Witam,
Zaglądam regularnie na forum i postanowiłam napisać. Nie wiem nawet od czego zacząć, ale wali mi się cały świat. Zaczęło się ponad rok temu, problemy ze znalezieniem pracy, to nie jest w sumie problem jakiego nie mieliby inni ludzie, poradziłam sobie jakoś zarabiam niewiele, umowa do lutego, ale jakaś tam praca jest. Później doszła choroba mamy, ciężka, problemy z nerkami, być może konieczny przeszczep, powiedziałam sobie spoko dam radę. nawet "żartowałam" że jak coś to dam jej swoją nerkę. Wszyscy wiedzieli, że to tzw. śmiech przez łzy, spadło to wszystko na nas nagle. Jakby tego było mało, skończył się mój 9 letni związek. No i pękłam, po raz pierwszy od dawna, ogólnie mam w miarę silną osobowość, ale już nie wytrzymuję. Mam dopiero 24 lata a czuję się jakbym miała ze 35. W domu przejęłam wszystkie praktycznie obowiązki. Mój dzień wygląda tak; wstaję 6 rano, mini zakupy czy mamie nic nie potrzeba itp, naszykować leki wszystko co będzie jej potrzebne, na 8 idę do pracy, wracam po 16 i się zaczyna, pranie, sprzątanie, zakupy, pomaganie we wszystkim co jest możliwe. Cały czas wyjazdy do lekarza. Mama jedynie gotuje obiady. Tak jest każdego dnia. Aż o 22 padam na przysłowiową gębę i nie chce mi się już nic. Zaniedbałam siebie, przez niecały rok utyłam 10 kg
( je byle co byle jak, po prostu na jakikolwiek czas dla siebie nie starcza mi czasu.Tata też pracuje bardzo ciężko zarabia baaardzo przeciętnie pieniędzy nie starcza nam do następnego miesiąca, więc oddaję rodzicom dużą część swoich. Sobie zostawiam na drobne wydatki typu kosmetyk itp. Ubrań nie kupuję, chodzę w tym co mam. Po prostu mam wrażenie że zaczyna wyglądać to jak walka o przetrwanie :< kiedyś byłam zupełnie inna, wesoła, radosna, towarzyska. Teraz jestem dalej dobra dla ludzi, nie jestem złośliwa, ale całe nerwy, złość, frustrację trzymam w sobie. W nocy zamiast spać płaczę, rano wstaję i zaczyna się od nowa. Praca nerwy dom nerwy, kocham życie, ale chciałabym czasem zasnąć i już nie wstać, żeby to wszystko było za mną. Z nikim się nie spotykam, kiedyś byłam ładną zadbaną dziewczyną, teraz nie przyciągam uwagi żadnego mężczyzny, wcale sie nie dziwie. gdybym była nim tez bym na siebie nie spojrzała. Nie widzę żadnego wyjścia z sytuacji, brak pieniędzy sprawia, że nie jestem w stanie ani dbać o siebie, ani rodzicom nie pozwala to żyć jak należy. Depresje tez pewnie mam, nie mam żadnej radości z życia, szczęsliwa czułam się chyba jako 16 latka od tamtego czasu tylko problemy, łzy i błądzenie po omacku. Jak będzie tak dalej to ja tego nie wytrzymam... nie mam już sił...za tydzień czeka mamę operacja a ja już bezczynnie rozkładam ręce i kręcę się w tej karuzeli codziennych obowiązków, porządków, zakupów i mnie już w tym nie ma. Machinalnie wykonuję obowiązki i jak sobie myślę i zadaję pytanie czy ja mam w sobie jakieś uczucia pozytywne czuje jedno: pustkę. Emocjonalnie czuję się nikim...
Miałam podobny czas do Twojego (bo to nie trwa wiecznie) i pomogła mi wiara.
Może zbyt długo "trzymałaś się "...w końcu ja sama napisałaś coś pękło i czujesz się tak jak się czujesz
Każdy ma swój próg wytrzymałości i chowania się za maską "jestem twarda". Ty ten próg najwyraźniej przekroczyłaś.
Jesteś tak bardzo przytłoczona i zmęczona codziennymi ciężki obowiązkami, że wcale nie dziwne, że nie masz już siły na nic...
Piszesz też, że nie widzisz żadnego wyjścia z tej sytuacji (co wcale nie znaczy,że go nie ma !), a to jest niepokojący objaw i gdyby bliska osoba powiedziała te słowa, sugerowałabym wizytę u psychiatry. Myślałaś o tym ?
Trzymaj się ciepło !
Źle, że trzymasz te wszystkie emocje w sobie... Powinnaś dać im jakiś upust, może z kimś porozmawiać ? Może wykrzyczeć się ? Może biec ile sił ? Cokolwiek, byleby wyrzucić to wszystko z siebie.
Nola, jak się czujesz ?
