Zdałam w końcu prawo jazdy.
I wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że zakochałam się w facecie, który mnie egzaminował. Może dla rozjaśnienia sytuacji opowiem Wam pokrótce, jak to było. ![]()
To było moje szóste podejście. Wcześniej, dwa lata temu nie zdałam pięć razy, rzuciłam to. Nie mogłam się na niczym innym skupić, postanowiłam odłożyć zrobienie prawka na przyszłość. Teraz, po wcześniej wspomnianym okresie przerwy kolejny podejście i od razu sukces. Cieszyłam się jak głupia. Chyba do dziś nie wierzę, nawet trzymając ten kawałeczek plastiku w dłoni. Ale od rzeczy. Ujął mnie swoją postawą. Jest bardzo męskim, barczystym, wysokim brunetem o ciemniejszej karnacji, prościutki jak strzałka, piękny uśmiech. Mało takich facetów chodzi po ulicach. Przyznam szczerze, że wcześniej nie zwracałam na to uwagi, dopiero po zdanym egzaminie doszły do mnie jego fizyczne walory. W trakcie egzaminu nie podpowiadał mi, żeby nie było.
Ale atmosferę stworzył superancką, oczywiście zero rozmowy, jedynym błędem był za wcześnie włączony kierunkowskaz.
Niestety, jest on zaobrączkowany ( nie dziwię się, trudno, zeby taki ktoś nie był). Po przyjechaniu do Wordu rzekł z uśmiechem:pozytywny, ja nie odpowiedziałam nic, po czym od znowu rzekł:"pani niech się mnie nie boi, ja pani nie skrzywdzę." Miał bardzo przyjemny głos. I wtedy zaiskrzyło. Ujrzałam w nim kogoś, kogo bardzo mocno zapragnęłam. On ma trzydzieściparę lat, ja dwadzieściaparę. Od tamtego czasu chodzę do Wordu i patrzę na niego, obserwuję, kontempluję.
To bardzo mocno boli. Ta świadmość niespełnienia. Nie ma go obok mnie. Nie łapie mojej dłoni. Nie czuję jego ust, nie widzę jego oczu. Wystarczyłoby jedno jego słowo, jeden gest, jeden szept... . On nie zwraca na mnie uwagi. Chyba nie umiem do końca wyrazić tego, co czuję. Co mam zrobić? Najchętniej to chodziłabym tam codziennnie i sterczała czekając, aż się pojawi, tylko ile można? CO o tym myślicie?