Witajcie, dodaje tu wątek, który zapewne przewijał się już przez to forum nie raz, ale mimo to bardzo Was proszę o jakąś radę, ponieważ każda historia jest inna dlatego będę wdzięczna jeśli ktoś poświęci chwilę czasu na moje perypetie. Nie wiem jak w skrócie opisać swój problem tak abyście zrozumiały na czym on polega, postaram się jakoś w skrócie i logicznie wszystko opisiać. Ewentualnie proszę o jakieś dodatkowe pytania. Ale do rzeczy...
Pochodzę z typowiej polskiej rodziny, to mama nas wychowywała, tata zarabiał. Mama trzymała nas dość surowo, panowała taka zasada, że to co mówi dziecko jest mało ważne, to co powie ktoś jest święte, i tak nigdy ani ja ani brat nie mieliśmy szansy na obronę gdy coś się stało, zawsze mama wysłuchiwała drugiej str a my dostawaliśmy kary, czasem słusznie, często też bez powodu. Nie pamiętam by kiedykolwiek przyszła jako "mama-przyjaciółka" i zapytała o coś, zawsze była tylko mamą. Kiedy rozstałam się z pierwszą miłością bardzo cierpiałam, ona chyba udawała, że nie widzi, kiedyś gdy już zaryczałam się tak, że słychać mnie było w całym mieście przyszła i powiedziała, że to minie, że wie, że cierpie ale mam dopiero naście lat i "zajmij się teraz nauką" -ot cała historia, dodam, że w tajemnicy chodziłam do psychologa, który chciał się skontaktować z moimi rodzicami gdy okazało się, że powoli popadam w depresję, ale ze strachu przed nimi uciekłam z gabinetu i tyle mnie widział. Później poznałam obecnego chłopaka, jesteśmy już prawie 4 rok razem. Mieliśmy jednak pół roczną przerwę, gdy się rozstawaliśmy poraniliśmy sie wzajemnie. Kiedy znów postanowiliśmy być razem po 2, 3 mies mama nagle przypomniała sobie, że po naszym rozstaniu "ktoś zaufany" powiedział jej co mój chłopak o mnie opowiadał (domyślacie się, że komplementy to nie były). Mama oczywiście powiedziała, że już mu nie ufa, że u niej już ma pozamiatane itd w skrócie - przegiął i trudno mu będzie to naprawić. Zaryczana wysłuchiwałam wszystkiego co mówi, prosiłam by z nim pogadała, by to wyjaśniła, on sam tego chciał, zwłaszcza spotkania i konfrontacji z "kimś zaufanym" gdyż nie przypominał sobie zarzucanych mu rzeczy ale rozeszło się po kościach. Minął rok od tamtego czasu. Ja jestem cała w skowronkach, jestem zakochana jak 13-latka, ciągle mało mi tych spotkań, kocham go szaleńczo, nie potrafię sobie wyobrazić przyszłości bez niego. Nie ważne jest jak będę żyć, kim będę, ważne, że z nim, pragnę tego. Mama wydawało mi się, że przekonała się, zapraszała go na obiadki, dopytywała co u niego, matrwiła się, radziła mu w problemach, żartowała, zagadywała, machała gdy widziała go gdzieś dalej na mieście wszystko fajnie do dziś...