Hej!
u mnie bez zmian. Funkcjonuję tak samo jak wcześniej. Odwróciła się już ode mnie nawet najbliższa przyjaciółka. Nikogo nie mam, bo kto chciałby na mnie spojrzeć, porozmawiać. Została mi tylko masa moich problemów. Doszło to, że nie chce mi się nic. Już wcześniej miewałam dni, że ciężko było rano wstać z przysłowiowego łóżka, ale teraz na dodatek że nie chce mi się wstać doszło to że cały dzień nie mam ochoty nawet funkcjonować w tym świecie. Nie chce mi się robić niczego, a teoretycznie powinnam się cieszyć życiem mam dopiero 25 lat. Gdy wracam do domu czuję się lepiej, włączam muzykę, zamykam się w pokoju albo wpadam w wir sprzątania, gotowania byle się czymś zająć. Pomyślałam, że spróbuję jakiś leków uspokajających, owszem może i mnie uspokajają, ale na mój nastrój nie wpływają wcale, dalej czuję się niechciana, brzydka, nie potrafię się cieszyć niczym. Do wszystkiego doszło zmęczenie, jak przyjdzie week nawet nie czuję że był i minął, mam wrażenie że już rano wstaję zmęczona a później jest już tylko gorzej. Robiłam w związku z tym badania, wyszły wszystkie ok to ze mną jest coś nie tak. Tak bardzo chciałabym poczuć szczęście nawet te chwilowe. Zapomniałam znaczenie tego słowa. Gdy byłam młodsza, to się cięłam, nie regularnie, gdy wpadłam w swoje przygnębienie. Teraz nie mogę. Ochotę mam, ale mieszkam z rodzicami i już kiedyś mama to widziała baaardzo się wtedy wkurzyła, więc nie chce jej teraz dokładać zmartwień. Kiedy był ze mną jeszcze mój chłopak było lepiej, miałam z kim porozmawiać, pojechać oderwać się. Teraz, gdy go nie ma, rozsypuje się już całkowicie. Gdy po 9 latach związku powiedział mi że mnie nie kocha, chodziłam jak w letargu nafaszerowana czymś uspokajającym, później potrafiłam godzinę siedzieć z żyletką w ręku i przyglądać się swoim żyłom, aż w końcu "uspokoiłam się" i teraz w środku czuję tylko jedno wypalenie. Mam wrażenie że nie mam w sobie żadnych uczuć, że jestem pusta. Ostatnio próbowałam płakać, żeby było mi choć trochę lżej i nie potrafiłam, choć bardzo bardzo chciałam. Tak jakby był we mnie jakiś kamień, który nie pozwalałby na wydostanie się moich prawdziwych emocji. Nie widzę dla siebie przyszłości, już od dzieciaka miałam problemy (słucham metalu, rocka), więc wiadomo wśród rówieśników uwielbiana nie byłam. Od nich nie odbiegałam byłam miłą, sympatyczną i pomocną koleżanką ale mój wygląd już mnie skreślał na starcie. Moje upodobania sprawiły, że nie miałam przyjaciół, a poznać ludzi podobnych do mnie nie miałam możliwości. W tak maleńkiej miejscowości, jak moja wszystko jest do siebie podobne, każdy o wszystkim wie, a ja byłam zawsze w pewnym sensie rozpoznawalna. Więc odrzucenie już od samego początku jest mi doskonale znane. Obecnie najnormalniej czuję się, gdy siedzę w pokoju, słucham muzyki, pogram na gitarce i to jest cały mój świat. Cały mój świat, w którym czuję się bezpieczna, ale totalnie zestresowana, samotna i odrzucona...
O wizycie u psychologa, psychiatry nie myślałam w mojej miejscowości nie ma żadnych tego typu specjalistów a na płatne wizyty mnie nie staż, u mnie w domu toczy się walka o przetrwanie do kolejnej wypłaty więc każdy wydatek jest baaardzo dokładnie zaplanowany i przemyślany. Jedyne co to mój lekarz rodzinny przepisywał mi pramolan, gdy już naprawdę przychodziłam błagając ją o pomoc. Działało, byłam po tym wesoła i w ogóle, szkoda że tabletkach, gdy je odstawiałam wracało wszystko ze zdwojoną siła, bo pamiętałam to jak czułam się, gdy je brałam. A tu odstawienie i dół ponowny.
O wizycie u psychologa, psychiatry nie myślałam w mojej miejscowości nie ma żadnych tego typu specjalistów a na płatne wizyty mnie nie staż, u mnie w domu toczy się walka o przetrwanie do kolejnej wypłaty więc każdy wydatek jest baaardzo dokładnie zaplanowany i przemyślany. Jedyne co to mój lekarz rodzinny przepisywał mi pramolan, gdy już naprawdę przychodziłam błagając ją o pomoc. Działało, byłam po tym wesoła i w ogóle, szkoda że tabletkach, gdy je odstawiałam wracało wszystko ze zdwojoną siła, bo pamiętałam to jak czułam się, gdy je brałam. A tu odstawienie i dół ponowny.
Trzymaj się, zawsze warto żyć dla rodziców, im napewno też nie jest łatwo. Dasz radę! "Dołek" minie, mama wyzdrowieje, a Ty może poszukaj innej pracy?
Nola. Mówisz, że jesteś twarda, zawsze sobie radziłaś, jako 16latka byłaś szczęśliwa, a potem piszesz o cięciu się. Wydaje mi się, że za dużo od siebie wymagasz... Chcesz być silna, ale każdy ma chwile słabości.
