W jaki sposób reagujecie po kłótniach z partnerem / partnerką?
Dla przykładu mój chłopak się nie odzywa (zacina się), ubiera i wychodzi i wraca po kilku godzinach (nie zawsze, ale jak wg Niego ja przeginam to właśnie w ten sposób wygląda). Zawsze jestem poinformowana co robi i o której wróci. Nie mniej jednak ja nie lubię cichych dni, albo własnie takiego uciekania z domu.
Co jest Wam bliższe? Jak najszybsze pogodzenie się, wyjaśnienie nieporozumień, czy właśnie ciche dni, uciekanie z domu od problemu (czytaj od partnera/partnerki?).
No i co ważne, kto wyciąga rękę do zgody? Czy to zawsze jest ta sama osoba, czy życie zmusza Was do pogodzenia się?
1 2012-07-11 09:07:41 Ostatnio edytowany przez Pytajka (2012-07-11 09:09:08)
Ja zdecydowanie uciekam, bo wydaje mi sie ze rozmawianie o problemach (przynajmniej w naszym przypadku) jeszcze bardziej zaostrza konflikt
Pewnie po prostu nie umiemy rozmawiac. Z reguly ja sie wsciekam, on za mna lazi i katuje, pyta dlaczego jestem zla - kiedy ja tylko potrzebuje 5min ciszy zeby sie uspokoic, takie "biadolenie" tylko jeszcze bardziej mnie rozwsciecza
Kiedys godzilismy sie szybko, po maks. pol godzinie. Teraz najdluzej kilkanascie godzin, ale to w nocy. Klocimy sie przed snem, lezymy w lozku i jeszcze troche sie sprzeczamy, w koncu ktos przestaje sie odzywac i zasypiamy. Rano najczesciej jest po wszystkim ![]()
U nas nie ma cichych dni,co najwyżej godzinka na przemyślenie sprawy itp.dużo rozmawiamy i odrazu wyjaśniamy nieporozumienia bo jakoś dla mnie dziwne jest takie obrażanie sie itp. Jesteśmy dorosłymi ludzmi:) Zazwyczaj to on zawsze wyciąga do mnie pierwszy ręke bo nie umie się na mnie długo denerwować:) ale my jak sie kłucimy to zazwyczaj o głupotki,potem się z tego śmiejemy.ale myśle że szczera rozmowa to klucz do wszystkiego:) a godzimy się przez takie dziecinne zaczepki a potem się przytulamy:)
Wk*rwiam się i trzaskam drzwiami
On dostaje furii jak wychodze i jeszcze bardziej się wścieka
Bardzo często mnie łapie i usadza obok siebie żeby właśnie nie uciekła. Nie ma raczej cichych dni, a dlugość kłótni zależy od wagi problemu ![]()
No właśnie mój chłopak też wychodzi a mnie jest przykro, że ucieka i probuje go zatrzymać ? z jednej strony jestem na niego wsciekla ze chce wyjsc wówczas z domu a z drugiej proszę żeby zostal, bo po klotni kiedy on jeszcze wychodzi jest mi duzo gorzej ? Powiedzmy, że na drugi dzien jest w miare ok., tzn rozmawiamy ze soba, ale we mnie pozostaje taki uraz ze chciał wyjsc i mnie sama zostawic albo ze faktycznie wyszedl sobie w moim mniemaniu majac mnie gdzies
No właśnie mój chłopak też wychodzi a mnie jest przykro, że ucieka i probuje go zatrzymać ? z jednej strony jestem na niego wsciekla ze chce wyjsc wówczas z domu a z drugiej proszę żeby zostal, bo po klotni kiedy on jeszcze wychodzi jest mi duzo gorzej ? Powiedzmy, że na drugi dzien jest w miare ok., tzn rozmawiamy ze soba, ale we mnie pozostaje taki uraz ze chciał wyjsc i mnie sama zostawic albo ze faktycznie wyszedl sobie w moim mniemaniu majac mnie gdzies
Nie martw sie kochana, mój zachowuje sie identycznie. Później przeprasza, argumentujac swoje zachowanie tym, że musi sie uspokoić i "odetchnąć"
My jak się kłócimy to się kłócimy ale i tak wiemy, że w końcu się pogodzimy więc po ochłonięciu na bieżąco wyjaśniamy co i dlaczego.
