam natretnie do Niego by
mnie nie opuszczał, (wiem, że to było żałosne). On twierdził tylko, że mnie kocha bardzo mocno ale nie umie dać mi szczęścia...
Na początku marca wrócił do mnie, dosłownie na jeden wieczór.. pogodzilismy sie, kochalismy a nastepnego dnia odszedl kolejny raz
i co gorsza polecial za granice do swojego ojca.. wrócił dopiero w lipcu... te miesiace to byl dla mnie istny koszmar.
nie dawal o sobie zapomniec. pisal mniej wiecej co trzy tyg. pare czułych wiadomosci, dających nadzieje na zycie z Nim, po czym znów
twierdził ze on nie moze ze mna być.. i tak w koło.. w lipcu po powrocie pogodzilismy sie.. byłam najszczesliwsza na ziemi.
Twierdził, że narazie bedziemy ze soba "tak dla siebie" by zobaczyc czy to wyjdzie.. nie chciał sie ujawniac, wiec przechodzac obok niego
gdy stał ze znajomymi... nie mogłam nawet powiedziec mu "cześć". Godziłam sie na to, byleby z Nim być... dokładnie 29 sierpnia 2011
wróciliśmy do siebie na dobre.. nagle T. zmienił się nie do poznania.. zaczął być czuły, troskliwy, opiekuńczy.. kochany!
Owszem, kłocilismy sie czesto.. ale przewaznie nie trwało to dłużej niż jeden dzień.. we wrześniu zaszłam z Nim w ciążę. Zdawał się
być bardzo szczęśliwy. Ja także.. planował życie ze mna.. martwił się.. byłam w siódmym niebie. niestety w grudniu poroniłam, wiec nasze
szczescie nie trwało długo... Mój partner także wtedy bardzo sie mną troszczył.. obiecywał że znów się będziemy
starać, bo bardzo zapragnął tego maleństwa.. w lutym tego roku oznajmił że leci na dwa tygodnie do ojca bo załatwił mu bardzo
dobrze płatną "fuchę". z dwóch tygodni zrobiły się dwa długie miesiące.. jednakże codziennie pisałam z Nim przez gg.. wysyłaliśmy
sobie swoje zdjecia, w dzien mnóstwo smsów wiec szybko to zleciało.. Jednakże temat naszego dziecka zaczął zanikać..
w maju polecielismy oboje na kilka dni do jego taty.. wtedy zaczęło już być dziwnie.. nie kochalismy sie juz prawie wcale.. od maja nasze
stosunki były bardzo rzadkie.. z seksu przynajmniej co drugi dzien, gdy raz w tygodniu mial ochote to juz bylo duzo..
jednakze gdy rozmawiałam z njim o tym twierdzil ze to przez jego problemy. Przeestal sie mna interesowac.. chciał by wszystko krecilo sie
wokół Niego. Miałam wtedy mnóswto problemów rodzinnych, a mimo to on chciał bym to ja jego wspierała.. Jego problemy polegały na tym ze
mial problemy z pracą. Gdzie by nie poszedl to mu coś nie pasowało i rezygnował.. w tegoroczne wakacje to był już istny koszmar.
Z mężczyzny który przynajmniej kilka razy dziennie pisal jak mnie pragnie, stal sie zimnym i ozieblym tyranem. Bez przerwy na mnie krzyczał.
Nic mu nie pasowało.. mimo iż mieszkał dosłownie nade mną, w tej samej klatce, bywało tak że po kilka dni nie mogł znaleźć pięciu minut
na przytulenie się.. tłumaczyłam mu że ja rozumiem iż ma problemy i ze nie oczekuje niczego.. ze chciałabym tylko aby schodzac ze swojego mieszkania
wszedl do mnie sie chociaz przywitać.. ale on twierdzil ciagle ze nie pomyslal.. przepraszal, i skladal puste obietnice zmian.
Nagle stwierdził, że on już nie chcie dziecka, że jest za młody na poważne decyzje i że nie jestemy małżeństwem aby sie tak angażować.
Teraz znow jest za granicą.. Polecial tam miesiac temu.. mimo iz przysiegal ze juz mnie samej tu nie zostawi.. pamietam jakby to bylo wczoraj..
stanal przede mna. powiedzial ze musi zaczac myslec o osobie.. i leci bo ma tam prace na stale. a ja jak go kocham to poczekam..
Niedawno stwierdził ze tam jest lepsze życie i za jakiś czas MUSZE poleciec do Niego i tam zalozymy rodzine.,., oczywiscie ja głupia się
na to zgodziłam.. Jest tam i nie mamy ze sobą wcale kontaktu.. Ciągle mówi że nie miał czasu napisać.. zawsze w weekend jest calkiem niedostepny
pod telefonem. Niewiem co myslec o tym wszystkim.. Za kazdym razem gdy chce odejsc od niego, zaczyna pisac jak mnie kocha, ale
ze sie gubi, ze powinnam byc z innym bo on mnie nie uszczesliwia. Całkowicie sie zamknelam w sobie, dopiero teraz gdy go Nie ma i wiem ze dlugo nie bedzie
uswiadomilam sobie ze zrezygnowalam ze wszystkich znajomych na rzecz zwiazku.. od miesiaca juz nigdzie nie wychodzilam, kiedys ja nie mialam
czasu dla znajomych bo ON zawsze mial cos przeciwko moim wyjsciom, a teraz znajomi nie maja go dla mnie.. Zdałam sobie sprawe z tego ze mnie wykorzystywal
(chodz moze sie myle.. moze mam jakies dziwne poglady) przez dwa lata nie dostala od niego absolutnie nic oprócz bukietu róż. nic. nigdy.
Ja wydałam na niego już istny majątek... ciągle ostatnie grosze wydalam na jego doladowania, dawalam mu pieniadze "ot tak" gdy nie miał..
Oczywiscie nic nie wypominam, bo nie o to tu chodzi.. ale moze on tylko ze wzgledu na to jest ze mna? Gdy mu pisze ze polecial tam bo mysli tylko o sobie
on twierdzi ze robi to by mi zapewnic przyszlosc..
Co o tym myslicie? Jest niedziela.. od piątku znów brak kontaktu z Nim,, pewnie napisze wieczorem ze byl zajety.. siedze i zastanawiam sie co powinnam zrobic.
zwsze najpier odejde a potem podswiadomie go usprawiedliwiam.. płacze i wmawiam sobie że to ja robie źle.. wracam do zwiazku.. a moze to faktycznie w moim zachowaniu jest cos nie tak?
Bardzo prosze o obiektywne opinie.. Bede niesamowicie wdzieczna. Nie wiem co robić, a zdanie osób calkiem nieznanych, które obiektywnie ocenią
sytuacje może wiele pomóc,.