Dobrze, że masz chociaż pokój z gitarą ![]()
Mam nadzieję że Twojej mamie się poprawi i będziesz mogła zająć się własnym życiem. Czy masz jakąś możliwość dojazdu do większego miasta i zgłoszenia się do psychologa na NFZ? To chyba byłoby najlepsze wyjście. Jeśli nie, spróbuj może zadzwonić na telefon zaufania albo napisać w jakimś serwisie.
Wiem, że nie masz czasu już na nic, ale spróbuj wygospodarować chociaż godzinę na tydzień na jakąś aktywność fizyczną (ja polecam bieganie) - może wyrzucisz choć część swojej frustracji.
Operacja mojej mamy nie wydaje mi się końcem świata. Sama niedługo szykuję się na zabieg. Mam w sobie dużo siły, raczej miałam, po prostu od pewnego czasu się rozpadam. Kiedyś tak nie było. Mam wszelkie czarne myśli. Jestem pesymistką. Mam wiele pomysłów, ale już z góry zakładam że się nie uda, że to nie wypali. Pewnie przez to dużo tracę. Ale nie potrafię inaczej. Są dni, że mam dobry nastrój, ale wystarczy jeden dzień, nowy problem, stres i wystarcza żebym wpadła ponownie w przygnębienie. A ten dół się wtedy wlecze i wlecze. Nie umie sobie już poradzić ze swoimi emocjami, jestem kompletnie rozchwiana. Dopadają mnie wtedy myśli, może to śmieszne... często myślę, że coś mi się stanie i nie będę mogła pomagać rodzicom, prześladują mnie myśli że zostanę sama bo im się coś stanie. A tylko ich niestety mam. W kółko się o coś martwię, przeżywam. Nie wiem jak wrócić do swojego dawnego "ja". Naprawdę nie poznaję już siebie i swoich zachowań
Nola, ja Cię zapraszam do wątku: http://www.netkobiety.pl/viewtopic.php?pid=1229887#p1229887 ![]()
Hej, Nola, wyslalam do Ciebie maila, pomyslalam ze moze pogadamy gdyz wydaje mi sie ze mamy podobna sytuacje..Coz..czekam na odpowiedz:)
ja tez czuje się beznadziejnie...czuje się tak już od roku...od wypadku. od tamtej pory wszystko jest do bani...mój facet się załamał...z radosnego , towarzyskiego faceta zrobił się cichy, skryty...nie potrafi ze mną normalnie pogadać...czasami bywa tak że normalnie mówi o swoich uczuciach...potem za jakiś czas znowu wszystko skrywa...mówi że nie będzie mnie obciążał swoimi problemami...ja wtedy kłótnie robię że nie ma między nami partnerstwa...bo ja mu zawsze wszystko mówię co mnie trapi a on rzadko. Przez to nie mam ochoty na seks...w ogóle nie chce mi się z nie całować...wiecznie siedzimy w domu bo nigdy nie ma kasy...teraz bardzo miałam ochotę gdzieś wyjść a wyszło tak jak zawsze...raz na jakiś czas zdarza nam się iść do kina( byliśmy miesiąc temu ponad) i cieszę się że chociaż te 3 razy na rok możemy sobie wyjść...miesiąc temu mieliśmy urodziny...odstępy kilku dni...ileż to nie było planowania a wyszło jak zawsze
mój chłopak ma do spłacenia kredyt ...na szczęście zostało mu jeszcze 7 rat...nienawidzę tego kredytu...to była zła decyzja i przez nią jesteśmy jak biedaki. musiałam kupić sobie samochód bo nie mam jak do pracy dojeżdżać...cieszę się ale ...nie będę mieć kasy nawet na mikołaja...zresztą nie wiem jak zachować się w tej sytuacji bo wiem że on nic mi nie da...bo nie ma za co...ja już 2 razy dałam mu prezent a on nie dał bo nie miał i widziałam że było mu źle z tym...chciałabym mu dać coś skromnego nawet ale wiem jaka będzie jego reakcja. ostatnio w ramach podziękowań kupiłam mu lepszą czekoladę ...i zrobił mi przykrość bo jej nie chciał przyjąć
wiem że jest mu ciężko ale on jak zły ma humor jest okropny . taki oschły i nie chce ze mną gadać...wtedy ja wybucham złością...że jak ma problemy niech o nich mówi a nie skrywa,. wiem że to męski honor...że może źle robię tym że co trochu wciskam mu kasę , że robiłam te prezenty...ale ja chce dobrze dla niego a on zły jest na mnie...mam cały czas poczucie że muszę mu pomagać ...ale on non stop to odrzuca. może czuje się przeze mnie jak ciota ? jak nie facet ?
żyję jego problemami...nie mówię mu o tym ale przez jego problemy jestem kłębkiem nerwów...eh
Nola ja Cie podziwiam i wspolczuje bardzo
( ja jestem tak slaba ,ze chyba nawet tydzien bym tak nie pociagla ,ale rozumiem Twoja frustracje ......teraz rowniez przechodze problemy zdrowotne , musze walczyc ze swoimi fobiami,lekami,zupelnie sama ,nie mam faceta ani przyjaciol zeby sie wygadac ,po ostatnim zwiazku pozostalo mnostwo bolu i nie chce sie kompletnie z nikim spotykac ,w ogole nie wychodze z domu ,tylko do pracy,w ktorej szef konczy mnie psychicznie ......napewno mam nerwice i depresje i brakuje mi pieniedzy na leczenie
(( i naprawde nie wiem czy warto dalej sie tak meczyc......jasne mozna to przezwyciezyc ,ale ja nigdy nie bylam optymistka ,brakuje mi juz sil nawet na placz:(
Hejka dziewczyny
.
