rozstanie - dlaczego to zawsze moja wina - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » rozstanie - dlaczego to zawsze moja wina

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 3 ]

1

Temat: rozstanie - dlaczego to zawsze moja wina

Witam wszystkich.
Postanowiłem podzielić się swoją dość świeżą historią, w nadziei, że może doda mi to trochę otuchy, a może pojawią się odpowiedzi, które pomogą mi zdecydować czy warto walczyć dalej.
Byłem ze swoją dziewczyną prawie dwa lata. Poznaliśmy się w akademiku, na początku byliśmy kumplami, "śmichy chichy" itp. Zawsze jednak czułem, że ta chcę z nią coś więcej. Oboje byliśmy ...jesteśmy bardzo nieśmiali toteż początki były szalenie zabawne, bo jedno i drugie "chciałoby a boi się". W końcu jednak doszło do pierwszego pocałunku, zaczęliśmy spędzać razem masę czasu, może niezbyt produktywnie, bo całe dnie w łóżku ciężko tak określić;). Choć zdarzały nam się "wpadki". Dziewczynie zdarzyło się pocałować z innym kolesiem na imprezie, powiedziała mi o tym, płakała i mówiła, że tylko mnie kocha. Byłem strasznie zdenerwowany, ale postanowiłem że wybaczę. Stwierdziłem, że nie jesteśmy po przysiędze małżeńskiej, nikt nikomu nie obiecywał wierności. Teraz z perspektywy czasu myślę, że nie byłą pewna swoich uczuć, może i moich (jest strasznie mało pewna siebie i swojej wartości). W ten dziwny sposób może chciała sprawdzić czy naprawdę mia na niej zależy. Wybaczyłem, zapomniałem kochałem jak nikogo na świecie. Po około miesiącu dziewczyna postanowiła wyjechać do Anglii do pracy na 3 miesiące. Ja pracowałem w Polsce więc zostałem. Obiecałem na nią poczekać, zapewnialiśmy się o wzajemnej miłości, to była pierwsza dziewczyna z którą połączyło mnie takie uczucie. W trakcie rozstania i mnie zdarzyła się wpadka, na sylwestrze pocałowałem się z koleżanką. Usprawiedliwiam się choć wiem, że na marne, tym że dziewczyna napisała mi sms-a z Anglii, że mam zielone światło na dziewczyny. Nie przyjmowałem tego do wiadomości, czułem, że może ona tam kogoś poznała czy coś, Pojęcia nie miałem. Zdarzyło mi się, po powrocie jej o tym powiedziałem, ale o tym później. Wróciła z Anglii, zrobiła mi niespodzianke bo czekała na mnie w pokoju (pijana ze strachu chyba;)), wszedłem i patrzyłem na nia z 10 minut, przez głośną muzykę mnie nie zauważyła. Patrzyłem i płakałem ze szcześcia, jednocześnie nie dowierzając, że można tak kogoś kochać. Nasz pierwszy błąd, że zamiast spędzić ze sobą jej pierwszą noc w polsce poszliśmy oddzielnie na imprezę. Miałem wrażenie, że coś się zmieniło, że może rzeczywiście miała tam kogoś czy coś. Akademik, imprezy, zaczęło się. Starałem jej nigdy nie zabraniać imprez spotykania się z koleżankami, ona też nigdy tego nie robiła. Natomiast miałem pretensje, że jak jesteśmy gdzieś razem, w jakimś klubie to ja tańczyłem gdzieś ona gdzieś, razem rzadko - bo twierdziła, że nie zostawi koleżanek samych, że będą miały pretensje, że tańczy tylko ze mną. Wiem, że to głupie, niestety zamiast zacząć się bawić z innymi, zacząłem jej robić wyrzuty, które zdaję sobie sprawę musiały ją denerwować, a wiem że gdybym potańczył z inną koleżanką byłoby to dużo lepszym roziwązaniem - same wiecie kobiety:P. Zdarzyło jej się też pocałować z innym kolesiem. Także wybaczyłem, byłą pod mocnym wpływem alko i innych rzeczy, tego samego dnia poweidzialem jej o mojej wpadce na sylwestrze. Stwierdziłem ona mi wybaczy, ja jej też. Mam wrażenie, że właśnie przez te w większości oddzielne imprezy zacząłem być coraz bardziej nerwowy, zacząłem jej robić wyrzuty, dopytywać, zazdrość przekroczyła pewną zdrową granicę chyba. Z drugiej strony wiem, że ona byłaby tak samo zazdrosna o mnie. Regularnie co tydzień kłociliśmy