witam.
mam 17 lat, a już od 13tego roku myślę o śmierci. próbowałam się dusić ale zawsze wygrywał strach w końcu byłam tylko dzieckiem... ale teraz już nie ma żadnego pieprzonego strachu ani żadnej chęci i miłości do życia, które każdy powinien cenić i je kochać, szanować. jak mam kochać życie skoro od pierwszej klasy podstawówki słyszę " do niczego się nie nadajesz , jesteś nikim... " . kiedyś były tylko krzyki, pamiętam za dzieciaka pierwsze zadanie domowe, nie umiałam, jak to dzieciak. pamiętam treść zadania słowo w słowo tak utkwiło mi to w pamięci.. nie umiałam czasów przeszły , przyszły , teraźniejszy.. błahostka ale dzieciak nie musi jeszcze umieć, zrobiłam źle i się zaczęło.. mama zaczęła się wydzierać, a jak płakałam to było jeszcze gorzej, bo książki będą mokre.. po tym wieczorze przez długi czas bałam się przynosić prace domowe do domu i mówiłam, że nic nie ma. panicznie się jej bałam.. i tak jest do dzisiaj. tylko parę lat temu doszło do bicia. za byle co.. kubek który stoi nie tu. pamiętam, że chyba w 4 klasie podstawówki stłukła mnie za to, że brakowało czystego zeszytu, który sama wzięła. pamiętam jak leżałam na podłodze i tak żałośnie płakałam a ta mnie tłukła, wyzywała.. gdyby był ojciec, tylko on był dla mnie dobrym rodzicem, ale co z tego skoro miałam go raz na parę miesięcy bo matka go wyrzucała, w końcu wyrzuciła go i umarł. zwyczajnie dostał zawału. miałam osiem lat. pamiętam, siedziałam przy oknie i czekałam aż do mnie przyjedzie i mnie zabierze. ale nie przyjeżdżał a ona w między czasie znalazła sobie jakiegoś fagasa tylko od bzykania. mnie już nie było. pamiętam jak sama sobie nie wynalazłam czegoś do jedzenia to mogłam nie jeść w ogóle. pamiętam jak tłukła mojego brata , potem mnie. od 1 gimnazjum ewoluowała. od wtedy byłam dla niej dzi*ką, szmatą, su*ą. kiedy miałam się spóźnić 5 minut do szkoły na religię wpadła do domu, najpierw krzyczała, potem rzucała o ściabę, tłukła gdzie popadnie. zaczęła mnie kopać w okolicach piszczeli a kiedy upadłam kopała dalej, rzucała we mnie torbą do szkoły, cholernie ciężką. pamiętam jak jej wtedy nienawidziłam. chciałam się zabić. w tym samym dniu poszła do szkoły zapytać czy byłam na religiach. kiedy dowiedziała się że nie opuszczam lekcji ani nic zaczęła gadać, że rano zrobiłam jej awanturę o to, że nie pójdę.. mówiła że wyśle mnie do psychologa bo jestem nienormalna. nie chciałam wracać do domu. szwendałam się po mieście, po ławkach. zadzwoniła żebym przyszła no to przyszłam.. i znowu " co ty mi za sceny w szkole odpie*** , ty suko itd. " a kiedy się odezwałam było " zamknij mordę ". teraz idę do drugiej liceum i tylko czekam aż miną te dwa lata i się wyniosę. gdyby nie mój chłopak po prostu bym się zabiła. teraz już nie ma żadnego strachu czy czegoś... jeżeli go stracę a będę musiała się z nią użerać to po prostu umrę. już dawno doszłam do wniosku że lepiej by było gdyby umarła... matce też mówiłam że się powieszę to zapytała czy mi pomóc.
mam dość, nikt o tym nie wie... jestem z tym sama. znajomych już nie mam. wstydziłam się kiedy ktoś czekał na mnie pod drzwiami a ona mnie wyzywała i się darła. wstydziłam się kiedy znajomy podniósł rękę a ja się zasłoniła swoją.. śmieli się wtedy " a co matka cie bije ? hahaha.. " . chłopak nic nie wie. nie chcę żeby wiedział... boję się , już raz dzień po świętach Bożego Narodzenia dusiła mnie poduszką.. co ja mam z tym zrobić?
P.S. przepraszam że takie długie, musiałam to wyrzucić z siebie..