Szkoda czasu i energii na fochy.
kiedys bylam straszna madralinska i o wszystko sie klocilam. krzyczalam do zdarcia gardla on mi sie tylko przygladal i pytal czy skonczylam. w ogole moj maz daje mi sie zawsze wygadac a potem on mowi. ale jak mowi to nie probuj mu przeszkodzic. ostatnio jak sie wsciekalam na niego to przytrzymywal mnie przy sobie, zebym nie lazila po domu i nie ekscytowala sie jeszcze wiecej i czekal az skoncze sie gotowac i dopiero tlumaczyl mi co sie stalo i jak mozna to rozwiazac.
on jest dla mnie oaza spokoju ale tylko w klotniach bo wiem ze ma strasznie porywczy charakter ale z wiekiem chyba nauczyl sie go kontrolowac. mam nadzieje, ze ja sie kiedys tak naucze
![]()
____________________________________
Wieczne Miasto BG
U mnie jest tak,że chwilami nie wytrzymuję,zrobię awanturę o rzecz,która była omawiana,prosiłam,zwracałam uwagę i pomimo tego nadal sytuacja się utrzymuje to właśnie robię awanturę,mój mąż zacina się albo mówi,że się do mnie nie odzywa ba,nawet mówi ile dni nie będzie się odzywał.Przyznam,że takie zachowanie poprawia mi humor- zwyczajnie rozśmiesza,jakbym gadała z pięciolatkiem:)
W konflikt próbuje wplątywać córkę,mówiąc jej np,żeby się mnie zapytała o coś albo coś powiedziała- no bo on się przecież nie odzywa.
Prawie zawsze to ja pierwsza wycjągam rękę, potrafię przeprosić jeśli uważam,że jednak przegięłam.Mój mąż zrobił to ostatnio może z pięć lat temu kiedy to mieliśmy poważną rozmowę i powiedziałam co mnie wkurza,co jest nie do przyjęcia.
Często jest tak,że ja przepraszam a on nadal się nie odzywa.
10 2012-07-11 11:20:18 Ostatnio edytowany przez Pytajka (2012-07-11 11:20:51)
Często jest tak,że ja przepraszam a on nadal się nie odzywa.
No właśnie i co wtedy? No kurcze, ja nie rozumiem takiego mechanizmu ? W ogóle nie rozumiem, po co są ciche dni. Jesteśmy dorośli, ja mam prawo mieć o coś pretensje ,on również(inna kwestia, że on o nich nie mówi ), nawet jeśli wyniknie kłótnia (absolutnie ma mówie o ubliżaniu czy rękoczynach), to uważam że należy sprawę wyjaśnić i tyle (jak ochłoniemy). Nie wiem po co te ?ucieczki? z domu i nie odzywanie się ? ale mnie to bardziej wkurza ?
U mnie przeważnie ja pierwsza dążę do zgody niedługo po kłótni, no i różnie z tym bywa ![]()
Ja nie potrafię sie gniewać i boli jak on tak sie zachowuje ....
W naszym związku przeżyliśmy 2 kłótnie.. teraz już nie pamiętam o co..
Ja dobijałam go tym, że się nie odzywam (trwało to z 2 dni), czekałam wtedy na jego choćby sms.
A On robił mi na złość, że tego sms mi nie wysyłał i potęgował mój strach, że mnie jednak nie przeprosi. Potem wpadał a godzenie.. mówi, że dla takiego seksu warto się kłócić ![]()
gojka102 napisał/a:Często jest tak,że ja przepraszam a on nadal się nie odzywa.