się, po czym w po weekendzie wracaliśmy do siebie. Miało to tą dobrą stronę, że w jakiś dziwny sposób cały czas byliśmy świeżym związkiem wink. Wiem z perspektywy czasu, że zbyt mało dawaliśmy sobie czasu na spotkania gdzieś w plenerze, akademik to niespecjalne miejsce na przejawianie aktywności innych niż imprezowanie;). Z drugiej strony wiedziałem, że przed nami całe życie, bo do głowy mi nie przyszło, że ktoś mi ją zastąpi. Mijały miesiące, pojawił się nasz pierwszy raz, a mój pierwszy raz w ogóle mimo 26 lat. Byłem wniebowzięty. Niestety miałem wrażenie, że  po każdym super szczęśliwym okresie musi przyjść parę dni kłótni i to o byle co, jakbyśmy musieli się zresetować, jakbyśmy nie umieli docenić szczęścia, albo oboje twierdzili gdzieś w środku, że na nie nie zasługujemy, że to drugie jest dla nas za dobre. Fakt jestem zakompleksiony, ona też, może nie wierzyliśmy, że może nas ktoś tak pokochać. Może właśnie te kłótnie, te "wpadki" były jakimś krzykiem    -"nie zasługuje na Ciebie, widzisz jaki/a ze mnie świnia, uciekaj póki możesz". Sam nie wiem. Wakacje też spędziliśmy w akademiku. Jasne, że głównie na imprezach, znowu zdarzyły się kłótnie, a to poznała kogoś w klubie dała mu numer telefonu - wiem, że miała uczciwe zamiary, ale mówiłem, jej że jest naiwna jeśli sądzi, że ten koleś nie chce jej po prostu wykorzystać. Źle robiłem, że darłem o to szaty, ponownie myślę, że zbytnio skupiłem się na niej, zamiast zająć się sobą, spotykać się z innymi - oczywiście na całkowicie neutralnym gruncie. Z drugiej strony myślałem, że ona się po prostu ze mną nudzi. No i tu ponownie po mojej stronie część winy. Jak byliśmy "na klubach" to zamiast iść z nią wolałem (raczej ze strachu, że zobaczę jak się z kimś bawi i się zdenerwuje) zostać z kolegami w innym. Ale co tam kłótnie, godzienie się ze sobą to fantastyczna rzecz wink. We wrześniu spędziłem z nią parę dni u niej w domu. Jak już pisałem jak doświadczam szczęścia to nie jestem w stanie go docenić. Teraz wiem, że to było kilka najszczęśliwszych dni w moim życiu. Boję się, że się nie powtórzą, a bardzo bym chciał. Kurde rozpisałem się. Kolejny rok. Dopingowałem ją żeby ukończyła licencjat, jednak po semestrze zmieniła plany. Postanowiła poprawić maturę i pójść na medycynę. Z mojego punktu widzenia, ok, jak to jest jej marzenie niech tak będzie. Wspierałem ją, choć jak zwykle mam do siebie pretensje, jak i do niej, że znowu z nauką wygrały imprezy. Znowu się kłocilismy, rzuciłem ją na jej urodziny bo przyszła do mnie w nocy i powiedziała, że znowu dała komuś numer telefonu.  Byłem zdenerwowany, palnąłem, że mam dość tego. Teraz wiem, że takie pierdoły powienienem z nią spokojnie obgadać, a tak wiem że czuła się że robi mi straszną krzywdę, a przecież szczerze mi powiedziała i zawsze mówiła o jej najmniejszych "wpadkach". Po dwóch dniach bym o tym zapomniał, a wiem, że moje krzyki na nią zostały jej w pamięci dużo dłużej. Mam wrażenie, że zaczęła przez to sobie wmawiać -całkowicie niesłusznie, że nie zasługuje na mnie, że robi mi krzywdę, że musi ode mnie uciec bo będzie mnie tak ranić cały czas. Teraz sobie mówię "Boże jaki ja byłem okrutny, jasne że czułem się źle jak umawiała się z kimś poznanym w klubie, ale zawsze była wobec mnie szczera i wiem, że nigdy by mnie świadomie nie skrzywdziła". Wróciliśmy do siebie, choć czułem że to już ostatni raz. Po maturze, która nie poszła jej najlepiej ponownie wyjechała do Anglii, ja zmieniłem pracę ale w nowej mi nie specjalnie idzie. I tutaj mój największy zarzut do siebie, że nie pojechałem z nią. Zostawiłem ją samą (choć poleciała tam do siostry i jej męża - przez to bałem się że będę tam jak piąte koło), zostawiłem mojego Misia