Witam,
jestem bardzo ciekawy Waszej opinii na temat mojej historii, która właściwie jeszcze nie jest historią a rozgrywa się do dnia dzisiejszego. Spojrzenie ludzi z boku może mi pomóc a jednocześnie nie chcę angażować w to moich znajomych bo nie chcę im "ryć czaszki" moimi problemami nauczony doświadczeniem, że nie zawsze jest to dobre. Ale do rzeczy.
Związek zaczął się typowo. Poznaliśmy się w młodym wieku 17-18 lat. Miłość wybuchła jak wulkan i taka była przez kilka lat. Minęło ich 8, lecz od 6 roku coś jakby zaczęło grać nie tak jak powinno. Ona namawiała mnie do zmiany moich przyzwyczajeń życiowych (wiem, że dla mojego dobra) i narzekała, że nie wychodzimy nigdzie, nie wyjeżdżamy i ja chodzę spać w dzień i tym podobne. Mi na tym etapie też jakby nie do konca zależało. Tzn. chciałem z nią być i doceniałem to, że jesteśmy razem ale jednocześnie chyba zbyt łatwo uwierzyłem, że ona bedzie zawsze niezależnie od tego co zrobię i jaki będę. Ona mnie kochała na tym etapie a ja zacząłem myśleć, że może to nie jest jeszcze to, że może czeka mnie coś lepszego, innego. Było między nami dużo różnic. Ja zacząłęm angażować się coraz mniej. W pewnym momencie ona zdecydowała się, że zostawi mnie. Zareagowałem na to bez bardzo dużych emocji ponieważ myslałem, że zaraz się opamięta i zobaczy kogo straciła i bedzie chciała wrócić. Ona zakomunikowała mi po kilkunastu dniach, że chyba znalazła kogoś innego i że nie chce wracać do starego układu. Ja oczywiście wtedy poczułem uderzenie młotkiem z głowę i zacząłem doceniać to co mogę za chwilę stracić. Zacząłem się o nią znów bardzo starać. Ona jednak mówiła że potrzebuje czasu, że musi się zastanowić i że z tym koleżką jeszcze nic nie zaszło oprócz całowania.Poczułem, że chcę do niej wrócić. A może poczułem, że ktoś chce mi ją zabrać i, że może być szczęśliwa beze mnie z kimś innym. Po kilku tygodniach takiego układu (że ona mnie jeszcze cały czas kocha ale ja byłem taki a nie inny to ona się teraz musi dobrze zastanowić) pojechałem do niej rano do mieszkania żeby się pożegnać i zastałem tego koleżkę u niej w domu na śniadaniu. Odwróciłem sie na pięcie i chciałem wyjść a ona rzuciła mi się na szyję i powiedziała, że ona nie chce mieć nic wspólnego z tym kolesiem, kazała mu się wynosić i że będzie mnie przepraszała do konca życia ale nie chce z nim być. Wróciliśmy do siebie. Ja na początku miałem bardzo ciężko żeby móc jej zaufać, że ten koleś już nic dla niej nie znaczy. Ale udało się, po kilku miesiącach znów było cudownie. Byłem zadowolony, że o nią walczyłem i że udało mi się ją odzyskać. Żyliśmy znów razem....
Akt 2
Minęło kilkanaście miesięcy. Znów do naszego związku zaczął wkradać się smród w postaci małego zaangażowania z mojej strony. Był to już moment kiedy powinienem się z nią zaręczyć i wziąć ślub i pewnie wtedy nie nastąpił by 3 akt tej opowieści. Ale nastąpił. Wróciły stare dzieje i stare przyzwyczajenia. Pracowaliśmy już oboje więc nie mieliśmy dla siebie już tyle czasu i nasze spotkania konczyły się bardzo często tym, że ja zmeczony po pracy podczas wieczornego filmu zasypiałem. Ona miała żal, że nie wychodzimy, że się nie staram. Ja z kolei zacząłem się zastanawiać czy to jest na pewno to. No i nastąpił akt 2 czyli dzień w którym powiedziałem jej że nie chce mi się już starać. Było to nasze 2 rozstanie tym razem z mojej strony. Ale rozstanie to nie było modelowym przykładem rozstania. Mianowicie pozostawaliśmy w stałym kontakcie telefonicznym. Rozmawialiśmy jakby nigdy nic. Wiedzieliśmy cały czas co się dzieje u drugiej osoby i rozmawialiśmy o swoich problemach. Kilka razy się spotkaliśmy i przespaliśmy ze sobą. Ja nie szukałem innej partnerki bo jakby emocjonalnie dalej tkwiliśmy w tym związku. Z drugiej strony nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać o możliwość powrotu do siebie i żadne z nas tego nie proponowało. Ona wyprowadziła się do innego miasta i zaczęła studiować daleko. I tu rozpoczyna się wstęp do aktu 3. Pewnego dnia (minął już prawie rok od rozstania) ona zadzowniła do mnie i oznajmiła, że chciała by ograniczyć nasze kontakty ponieważ poznała kogoś i mimo że się to dopiero rodzi to chciała by iść dalej. Grupa znajomych wsród których się obraca naciskała na nią, żeby ją zeswatać z tym kolesiem. Ja wtedy postanowiłem się spotkać i spróbować z nią pogadać na ile jest to silne. Miałem cichą nadzieję, że wspólnie spędzone lata i nasze wspomnienia oraz to, że de facto pozostawaliśmy emocjonalnie związani pozwoli nam jeszcze raz spróbować. Skontaktowałem się z nią, spotkałem. Ona powiedziała, że ja ją rok temu zostawiłem, że ona bardzo cierpiała (z czego ja za bardzo nie zdawałem sobie sprawy bo mi o tym nie mówiła) i że ona już poszła krok dalej i de facto nie chce już tego dalej ciągnąć. Jednocześnie komunikując mi to podczas tego spotkania patrzyła na mnie mówiąc ile to ja mam pozytywnych cech, o których ona nie może zapomnieć i ile ja dla niej znaczę i oczywiście przytulała się i płakała mówiac, że jestem najważniejszy w jej życiu i zawsze będę i że nie przestała mnie kochać.