Hmmm no problemy ze zdrowiem nie są fajne zwłaszcza że ktoś musi myśleć o zarobkach. Sam mam z tym problemy wiecie
. U mnie to jest tak że w pracy można by powiedzieć ze jest okej choc nie jest. W życiu spotkałem wiele zawodów miłosnych a po ostatnim nie miałem chęci do życia. Jednak
ta chęć wróciła. Może najpierw coś do Moniii, fobie, leki i stres siedzą w naszych głowach. Ja mam czasem takie dni że mam ochotę
się zabić, jednak wiem z doświadczenia że wtedy warto porobić coś do czego nie musisz się przymuszać
a co w jakimś tam stopniu daje szczęście.
Wczoraj miałem totalnego doła, gdy wyczułem że po robieniu tych rzeczy bezwładnie depresja ze mnie zeszła wtedy zadałem sobie pytanie czy faktycznie mój problem jest tak olbrzymi żeby się zabijać czy robić sobie coś złego. Pomyślałem sobie że mam 2 ręce 2 nogi i mogę robić co tylko pragnę. Więc jakim prawem mam myśleć o samobójstwie. Przecież mogę zmienić swoją sytuacje
.
I w ten sposób
znów wróciłem na odpowiednie tory
. Moje drogie koleżanki
gdy przychodzi latem ciemna chmura z której pada nawet grad. Czy to fajne anomalia pogodowe
? Mi się one osobiście nie podobają
. Ale co jest po tej burzy? Po tej burzy wychodzi słoneczko
przepiękne słoneczko. Nerwy i stres są stanem przejściowym
dajcie im szanse pobyć i nie walczcie. A one przejdą jak ta chmurka z ulewą i grzmotami
.
Ja nauczyłem się wygrywać z stresem i niechęcią do życia. Podam 2 metody na stres
pierwsza to jest taka że idę się przejść samemu
dotleniam się wtedy ( nie mylić z paleniem papierosów
) a po takim spacerku czuje się lżejszy
. Czyli ogólnie spacerek...
2 metoda
jeśli nie macie koło siebie kogoś komu możecie sie wyżalić, weźcie do ręki kartkę papieru i wylejcie to na kartkę papieru. Poczujecie się wtedy lżejsiiii
.
I jeszcze jeden sposób
w sklepie są takie różne aromaty zapachowe do kąpieli
. Kupcie sobie taki zapachowy aromatek
wlejcie do wanny i zacznijcie rozkosz dla swojego ciałka leżąc bezwładnie i myśląc o przyjemnościach.
Ja tak wczoraj robiłem iiii efekt był taki że ni z tąd pojawiło się rozwiązanie mojego problemu
.
Tomy07 pewnie masz racje ,ze nie warto sobie robic nic zlego bo tak jak piszesz mamy dwie rece,dwie nogi,jestesmy w miare zdrowi bo to co czasem dolega to mozna jakos podleczyc.......chodzi tylko o to ,ze czasem wszystko sie kumuluje i ja juz nie mam sily......nie pamietam juz kiedy bylo tak naprawde dobrze i bylam szczesliwa ........wiem ,ze nic nie osiagne siedzac i narzekajac ,dlatego tez staram sie przymuszac i walczyc u siebie z pewnymi rzeczami........podjelam pewne decyzje i mam nadzieje ,ze bede je konsekwentnie realizowac chociaz wymagaja sporego sampozaparcia i wyrzekania sie pewnych rzeczy,ale wiem ,ze jak to zrobie to bede z siebie dumna i zadowolona........a potem mam nadzieje,ze jak uporam sie z jednym to z innymi rzeczami juz pojdzie gladko,mam taka nadzieje,doluje mnie tylko fakt,ze mam tak pod gorke,ale czytajac to forum ,wiem ,ze inni maja znacznie gorzej i podziwiam ich za to i mam nadzieje ,ze poniekad ich historie zaispiruja mnie do tego aby pozmieniac co nie co w moim popapranym zyciu:)
Moniiii
ja nie mówię że się ktoś użala nad sobą
. Tak jak napisałem
pozwolić pobyć tej myśli aż przejdzie jak ta burza
. Hmmm mi się kumulowało 2 dni
i dopiero wczoraj odzyskałem
spokój ducha
a to za pomocom kilku metod na walkę ze stresem i problemami
.
A co do konsekwentnych działań
to sam działam i walczę z jedną słabością
wiesz jaką?
leństwem i totalnym zmęczeniem fizycznym po pracy etatowej. Bo mam przed oczami kilka projektów i chce je realizować.