No właśnie i co wtedy? No kurcze, ja nie rozumiem takiego mechanizmu ? W ogóle nie rozumiem, po co są ciche dni. Jesteśmy dorośli, ja mam prawo mieć o coś pretensje ,on również(inna kwestia, że on o nich nie mówi ), nawet jeśli wyniknie kłótnia (absolutnie ma mówie o ubliżaniu czy rękoczynach), to uważam że należy sprawę wyjaśnić i tyle (jak ochłoniemy). Nie wiem po co te ?ucieczki? z domu i nie odzywanie się ? ale mnie to bardziej wkurza ?
U mnie przeważnie ja pierwsza dążę do zgody niedługo po kłótni, no i różnie z tym bywa
Ja nie potrafię sie gniewać i boli jak on tak sie zachowuje ....
Co wtedy?
Nic.
Wytłumaczyłaś, przeprosiłaś i tyle.
Te ciche dni są naprawdę infantylne. Może On kiedyś dojrzeje i zrozumie, że takie zachowanie jest komiczne.
W każdym razie Ty nie powinnaś ciągle za nim chodzić i nieustannie przepraszać.
W końcu oprzytomnieje i możesz zapytać jaki miało to sens.
U mnie jest jedna zasada - zadnego spania na kanapie w salonie. I staramy sie wszystko wyjasniac na biezaco. Nie krzyczymy na siebie w ogole - to chyba uraz po naszych bylych wspolmazlonkach
W czasie klotni oboje sie zamykamy w sobie. Ja za ok. godzine mowie, co mnie wkurzylo. On wtedy tez, ale to ja musze zaczac. Przepraszamy sie, jesli trzeba. Jak cos zrobi glupiego, ja mu mowie o tym, nie ma zadnej reakcji. Przytuli i nic nie powie, ale potem widze, ze sie stara i cos zmienia (to jak sie docieralismy bylo czeste). Wiec mozna powiedziec, ze nasze klotnie sa spokojne, o ile mozna je nazwac klotniami...
Jestem przeciwnikiem fochow, cichych dni i karania milczeniem oraz eksmisja z sypialni. Mialam to z moim eks mezem. Ktos w pracy go wkurzyl, potem moja "zupa byla za slona" i potrafil sie zamknac w WC na pare godzin. Czytal tam sobie i sie nie odzywal. A potem zawsze ciche dni. Horror. Chodzilam do pracy zaryczana, bo jak usilowala porozmawiac, bylo jeszcze gorzej. Na poczatku nie bylo ublizania, czy rekoczynow. To sie pojawilo pozniej. Dochodzily tez znikniecia z moim i jego portfelem na tydzien, dwa.
jak kłócę się z moim chłopakiem, a na szczęście zdarza się to stosunkowo rzadko, to chcę wyjaśnić problem, zaś on mówi że jedzie do domu albo idzie się gdzieś przejść. Sam! Ostatnio nie mogłam tak tego zostawić więc na siłę namówiłam go żebyśmy porozmawiali, stawiał opór ale w końcu się udało
Dyskutowaliśmy chyba z pół godziny i nie do końca doszliśmy do porozumeinia ale liczy się to że wyjaśniliśmy sobie niektóre sprawy. Oboje jesteśmy uparci, więc myślę że jeśli on by milczał kilka dni to ja też bym się nie odezwała i trwaloby to w nieskończoność
częściej to ja wyciągam rękę na zgodę.
A u nas jest tak, że to ja wybuchowa jestem. Zdarza mi się trzasnąć drzwiami, wyjść a mój kochany zatrzymuje mnie i przytula. A kiedy to On się zdenerwuje to milczy. Ja się powydzieram a On cisza.
Długo się nie kłócimy, nie da się. Po co tracić czas na kłótnie. ![]()
A u nas jest tak, że to ja wybuchowa jestem. Zdarza mi się trzasnąć drzwiami, wyjść a mój kochany zatrzymuje mnie i przytula. A kiedy to On się zdenerwuje to milczy. Ja się powydzieram a On cisza.
Długo się nie kłócimy, nie da się. Po co tracić czas na kłótnie.
No właśnie a u nas to ja wybuchne, on siedzi i nic nie powie, po czym milczenie z Jego strony. Jak odpuszcze to po prostu sie nie odzywa, jak nie odpuszcze i mimo, że on już wkurzony się nie odzywa ciągnę dalej temat kłótni - ubiera się i wychodzi z mieszkania ....... Nienawidze tego.
