Jest Ona, ta druga i ja...
Ona i ta druga = dwie wielkie przyjaciółki
Ona i ja = bliskie koleżanki
Ta druga i ja = znajome
Ona i ta druga kłócą się, zrywają kontakt, wówczas Ona i ja = dwie wielkie przyjaciółki
Ja się przywiązuję, Ona zaczyna rozmawiać z tą drugą, wówczas ja jestem na uboczu.
Ona i ta druga znów się kłocą, wówczas ja i ta druga = bliskie koleżanki
Ona zaczyna rozmawiać z tą drugą, wówczas ja jestem na uboczu.
Ona i ja kłocimy się, nie rozmawiamy ze sobą dwa lata, wówczas Ona i ta druga najlepsze przyjaciółki.
Ona i ja zaczynamy rozmawiać, jednak wciąż jestem na uboczu.
Zawsze byłam na uboczu. Ona była dla mnie całym światem, najlepszą przyjaciółką, najlepszą koleżanką, najlepszym wsparciem, ja dla niej - właściwie czym? Zabawką, do której może się przytulić, gdy pokłóci się z Tą drugą?
Zawsze była rywalizacja między mną a Tą Drugą. Robiłyśmy wszystko, żeby zaimponować Jej. Zawsze byłam zazdrosna, że Ta Druga spędza z Nią czas, że z Nią rozmawia, że się z Nią śmieje...
Zawsze będę zazdrosna...
Ta druga wyjeżdża do miasta oddalonego o 2 godziny.
Ona wyjeżdża do miasta oddalonego o 12 godzin.
Ja zostaję.
Ona utrzymuje kontakt ze mną i z tą drugą - do czasu.
Po pięciu latach Ona wraca. Spotykamy się. Wszystko jest ok. Wyjaśniamy kilka spraw.
Ona i ta druga - dwie wielkie przyjaciółki, jakby ten wyjazd nigdy się nie wydarzył, ja wciąż jestem, ale na uboczu. Niby mnie widzą, niby rozmawiają...
Ona i ja rozmawiamy.
Ona zrywa kontakt...
na ile tym razem? Dwa lata? Pięć? Całe życie?
Dlaczego? Bo traktowałam ją jak przyjaciółkę? Bo byłam na każde skinienie jej palca? Bo byłam przy niej gdy tego potrzebowała? A gdy ja chcę odzyskać przyjaciółkę, ona zrywa kontakt?
Nie mam siły się starać...
czy mam się poddać?