Tu pomieszają się 2 kwestie, pieniądze i chłopak. Zaczęło się od pieniędzy. Koło wiosny pożyczyłam rodzicom znaczną sumę, tzn dałam im ją i nie chciałam zwrotu (utrzymują mnie na studiach, są dla mnie wsparciem dlatego chciałam z całego serca im pomóc) po jakimś czasie tata powiedział, że oddadzą mi tę kwotę w wakację, od pazdziernika zmieniam mieszkanie na studiach, w domu z pieniędzmi nie jest źle ale gdy mam swoją gotówkę kupuję sobie ciuchy, kosmetyki itp aby nie obciążać dodatkowo rodziców. Na początku wakacji zapytałam czy aktualne jest to, iż zwrócą tę kwotę (w planach miałam iść do pracy ale wakacyjne praktyki pokrzyżowały mi te plany), odpowiedzieli, że tak i cisza. Zapytałam więc w niedziele raz jeszcze, powiedziałam, że chcę je mieć tylko po to by zabezpieczyć się do czerwca i chociaż w części samodzielnie utrzymywać się przez rok. Dziś sama nie wiem jak znów na ten temat zeszło, mama zarzuciła mi, że myślę tylko o pieniądzach, że tylko o to mi chodzi, że może już mi je dać, jak tak bardzo chcę itd. Powiedziałam jej po raz setny, że jeśli nie mają to temat może być skończony i wrócimy do pierwszej wersji, że ja je dałam i koniec kropka. Zabolało mnie to bo mi nigdy na tym nie zależało, był czas gdy za 150zl miesięcznie utrzymywałam się na studiach i zawsze coś odkładałam by w świątecznych miesiącach nie brać w ogóle pieniędzy, mało tego zawsze kupowałam małe prezenty, wracając do domu robiłam tu zakupy nie prosiłam o zwrot pieniędzy. Dla porównania mój starszy brat jest już ponad rok po studiach ani myśli iść do pracy, o pieniądze nie prosi bo należą mu się, mama daje mu nawet na myjnie gdy wybiera się do dziewczyny, kupuje buty, spodnie, perfumy wszytko z górnej półki bo on uznaje tylko takie rzeczy (ja już nie pamiętam kiedy kupiłam sobie w normalnym sklepie jakiś ciuch, zawsze zaopatruje się na bazarkach czy w ciuchu i nie jest mi z tym źle)... No ale jak widać ja jestem ta gorsza, gdy wspomniałam w ogóle o jego pracy to wykrzyczała mi, że to nie moja sprawa i że to jaka jestem to wina mojego chłopaka bo o wszytkim z nim rozmawiam, wynoszę z domu wszytko a później mówię to przez jego wpływ. Więc zaczął się i ten temat. Okazało się, że mama dalej mu nie odpuściła, gdy powiedziałam, że ona nie wie o czym z nim rozmawiam znów pojawił się "ktoś zaufany" -ona wie i już! Powiedziałam jej, że minął rok, że miała go obserwować i co? Odpowiedziała, że póki co nic nie widzi. Bo złych rzeczy nie ma a na te dobre ona nie zwraca uwagi, pytałam czy nie widzi, że jestem szczęśliwa, że jest dobrze itd. Zrozumiałam, że czeka tylko na jego potknięcie. Rzuciła jeszcze, że owa rozmowa jest bez sensu na co odparłam, że wydawało mi się, że córka z matką czasem na takie tematy powinny rozmawiać, wtedy posypało się jaka jestem okropna, jaką złą matkę z niej robię, bo przecież ona dzwoni jak jestem na studiach, rozmawia ze mną pyta - tak jakby nie wiedziała, że nie chodzi mi o rozmowy o pogodzie. Zapytalam jak teraz mam przyjść i powiedzieć o ewentualnym problemie skoro wiem, że ona tylko na to czeka, przekręciła to znów po swojemu. Podziękowała mi za taką opinię, powiedziała, że podniosłam jej ciśnienie, że ta rozmowa nie miała żadnego sensu i przestała się odzywać, później bez słowa wyszła do pracy. Ryczałam jak bóbr, to było rano a głowa nadal mi pęka...
Nie wiem jak mam jej wytłumaczyć o co mi chodzi. Tak jak już wspomniałam w naszej rodzinie nidgy nie mówiło się o uczuciach, nidgy nie czuło się takiego rodzinnego wsparcia, takiej sztamy. Mimo to napisałam jej list, wyjaśniłam kwestię pieniędzy i chłopaka ale nie wiem czy jej go dam. Towarzyszy mi ten odwieczny wstyd przed okazaniem uczuć. Wiem, że to bez sensu ale tak zostałam wychowana. Nie mam do niej pełnego zaufania, kiedyś koleżanka (w tym samym wieku) opowiadała mi jak po swoich zaręczynach siadła z mamą, piły wino i ta ze łzami w oczach mówiła jej "córeczko jak ja cie mam oddać" dawała jej rady, cieszyła się razem z nią. Ja marzę o zaręczynach ale boję się tego jakbym miała zakomunikować to w domu i zwlekam z nimi, podając chłopakowi coraz to głupsze powody.
Przepraszam za tak obszerny post, mam nadzieję, że chociaż parę osób pochyli się nad nim. Proszę okażcie mi troszkę empatii i poradzcie coś, strasznie źle się czuję w tej sytuacji...