Ja jeszcze nigdy nie pokłóciłam się z moim mężem: ani gdy byliśmy nie-małżeństwem, ani po ślubie. Więc pojęcia nie mam jakby to wyglądało
Pewnie w zależności od tego o co by poszło.
Wk*rwiam się i trzaskam drzwiami
On dostaje furii jak wychodze i jeszcze bardziej się wścieka
Bardzo często mnie łapie i usadza obok siebie żeby właśnie nie uciekła. Nie ma raczej cichych dni, a dlugość kłótni zależy od wagi problemu
Haha u nas jest to samo, zarowno z mojej strony jak i z jego strony
no ale tak jak napisalas, to zalezy od tego czym była spowodowana kłotnia. Moj jest bardzo cierpliwy, ale niekiedy mam złe dni i strzelam fochy bez powodu, czepiam sie o bzdury i wtedy on tego nie wytrzymuje i tez albo wychodzi albo nie odzywa sie do mnie. Jesli wychodzi, to ja biegne za nim i juz go przepraszam i zazwyczaj to pomaga, a jesli nie to musze go wieczorem udobruchac czyli jak juz mu troszke przejdzie to robie mine jak kot ze shreka, usmiecham sie, probuje go czyms rozmieszyc i mu przechodzi
raczej nie gniewamy sie na siebie X czasu tylko najczesciej trwa to ok godzine, nawet i nie, bo szybko sie godzimy ![]()
Ja bym nie nazwała wychodzeniem z domu ucieczką od problemów, kiedy ja się kłócę z moim partnerem to również wychodzę z domu na godzinkę lub dłużej, chcę ochłonąć żeby nie wypowiedzieć czegoś w nerwach nie przemyślanego. Ogólnie lubię spacerować i myśleć, gdy wracam to rozmawiamy ale już na spokojnie jak emocje opadną chociaż czasem jest ciężko niestety.
U mnie wygląda to tak że mój facet jak się mocno pokłócimy także wychodzi z domu a pożniej ma jeszcze pretensje czemu za nim nie wyszłam , i mówi mi że juz mi na nim tak nie zależy a ja to zaczelam ignorować.Kiedyś też wychodzilam z domu żeby pobyc trochę sama a on po pewnym czasie szukał mnie po okolicy ale całe szczęscie ja dojrzałam i stwierdziłam że to dziecinne a on niestety nie . Teraz jest tak że to on częściej wyciąga pierwszy rękę nieważne kto zawinił chyba żę mam taką chęć go pierwsza przeprosić, tylko to się rzadko zdarza ponieważ ja jestem uparta i on także ale na szczęście zawsze jakoś wszystko wraca do normy i jest w porządku. Tylko że mam to poźniej wypomniane że to tylko on pierwszy do mnie przychodzi a ja juz tego wcale nie robię ale jestem tego wniosku że to facet powinien przyjść do kobiety pierwszy ![]()
A co powiecie na to? Ja do NIEGO mówię, tłumaczę o co mi chodzi... Ale, do pewnego momentu, gdyż ON, w najmniej odpowiedniej chwili przerywa i NIE WOLNO mi powiedzieć ani słowa więcej, gdyż podnosi na mnie rękę! JEMU wolno mówić. Bez końca. Oto małżeństwo z dłuugim stażem... Tylko że ja już ostatnio mam BARDZO dość. Może przesadzam?
A co powiecie na to? Ja do NIEGO mówię, tłumaczę o co mi chodzi... Ale, do pewnego momentu, gdyż ON, w najmniej odpowiedniej chwili przerywa i NIE WOLNO mi powiedzieć ani słowa więcej, gdyż podnosi na mnie rękę! JEMU wolno mówić. Bez końca. Oto małżeństwo z dłuugim stażem... Tylko że ja już ostatnio mam BARDZO dość. Może przesadzam?