Bardzo podoba mi się Twoje podejście
pomimo problemów działasz trzymam za Ciebie Moniii kciuki
bo wiem ze Ci sie uda. Napewno.... Ja w Ciebie wierzę ![]()
heheheh taaaa dzialamm,dopiero podjelam decyzje o dzialaniu,i zrobilam w tym kierunku moze dwa male kroczki.........a przede mna chyba jeszcze z 200 kroczkow;P........ale w sumie nic mnie teraz nie rozprasza,zadni faceci ,randki itp itd,wiec moge sie w spokoju skupic na sobie i na tym co chce osiagnac:))a wiem ,ze warto i to prawda ,ze chciec to moc,ale trzeba naprawde bardzo chciec a nie tylko na polgwizdka:)) faktycznie pomysl ,ze spacerem jest swietny ,takie dotlenienie po calym dniu pracy gdzie ma sie za szefa totalnego sk........,ktory regularnie stosuje mobing:(( czasem nawet nie mam sily na spacer,ale wiesz co .....mnie juz jest wszystko jedno ,moga mnie nawet zwolnic bo ta prac mnie wykancza i niszczy jako czlowieka,jestem juz klebkiem nerwow i nie umiem sobie juz z tym radzic ,wiec zobaczymy jak to z tym wszystkim u mnie bedzie......ale milo mi przeczytac ,ze ktos we mnie wierzy i mnie wspiera,nawet oby ludzie:)) dzieki za to
Wiesz Moni
od małych kroczków się zaczyna choć by nie wiem jak wielki to był cel
. Ja też zrobiłem kiedyś jeden mały kroczek
co mnie teraz determinuje żeby wstawać o nawet 5:00 i pracować dla siebie
. Hmmmm co do pracy to ja mam dla Ciebie pewien pomysł ale to prywatnie
coś Ci mogę doradzić.
a co do pracy to też mnie irytuje.
Ale i robie coś jeszczeeee .
Zaraz Ci wyślę jakieś namiary na siebie
w PW ![]()
heheh brzmi conajmniej intrygujaco ![]()
witam w klubie ehss:)
agnieszka z Radomia klikam.
MIło was poznać
Hi Aga
)) a co Cie tu sprowadza ?? jak sadze pewnie nic milego ?
Hej no dokładnie nerwica lękowa,na wątku agorafobia więcej na ten temat napisałam a tobie co dolega konkretnie?
ciężko....
Witam Kochani,
kto czytał moje wcześniejsze wątki już na pewno po części zna moją historię. Dla tych, co czytają po raz pierwszy przypomnę. Mam 26 lat, w 2011r. skończyłam studia zootechnikę. Pracowałam do tej pory dwa miesiące w jednej pracy, później byłam na rocznym stażu, który jak myślałam przyniesie mi późniejsze zatrudnienie. Niestety tak się nie stało. Bez pracy jestem miesiąc.
Niecały rok temu zakończył się mój 9-letni związek z facetem, który przyznał się do braku uczucia z jego strony po tymże właśnie czasie. Smutne, ale prawdziwe.
Ciężko mi się pisze, może zacznę od końca, od tego jak jest teraz. Mieszkam w małej mieścinie 20 tys. mieszkańców w centralnej Polsce, w bloku na osiedlu, gdzie wszyscy się znają. Mama jest po poważnej operacji, i bynajmniej przez miesiąc wymaga stałej opieki. Chciałabym już szukać pracy, ale beze mnie dom stoi na głowie. Mama całe dnie w łóżku, tata w pracy a w domu tylko ja. Sprzątanie, zakupy, gotowanie wszystko na mojej głowie. Nie radzę sobie ogólnie ze sobą. Już od lat. Chciałabym szukać pracy, ale miałam już wiele porażek jeśli chodzi o te kwestię, boje się kolejnych porażek. To samo w związkach. Kolejna porażka. Wszystkich mężczyzn jakich miałam okazję znać dłużej lub krócej dążyli tylko do jednego. Nie miałam okazji być nigdy w związku normalnym, gdzie ludzie się kochają, szanują, wyjdą gdzieś razem, polegają na sobie, z siebie zawsze starałam się dać wiele, byłam dobrą dziewczyną, a zawsze czułam się po części wykorzystana. Zdarzyło się nawet raz, że chłopak mnie pobił... do mężczyzn jestem więc zrażona, myśl o kolejnym związku napawa mnie przeświadczeniem, że znowu albo będzie chciał zaraz iść do łóżka, albo będzie się na mnie wyżywał, nie mam miłych doświadczeń.
Wczoraj próbowałam podjąć rozmowę z mamą. Podjęłam i skończyło się awanturą. Pomyślałam sobie, że może psycholog by mi pomógł. Nie mam na niego ani pieniędzy, ani czasu, ale przeszła mi taka myśl przez głowę, chciałam wiedzieć, jak mama na to zareaguje. Więc zaczęłam temat, że z racji tego jak jest, jak było myślałam, żeby może się skontaktować z jakimś psychologiem. Na co ona, że przecież nie jestem pojeb***, że ona mnie zdrową urodziła, że jakie ja to mam problemy, że sobie coś ubzdurałam, że to wstyd, co inni powiedzą jak do nich dotrze, że ja i psycholog itp. itd. Po czym potoczyło się dalej. Że jestem nieudacznikiem, popaprańcem, że jako jedyna się z bloków nie wyprowadziłam, że nikogo tu już nie ma, tylko ja siedzę, że w tym wieku to ja powinnam pomagać finansowo rodzicom.