Akt 3
Sytuacja na dzień dzisiejszy wygląda w ten sposób, że ja starałem się ją przekonać, żeby do mnie wróciła. Prosiłem o jeszcze jedną szansę i ona mi furtki przed nosem nie zamknęła bo inaczej nie chciała by się ze mną spotykać i rozmawiać. Ja spróbowałem zerwać z nią kontakt na kilanaście dni to zaczęła pisać czy wszystko u mnie w porządku, że ona się martwi. Po tym czasie mogliśmy sie spotkać jeszcze kilkanaście razy. Oczywiście za każdym razem było przytulanie, miłe wspomnienia, całowanie a kilka dni temu nawet się przespaliśmy ze sobą. Spotykamy się na spacery i rozmawiamy. Nadchodzi taki moment, że zaczynamy wspominać, wtedy ona mnie łapie za rękę, zaczyna płakać i przytula się mocno. Jednocześnie wiem, że pozostaje w ciągłym (kilka razy dziennie) kontakcie telefonicznym z tym gościem (on mieszka 300 km stąd). Są jednak na etapie zaangażowania (tzn. ona twierdzi że z nim nie spała ale na 100% chodzenie za rekę, przytulanie, całowanie, rozmowy godzinami i tęskne smsy). Jednocześnie spotyka się ze mną i przytula się do mnie i pisze smsy, że tęskni i kocha też do mnie. Ja w tym momencie czuje się słabo bo jak mogę się czuć kiedy np. podczas spaceru dzwoni ten koleś i ona z nim 15 minut rozmawia flirtując. Następnie wieczór dobiega końca my się czule żegnamy a ona na dobranoc dzwoni jeszcze do niego. Kilka dni temu zakomunikowała mi, że on przyjeżdża do niej na weekend. Wiem to, że spędzą ze sobą czułe momenty i dlatego zdecydowałem się wyjechać z miasta na czas jego pobytu bo by mnie to zżarło psychicznie. Teraz zastanawiam się czy ja powinienem jeszcze dalej o nią walczyć czy już sobie darować bo ona teraz ma idealną sytuacje. Jest jakby z 2 na raz. Ze mną z tzw. sentymentu a z nim tworzy coś nowego. Prawdopodobnie chciała by sprawdzić czy jej z nim wyjdzie a potem jeżeli nie to mieć u mnie otwartą furtkę. Bo mnie zna wie czogo się spodziewać a dodatkowo koleś jest od niej kilka lat starszy i przerobił już w życiu kilkanaście kobiet. Rozum podpowiada mi, żeby się wycofać i dać jej żyć ale jednoczesnie nie mogę darować sobie wspólnych 8 lat i tylu pięknych chwil razem spędzonych. Nie mogę przejść obok tego obojętnie. Mam jednak świadomość, że rok temu spieprzyłem sprawę. Może lepiej bedzie dać jej żyć. Dzisiaj ja siedzę na wujeździe bo wiem że jutro przybędzie ten koleś i będzie u niej przez weekend. Mimo tego, że powiedziała że musi upłynąć wiele czasu zanim się prześpi z kimś innym nie mogę odepchnąć od siebie myśli że się to stanie w ten weekend a potem jak się spotkamy po weekendzie to ona powie, że nic się nie stało i zabawa zacznie się od początku. Ja bedę się starał i próbował żeby ona do mnie wróciła a ona będzie mi mówiła, że potrzebuje czasu bo została przeze mnie zraniona i będzie dalej rozwijała tamtem związek. Sytuacja mocno dramatyczna i nie wiem czy główny bohater ma jakiś sensowny wybór (czytaj Ja). Staranie się o kogoś w momencie gdy ta druga osoba już kogoś ma jest bardzo trudne. Jednocześnie jej dawanie mi nadziei jest też nie do konca w porządku ale może wynika tylko z przyzwyczajenia.... Nie wiem co o tym myśleć. Dziś 27 lat na karku a sytuacja skomplikowana jak w jakimś porządnym dramacie.