samego, a i ja zostałem sam. Ile ja bym dał żeby cofnąć czas. Minęły dwa miesiące i poweidziała mi że zostanie tam jednak dłużej, do lutego (pierwotnie miała zostać do wrzesnia). Na wieść o tym wpadłem w szał. Błagałem żeby jednak tka nie robiła, że może ja do niej polece. Wybuchłem takim gniewem że do tej pory nie rozumiem. Z całego tego gniewu postanowiłem bez jej zgody sprawdzić na jej "fejsie" czy może kogoś tam poznała, słowem nie mówiła o żadnych kumplach. Stało się wszedłem, zobaczyłem wiadomości pisane z jedym kolesiem. Często się z nim spotykała choć zamiary wiem, że miała uczciwe, natomiast koleś ewidentnie chciał od niej coś więcej, całował ją, dotykał tak jak nie powinien. Byłem w szoku, bo nie mówiła, że się z kimś spotyka, a były to spotkania i rozmowy częstsze niż ze mną. Postanowiłem ją jeszcze raz spytać na skypie czy jest coś co powinienem wiedzieć? Ona na to że nic, nie mam się czym martwić. Nie mogłem uwierzyć, stwierdziłem że może mi się śniło to co czytałem. W końcu powiedziałem jej że wiem o nich. Opierdziliła mnie że wszedłem na jej prywatny teren i miała do tego prawo. Natomiast cała sytuacja skończyła się rozstaniem z jej strony. Ja nie chciałem z nią zerwać, Powiedziała mi prawdę. Płakała do monitora. Wiem, że po raz kolejny stwierdziła, że na mnie nie zasługuje i woli uciec niż mnie dalej ranić. Ja już sam nie wiem co robić. Błagam ją, żeby stamtąd wróciła, że nie ma sensu tak się poświęcać dla pieniędzy, że jej wybaczę i zaczniemy od nowa. Ona mi pisze, że mnie kocha i dlatego odejdzie - nie zniesie dalej tego, że będzie mnie ranić. Zgłupiałem, żałuje że tam z nią nie jestem, podjąłem złą decyzję, ale wierze, że jeśli będzie chciała to uda nam się jeszcze to wszystko naprawić. Może za bardzo chcę, wysyłam jej tysiące sms-ów że ją kocham, że chcę być z nią i z nikim innym. Zraniła mnie i to bardzo, swoją nieszczerością, i wiem że nie będzie nam łatwo, ale jak jest łatwo to jest zbyt nudno;). Wiem że popełniłem wiele błędów, karałem ją krzykiem i rzucaniem jej za najmniejsze jej błędy, zamiast spokojnie porozmawiać, chyba uwierzyła w to że jest złą dziewczyną dla mnie, że jej nie kocham. Bardzo tego żałuje. Natomiast jedno wiem naaaaa pewno jak to ona mówi: Kocham ją nad życie, wiem że ona uważa się teraz za najgorszą dziewczynę ever, ale ja tak nie uważam. Z perspektywy czasu tak żalosne wydają mi się moje "najazdy" na nią, że dała komuś numer, że spotkała kogoś w klubie i tańczyła, że nie założyła dla mnie sukienki, że poszła na impreze beze mnie. Wiem że jej szczerość kosztowała ją tym że dostałą ode mnie  reprymende, że za brak sukienki mówiłem jej że ma pełne prawo czuć się jak zła dziewczyna. Boże ile razy ona miałaby prawo mnie tak "masakrować" krzykiem, ile ja błędów popełniłem za które dostałem tylko ciche uwagi, zrozumienie i wybaczenie, nawet nie słowem, ale po prostu tym spojrzeniem mówiącym: "ja Cię lublju". Jedyne czego chce to być z nią ponownie, nie chce żeby odchodziła, wiem że damy radę.

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: rozstanie - dlaczego to zawsze moja wina

Przypuszczalnie jestem od Ciebie młodsza, ale dam Ci wykład:

1. Jak się kogoś kocha, to nie ma się ochoty wkładać języka do gęby innej osoby.
2. Jak się kogoś kocha, to nie idzie się na imprezę osobno, po długim rozstaniu, nie dlatego że nie wolno, ale że chce się spędzić czas z ukochaną.
3. Jak się kogoś kocha, to nie wypisuje się pierdół w smsach czy na fejsie z innymi dziewczynami/chłopakami.
4. Jak się kogoś kocha, to się go nie rani.

Posty [ 3 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » rozstanie - dlaczego to zawsze moja wina

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024