Kiedyś byłam zupełnie inna. Zmieniło mnie to, co było. Mając 16 lat czułam, że wreszcie się życie zmieni, że pójdę na studia poznam tam kogoś interesującego, chłopaka, znajomych, znajdę pracę. Nigdy bym nie przypuszczała, że po studiach wrócę do tej dziury i że będę taka samotna. Przyjaciół, ani znajomych nie mam tymczasem żadnych. Wszystkie kontakty urwały się, gdy stąd poszłam po liceum. Jestem tu zupełnie sama i pogubiona, że już myślę że bardziej nie można. Nie widzę czasem sensu dalszego życia, skoro boję się prawie wszystkiego od szukania pracy przez związki, po relacje z ludźmi, to jaki sens się dalej i innych męczyć. Gdyby nie było mnie to i pewnie rodzicom byłoby lżej. Jestem dobra i miła dla ludzi i są dni, kiedy żałuję bardzo, że nie urodziłam się chamska i wyrafinowana, bez skrupułów. Tacy ludzie mają lżej, na byciu dobrym się daleko nie zachodzi. Nie wiem już jak zmienić swoje życie, jak sprawić, abym przestała się bać, żeby wreszcie stanąć na nogi i zacząć żyć, bo obecnie nie wiem jak to się robi. Czuję się zapomniana, niepotrzebna nikomu, beznadziejna i nie potrafię się wyrwać z tego stanu.
Czas mija a ja widzę, że mam jakieś pasmo porażek. Już się w tym upewniłam...mieszkam w tej swojej dziurze. Nie mam już żadnych oszczędności i nie mam pracy. Musiałam się przeprowadzić do rodziców, którzy też mają niewesoło. Tylko tata pracuje. Szukam i szukam i nic. Wysyłam cv przez internet, odwiedzam potencjalnych pracodawców, rozsyłam poczta. Nic, zero odzewu. To jest porażka, nie szukam przecież Bóg wie czego, nie chcę być prezesem banku. Gdybym była w dużym mieście, chociaż coś dorywczo bym złapała. A tu? dwie ulice na poprzek, dwa kościoły, jeden supermarket i zero perspektyw. Na żadną przeprowadzkę, zmianę nie mam ani grosza, żadnych znajomych w dużym mieście, żeby gdzieś zaczepić. Życie jest kompletnie bez sensu. Bynajmniej moje. Brak faceta, rodziny, przyjaciół, no i pracy. Tak sobie myślę jaki sens tak żyć dalej skoro ma się te 26 lat i żadnej perspektywy ![]()
Co nieco już o mnie wiecie. Dziś stwierdziłam bo dogłębnej obserwacji, że moja mama to baaaardzo toksyczna osobowość. Pasują do niej wszystkie cechy. Kłóci się ze mną, z tatą, do ludzi natomiast zakłada fałszywą maskę uśmiechu. Ktoś kto jej nie "zna" pomyśli życzliwa i miła kobieta, a w domu? Nie da się z nią żyć. Czego bym na siebie nie założyła, jakbym nie wyglądała zawsze jest źle. Wypomina mi i wytyka wszystko co według jej jest ze mną nie tak. Przysłowiowo zawsze po drugiej stronie trawnik jest bardziej zielony. Tacie umila, że za mało zarabia, że nie wybudował mieszkania, że gniecie się w dwóch klitkach w bloku. Truła mu że samochód ma byle jaki, kupił lepszy teraz i tak narzeka, że inni mają nie takie, jeszcze lepsze. Doprowadza wszystkich do szału. Przekręca to co mówimy, tak, aby zawsze wyjść na pokrzywdzoną, że na nią krzyczą, że jej wypominają. Ma w sobie coś takiego, że każdy robi tak jak chce ona, bo jeżeli się nie zrobi, to jest znowu pół dnia awantury. Np. ostatnio chciała żebym z nią pojechała bo tylko ja mam prawo jazdy, miałam na ten dzień już swoje plany, to powiedziała mi, że jestem okropna, że ona mnie nie potrzebuje i że sama się sobą zajmie. Mimo, że może na mnie zawsze polegać i nigdy jej nie zawiodłam. Opiekowałam się nią po operacji, domem do tej pory zajmuje się ja. Nie pomagają moje prośby, rozmowy żeby się nie kłócili. Gdy proszę, albo wręcz się drę żeby przestali, to zaraz jest z jej strony nagonka na mnie, że tatusia bronie itp. Serio, nie mam na to już siły. A podobna sytuacja trwa już min. 10 lat. Tydzień wygląda tak, że w week mama wszczyna awantury później się nie odzywa z 3 dni, coś tam pogadają i od nowa. Nie wiem, jak wyjść z tej sytuacji, nie mam pieniędzy na przeprowadzkę więc w tym tkwię. Nie wiem już mi czasem chodzą po głowie myśli, żeby namówić tatę na rozwód. Bo on sięz tym strasznie męczy. Leczy się na nerwicę. Ona go do tego doprowadziła, bo choć ja mam 26 lat, to sama mam objawy nerwicowe, skłonności do okaleczania się, co zaczęło się właśnie, gdy w domu zaczęło się tak dziać. Gdy byłam młodsza mama miała też faceta, twierdziła, że przyjaciel, do dziś potajemnie ma z nim kontakt. On wtedy chciał żeby ona się od nas wyprowadziła. Podejrzewam że po częsci i on ją namawia na takie zachowania a jej charakter to już swoją drogą. Strach jest w domu wszystko robić, w kółko patrzy kto ile zjadł, co robi, czy ogląda tv, gdzie idzie, po co, z kim się spotyka. Ciągle jest się pod obstrzałem jej spojrzeń i słów. Co z tym wszystkim robić, żeby mnie nie obczerniała, żeby tata miał trochę spokoju. Uwierzcie mi w domu mam z nią piekło.