Znaczy koronnym , argumentem Twego tfu,męża jest wpierdziel? Super,może niech w ten sposób dyskutuje ze swomi kolegami albo menelkami,których na niego napuścisz.Za butelke wódki przedstawią mu niezbite argumenty na prawdziwość swoich przekonań:)
Zacznijmy od tego, że kłócimy się z raz na rok. Ja to bym się z tydz. nie odzywała, ale narzeczony taki nie jest i wyciąga pierwszy rękę na zgodę.
A ja tam rzadko kiedy znajduje na tyle solidny powod by sie klocic o niego godzinami. ![]()
Jesli mamy...hmm...roznice zdan to zalatwiamy to krotko i tresciwie: On mowi co sie stalo ja mu mowie jak ja to zrozumialam a potem jedno z nas przekonuje drugie ze nie ma o co kotow drzec ![]()
Wlasnie w zeszlym tygodniu mielismy prztykanko bo mielismy wyjsc na urodziny ale pogoda byla taka ze nie wiadomo bylo czy nie bedziemy mieli skonczenia swiata czy cos..
Wiec mu napisalam "to daj mi znac jak sie dowiesz konkretnie czy idziemy czy nie" Nie napisal mi nic, przyszedl do domu a ja w mokrych wlosach i swiezo z wanny wyszlam. On do mnie podniesionym glosem czy dam rade sie zrobic w 5 minut
Kretyn...5 minut?? To jemu praca reczna na czlonku dluzej zajmuje a mnie by mialo wysuszenie glowy krocej zajac?
Wyjasnilismy sobie nieporozumienie w 7 minut. Bo ja naprawde nie bede sie znizac do piaskownicowych zagrywek i ksiezniczkowatego fochania sie.
Gojka102, dziękuję za fajną odpowiedź! Ostatnio on też mógł mówić, ja trochę mniej... A może takie zachowanie zalicza się do psychicznej manipulacji? Tylko że jestem już za stara na takie "zabawy" i psychiczne znęcanie. Ten temat zresztą należy do innego działu tego forum. A jeśli chodzi o wypowiedź Sadie, to bardzo mi się podoba!
Nie moja droga,
to się zalicza do przemocy fizycznej i jest na to paragraf.
Zgadza się. Napiszę jeszcze w innym dziale, pod który podlega mój temat. Jestem zupełnie sama ze swoim problemem, więc choć tu się wygadam. Pozdrawiam!
Wk*rwiam się i trzaskam drzwiami
On dostaje furii jak wychodze i jeszcze bardziej się wścieka
Bardzo często mnie łapie i usadza obok siebie żeby właśnie nie uciekła. Nie ma raczej cichych dni, a dlugość kłótni zależy od wagi problemu
Widzisz Teo, On robi tak samo - a ja jestem bardziej "ugodowa" w tych kłótniach. Nie wychodzę, nie trzaskam drzwiami nie przeklinam i przerażają mnie takie reakcje z Jego strony. Mam problem z zazdrością, więc jak tak wyjdzie na cały dzień to mimo, że mówi gdzie wychodzi i pisze o której wróci to mnie coś skręca w środku
. Taki żal, że zamiast się dogadać, ucieka gdzieś ... On pewnie uważa, że ja niepotrzebnie drąże temat, kiedy on nie chce rozmawiać albo w Jego mniemaniu nie ma o czym rozmawiać. Często odpuszczam rozmowe, ale po którymś razie wszystko się kumuluje i wybucham robiąc awanturę ...
Ja jeszcze nigdy nie pokłóciłam się z moim mężem: ani gdy byliśmy nie-małżeństwem, ani po ślubie. Więc pojęcia nie mam jakby to wyglądało
Pewnie w zależności od tego o co by poszło.
Aż ciężko uwierzyć. ![]()
Nie jestem za tym żeby się kłócić ale czasem samo przyjdzie...
Ale wtedy oczyszcza się atmosfera i jest dobrze.
No oczywiście, czasem kłótnia atmosfere oczyszcza, tylko jak nie ma czego oczyścić?
Czasem kłótnia wnosi ciche dni-pamiętam z domu "rodzinnego" -czy u was, kobiet młodszych, też?
