Hmm...
Wczoraj wieczorem doświadczyłam czegoś okropnego.
3 miesiące temu razem zamieszkaliśmy, wiadomo że wtedy trzeba się docierać, wiadomo że zawsze są drobne sprzeczki ale szybko je rozwiązywaliśmy. Każdy ma inny charakter, każdy wychowywał się w innym domu, w innych tradycjach i z innymi przyzwyczajeniami. To mój facet sam podjął decyzję o przeprowadzce, nie musiałam go do tego nakłaniać.
W ostatnim czasie nie kłóciliśmy się z partnerem. Nawet w jego nowej pracy koledzy wiedzieli jaka to jestem wspaniała, że mnie kocha, że robię wspaniałe obiadki i w ogóle jestem cała naj. Wspólnym najbliższym przyjaciołom i rodzinie mówił, że za niedługo chciałby mieć ze mną dziecko, że chciałby wtedy przeprowadzić się rodzinką do jego rodziców na wieś- kumpel wczoraj stwierdził, że słyszał to miesiąc temu na męskim piwku.
Kilka dni temu otrzymał bardzo dobrą ofertę pracy, cieszył się że w końcu będziemy mogli godnie żyć i że nawet uda się na auto i wakacje odkładać systematycznie.
Chyba byłam za dobra, jego pensja wystarczała na rachunki i drobny kredyt, ja szukałam pracy ale wiadomo jak z tą pracą jest- moi rodzice nam pomagali. Jeśli widziałam, że brakuje mu np. kosmetyków, czy chociażby grosza w portfelu na piwo z kumplem to dzieliłam się swoim kieszonkowym- skoro nie pracowałam mogłam zrobić chociaż to. Uważaliśmy, że mieszkając razem nie można spędzać każdej chwili razem, co by się we własnym sosie nie udusić, więc każde z nas oprócz wspólnych wyjść miało prawo do spędzania czasu w gronie kumpli (on) i kumpelek (ja).
Sielanka trwała do wczoraj. Wieczorem z paczką przyjaciół i moim bratem wyszliśmy do pubu. Widziałam, że jest nie w sosie więc zaproponowałam krótką rozmowę na zewnątrz. Chciałam zagadać, żeby wiedział ze pieniądze i problemy finansowe z którymi się borykaliśmy nie są ważne i że i tak niedługo będzie pracował w tej firmie, o której wspominałam na początku posta. A on na to: "(złapał się za serce i powiedział: wiem, że i twoi i moi rodzice mnie porządnie ochrzanią, ale ja od 2-3 miesięcy nic do ciebie nie czuję, to jest tylko w głowie a nie w sercu". Totalnie się tego nie spodziewałam. Uciekłam więc nad rzekę, znajdowała się niedaleko nas. Biegł pół drogi za mną, ale nagle się zatrzymał i poszedł do domu- naszego wspólnego mieszkania. Mój brat czekał na nas w pubie razem z paką przyjaciół, zadzwonił do mnie bo wyczuł że coś jest nie tak. Uryczany przybiegł tam do mnie i całą drogę trzymał mnie pod rękę, partnerowi napisał smsa- był tak zdenerwowany. Weszliśmy tam tylko po najpotrzebniejsze rzeczy- były partner spał i nawet się nie przebudził, jednak wróciłam się minutę później po klucze, co by następnym razem zabrać wszystko swoje (ciuchy) a on chwilę potem wybiegł z klatki, na szczęście w inną stronę. Potem dwa razy puszczał dzwonki licząc, że oddzwonię bo nie miał nic na koncie. Ale ja tego nie zrobiłam. Znajomi odprowadzili mnie i brata pod klatkę, a ja nocowałam u rodziców.
Przyznam się szczerze, że czekając aż brat przyjdzie do mnie nad rzekę spojrzałąm kilka razy w dół...
Wiecie co jest najgorsze? Pomimo tego, że cała jego rodzina mnie ubóstwiała to ja będę tą najgorszą. Nie wiem jak to się mogło stać- czasami się zastanawiam nad tym: mieszkał na wsi, chciał się przeprowadzić ze mną do mojego miasta- 70km dalej. Miał dwie prace w ciągu tego okresu, ale poczuł smak życia dostał lepszą pracę (naprawdę dobrą) i kopnął mnie w du.ę. Po prostu wykorzystywał mnie i moich rodziców, bo to oni nam pomagali.
Zanudziłam was trochę, ale tu mam nadzieję znaleźć racjonalną odpowiedź na to całe bagno.
Pozdrawiam ![]()
paulinaa1