O Boże, dziewczyno choćbyś nie wiem co robiła zawsze będzie źle. Dam ci radę, jeśli twoja matka czuje się lepiej, porozmawiaj z ojcem.
Może on zechce ci pomóc. Przecież teraz ciebie utrzymuje, może te pieniądze mógłby dać ci na miesiąc, dwa, trzy zanim nie znajdziesz sobie pracy. Składaj ogłoszenia o pracę w innym mieście, zorientuj się w tym mieście, czy tych miastach ile kosztuje wynajęcie, choćby pokoju. Masz internet, wszystko zrobisz przez internet, nie wyjeżdżając. Wchodzisz na tablica.pl, wybierasz miasto, tam masz ogłoszenia o pracy, o wynajmowaniu mieszkań, pokoi czy stancji. Matka cię zniszczy, wiem coś o tym, jeśli sama nie uwolnisz się od niej. Jeśli matka dalej będzie tak postępowała, to zaproponowałabym ojcu wyjazd razem, choćby tylko na jakiś czas, dla utarcia jej rogów. Oczywiście, trzeba jej zaproponować, niech sama poszuka sobie pracy, i płacić jej jakieś alimenty. To brzmi drastycznie, ale tej twojej matce przewróciło się w d..e. Ma wszystko, wszystko od innych, sama nie wnosi nic tylko narzeka i żąda, ale najgorsze, że was niszczy. Twoja matka się po prostu egzystencjonalnie nudzi, też cierpi, ale tylko z powodu swojego egoizmu. Musicie jej wylać kubeł zimnej wody na głowę.
To nie takie proste. Ona jest na rencie, tata ma tu stałą pracę i pewną więc na sto procent nigdzie ze mną nie pójdzie. A myślisz, że co ja robię?:> szukam pracy gdzie się da, nie w mojej miejscowości. Tylko jakoś nie mogę znaleźć a łapię się już wszelkich metod. On mi też pieniędzy nie da, więc jeżeli mam się wyprowadzić, chcę czy nie muszę znaleźć pracę taką żebym się od razu utrzymała sama. W domu wszystkie pieniądze jakie tata zarobi i część moich trzyma mama. Tata nie zarabia wiele. Póki nie znajdę nic gdzieś dalej zostaje mi tylko tkwić z nimi. Bo ja tu już nie widzę rozwiązania. Myślałam milion razy o przeprowadzce. Jedyna rzecz jakiej mi brak do tego to tylko dobrej pracy. Ja nie mam żadnych oszczędności.
Ogólnie rzecz ujmując tata nie jest po stronie mamy i swoje wie i myśli, ale po prostu się jej boi, jej zachowań, nieobliczalności i nie postawił się jej jeszcze nigdy. Jak już się pokłócą, siedzi, myśli, rozważa ale ani słowa nie powie. Później jest znowu awantura. Nie pamiętam sytuacji, w której on by coś zrobił po swojemu. Pewnie mimo wszystko ją kocha. Codziennie powtarza mi że nie wie jak z nią żyć, ale nic nie robi w tym kierunku. Nie wiem może boi się życia samemu. Wiem, że jedyne co by mnie wybawiło to praca w pewnej odległości stąd. Ale to póki co nierealne. Bo mimo że szukam każdego dnia po mojej pracy, poświęcam czas na ogłoszenia, wysyłam cv, parę razy już jeździłam rozwoziłam po oddalonych ode mnie miastach- nic jest cisza. Byłam na paru rozmowach i mimo, że wypadałam bardzo dobrze nie miałam odzewu, a to że nie pozwolili stworzyć etatu, a to że mają innego kandydata. Nie mam szczęścia w tej kwestii... w osobistych sprawach z resztą też nie ![]()
Z tego co piszesz wyziera jakaś bezradność, która nie jest prawdziwa. Nie musisz jeździć i składać CV osobiście, możesz wysyłać e-maile. Znasz te stronę, o której ci pisałam? możesz ją tak ustawić, że będą na twoją skrzynkę przychodziły powiadomienia o pracy. Masz tam również możliwość zorientowania się, ile kosztuje wynajęcie jakiegoś lokum. A z ojcem trzeba porozmawiać, bo wyprowadzić możecie się choćby w swoim mieście i tylko na krótki czas, żeby matka zaczęła myśleć nie tylko o sobie.Oczywiście najlepiej byłoby poddać się terapii, bo takie pisanie nie daje do końca tego czego ci potrzeba, czyli autorytetu.Na początek, żeby się załapać, nie musisz przecież podejmować pracy w swoim zawodzie a pracując możesz szukać innej. Trochę odwagi, samozaparcia, trochę charakteru i będzie dobrze.