Catwoman, widać dogadujecie się pod każdym względem zawsze. I fajnie.
U mnie w rodzinnym domu było tak-była wymiana zdań ale nigdy nie prowadziło to do kilku dniowej ciszy. Nawet ostatnio z rodzicami rozmawiałam na ten temat i przyznali, że były jakieś tam kłótnie ale nigdy cichych dni i ja też tak to zapamiętałam. A teraz rodzice nawet przyznali, że kłótnie były o "nic". ![]()
Nie znoszę "cichych dni", źle mi się kojarzą, gdy jako dziecko- nie wiedziałam właściwie co będzie dalej, a z drogi musiałam schodzić i jednemu i drugiemu.
Zdecydowanie wolałabym walkę na noże i po tym wyjaśnienie sprawy lub po prostu wyjaśnienie sprawy od razu.
33 2012-08-06 11:04:22 Ostatnio edytowany przez Pytajka (2012-08-06 11:05:00)
Szczęście w tym wszystkim, że nie ma "cichy dni", najwyżej 2,3 godziny. Natomiast jak wyjdzie, po powrocie normalnie się odzywa. Nie wiem, może nie może wytrzymać moich pretensji i żeby coś w nim nie pękło i nie powiedział słowa za dużo wychodzi?
Ja również jestem pełna podziwu wobec braku kłótni w Twoim związku Catwoman
Taka pełna zgodność
Fajnie, że takie dopasowane pary istnieją i żadna ze stron nie czuje się na tyle źle, żeby wyskakiwać z pretensją, z której w efekcie rodzi się kłótnia.
Pytajka oj pretensji to bym mogła mieć wiele!
Ale.... z czasem zauważyłam, ze są one tak głupie, że nie warto, korzystając z PMSa rozpętywać piekło
Zwłaszcza, że mój mąż nigdy nie dąży do konfliktu, jest zwolennikiem szczerej rozmowy .
Nie znoszę "cichych dni", źle mi się kojarzą, gdy jako dziecko- nie wiedziałam właściwie co będzie dalej, a z drogi musiałam schodzić i jednemu i drugiemu.
Zdecydowanie wolałabym walkę na noże i po tym wyjaśnienie sprawy lub po prostu wyjaśnienie sprawy od razu.
Z jednej strony miałaś dobry przykład tego jak nie chcesz w przyszłości TY sama się zachowywać.
Pytajka-u mnie tak jak u Ciebie są ciche godziny a nie ciche dni.
Chociaż godziny to za dużo powiedziane.
Natomiast.... napiszę w nowym oknie...
Poważne sprawy jak chociażby domowe, związane z rodziną, konfliktem interesów-bo o ten w dużej rodzinie nie trudno- również rozwiązuję rzeczową rozmową; po prostu nie chcę stresować mojego męża czy robić mu wyrzutów za coś, na co kompletnie nie ma wplywu (np. niektóre cechy jego rodzeństwa, które potrafią doprowadzić do szału), ZWŁASZCZA iż wiem, że gramy w jednej drużynie, mój mąż nie jest maminsynkiem ślepo wpatrzonym w swą rodzinę.
Catwoman, szczera rozmowa wiele może zdziałać. U nas w związku staramy się o tym pamiętać. A mąż nauczył mnie cierpliwości. I masz racje-gracie/gramy w jednej drużynie.
Ktoś tu napisał, ze mam przykład jak się NIE zachowywać- to prawda, jednak wiedza to jedno, a wyuczone nawyki czy obserwowane latami schematy to drugie. Ale nauczyłam się budować dłuuugie zdania, wyjaśniając o co mi chodzi- przez to sama się uspokajam, rozładowując emocje
Jak posłucham siebie, to często okazuje się, że mam bezpodstawne pretensje ![]()
Jak posłucham siebie, to często okazuje się, że mam bezpodstawne pretensje
Hehe mam identycznie. A potem myślę sobie "co ja wygaduję?". ![]()
40 2012-08-06 11:19:39 Ostatnio edytowany przez Pytajka (2012-08-06 11:23:48)
Catwoman napisał/a:Jak posłucham siebie, to często okazuje się, że mam bezpodstawne pretensje
Hehe mam identycznie. A potem myślę sobie "co ja wygaduję?".