Wszelkiej pracy szukam takiej żeby się tylko utrzymać. Najbliżej mam do Warszawy a tam życie drogie. Byle co nie wystarczy, żeby żyć. Żałuję na dziś dzień że skończyłam studia. Znaleźć pracę po studiach to porażka. A po studiach na niższe szczeble mnie nie chcą, nawet do sklepu:(
Wszelkiej pracy szukam takiej żeby się tylko utrzymać. Najbliżej mam do Warszawy a tam życie drogie. Byle co nie wystarczy, żeby żyć. Żałuję na dziś dzień że skończyłam studia. Znaleźć pracę po studiach to porażka. A po studiach na niższe szczeble mnie nie chcą, nawet do sklepu:(
A po co w sklepie mówisz, że masz wykształcenie wyzsze , tam wystarczy pokazać maturę. Miej dwa CV jedno z dyplomem, drugie z maturą.
Raz tak zrobiłam i uwierz mi ciężko było wybrnąć z wytłumaczenia się co robiłam przez ostatnie 7 lat, że mam taką przerwę. A co robiłam wiadomo studiowałam.
Raz tak zrobiłam i uwierz mi ciężko było wybrnąć z wytłumaczenia się co robiłam przez ostatnie 7 lat, że mam taką przerwę. A co robiłam wiadomo studiowałam.
No wybacz, ale wystarczy powiedzieć, że opiekowałaś się chorą matką i gdzieś tam dorywczo pracowałaś, a to przy dzieciach, a to przy myciu okien itp.
Co nieco już o mnie wiecie. Dziś stwierdziłam bo dogłębnej obserwacji, że moja mama to baaaardzo toksyczna osobowość. Pasują do niej wszystkie cechy. Kłóci się ze mną, z tatą, do ludzi natomiast zakłada fałszywą maskę uśmiechu. Ktoś kto jej nie "zna" pomyśli życzliwa i miła kobieta, a w domu? Nie da się z nią żyć. Czego bym na siebie nie założyła, jakbym nie wyglądała zawsze jest źle. Wypomina mi i wytyka wszystko co według jej jest ze mną nie tak. Przysłowiowo zawsze po drugiej stronie trawnik jest bardziej zielony. Tacie umila, że za mało zarabia, że nie wybudował mieszkania, że gniecie się w dwóch klitkach w bloku. Truła mu że samochód ma byle jaki, kupił lepszy teraz i tak narzeka, że inni mają nie takie, jeszcze lepsze. Doprowadza wszystkich do szału. Przekręca to co mówimy, tak, aby zawsze wyjść na pokrzywdzoną, że na nią krzyczą, że jej wypominają. Ma w sobie coś takiego, że każdy robi tak jak chce ona, bo jeżeli się nie zrobi, to jest znowu pół dnia awantury. Np. ostatnio chciała żebym z nią pojechała bo tylko ja mam prawo jazdy, miałam na ten dzień już swoje plany, to powiedziała mi, że jestem okropna, że ona mnie nie potrzebuje i że sama się sobą zajmie. Mimo, że może na mnie zawsze polegać i nigdy jej nie zawiodłam. Opiekowałam się nią po operacji, domem do tej pory zajmuje się ja. Nie pomagają moje prośby, rozmowy żeby się nie kłócili. Gdy proszę, albo wręcz się drę żeby przestali, to zaraz jest z jej strony nagonka na mnie, że tatusia bronie itp. Serio, nie mam na to już siły. A podobna sytuacja trwa już min. 10 lat. Tydzień wygląda tak, że w week mama wszczyna awantury później się nie odzywa z 3 dni, coś tam pogadają i od nowa. Nie wiem, jak wyjść z tej sytuacji, nie mam pieniędzy na przeprowadzkę więc w tym tkwię. Nie wiem już mi czasem chodzą po głowie myśli, żeby namówić tatę na rozwód. Bo on sięz tym strasznie męczy. Leczy się na nerwicę. Ona go do tego doprowadziła, bo choć ja mam 26 lat, to sama mam objawy nerwicowe, skłonności do okaleczania się, co zaczęło się właśnie, gdy w domu zaczęło się tak dziać. Gdy byłam młodsza mama miała też faceta, twierdziła, że przyjaciel, do dziś potajemnie ma z nim kontakt. On wtedy chciał żeby ona się od nas wyprowadziła. Podejrzewam że po częsci i on ją namawia na takie zachowania a jej charakter to już swoją drogą. Strach jest w domu wszystko robić, w kółko patrzy kto ile zjadł, co robi, czy ogląda tv, gdzie idzie, po co, z kim się spotyka. Ciągle jest się pod obstrzałem jej spojrzeń i słów. Co z tym wszystkim robić, żeby mnie nie obczerniała, żeby tata miał trochę spokoju. Uwierzcie mi w domu mam z nią piekło.
To tak jak z moim ojczymem....ale gdy byłam młodsza często dostawałam lanie, z resztą...nie tylko ja... Teraz właśnie tak wszystkiego się czepia, ja jestem najgorsza z najgorszych (ubiera to w straszne słowa i wulgaryzmy) jest najmądrzejszy...Doprowadza mnie do szału. Non stop się z nim kłócę i ta wymiana słów jest baaaardzo gwałtowna... Gdybym mogła już uwolnić się od niego to byłabym zachwycona... Staram się być dla niego miła, ale z drugiej strony go nie nawidzę!;/