No ja również czasami wracam po kłotni do samego jej przebiegu i zastanawiam sie w pewnym momencie "o co mi właściwie wtedy chodziło?". Przeczytałam kiedyś w jakiejś książce, że po kilkunastu minutach nie kłocimy sie już o kwestię, która poróżniła nas z partnerem tylko kłotnia dotyczy ..... przebiegu samej kłótni. Coś w tym jest.
Co do wspomnień z dzieciństwa - były nie tylko ciche dni, ale i tygodnie. Dlatego trochę na swoim postawiłam, że w moim związku daje partnerowi te godziny na wyciszenie i wrócenie do spokoju, cichych dni nienawidzę, dla mnie to taki fizyczny wręcz ból, przechodzić dzień w dzień obok niego, spać w jednym łózku i się nie odzywać. Chociaż wiem, że on z racji tego że jest małomówny, nie miałby nic przeciwko nie odzywaniu się przez parę dni ![]()
A co ciekawe, kobiety w czasie kłótni potrafią się cofnąć do Gwiazdki 2001 i coś wypomnieć, faceci koncentrują się na bieżącym problemie.
Pytajka zgadzam się. Zaczynamy się kłócić o konkretną rzecz a wychodzi na to, że na koniec zapomina się o co kłótnia była bo już jest inny temat do kłótni.
43 2012-08-06 14:28:48 Ostatnio edytowany przez piroman1981 (2012-08-06 14:50:30)
Ja tam o wiele bardziej wolę się posprzeczać zamiast uskuteczniać ciche dni (tym bardziej że wyczuwam że coś jest nie tak w nastroju u połóweczki). Generalnie to trudno jest mnie zdenerwować, chyba że ktoś (partner) jest naprawdę chamski - wtedy potrafię się pożreć strasznie ostro ale unikam tego bo przecież tak naprawdę wszystko można sobie wyjaśnić nie skacząc do gardeł i nie wypruwając się na siebie - dawno już zauważyłem że i tak można i że się to opłaca bo jak jest za duzo walk to związek niszczeje po prostu od tego, powstają mury i rodzą się nowe problemy a stare pozostają nierozwiazane. O ile obie strony chcą tak naprawdę zgody a nie jedna ciągnie w swoją, bo druga potem też zaczyna robić to samo.
Jedyną odmianą fochmeńskiej akcyjki u mnie to jak się żrę już z moją słodka połóweczką i już nie ma żadnej opcji na znalezienie punktu wspólnego jest takie wkurzenie się i wyjście z pomieszczenia na jakiś czas żeby ochłonąć - czasem na godzinę czasem na dwie. Ale przez ten czas jak odparuję trochę to ta samotność i skłócenie mnie dobija i zawsze wracam i znowu próbuję gadać bo niewyjaśnione sprawy i problemy między mną i połówką strasznie mi drążyły zawsze głowę i chce to jak najszybciej załatwić.
Nie wyobrażam sobie zwiazku w których nie byłoby ścinek, jakichś nieporozumień i przemilczałoby się problemy, niedopowiedzenia - jest wtedy tak.... autentycznie i szczerze ![]()
Co do pogodzenia się to od razu mi złość/nadęcie przechodzi jak tylko się pewne sprawy dogada - automatycznie w ciagu dosłownie paru sekund jest taka ulga na duchu i możemy znowu być roześmiani i zadowoleni
Kwstia kto wyciągnie pierwszy rękę nie jest aż tak istotna, czasem ja wyciągałem czasem 2 strona, naprawdę różnie to było.
Ja się wściekam i krzyczę. On robi smutną minę (czasem mówi: przepraszam, że cię zdenerwowałem, czasem nie zdąży). Mnie jest wstyd. Podchodzę, przepraszam i przytulam się. Mam potem strasznego kaca moralnego. A on prosi, żebym się nie katowała poczuciem winy, bo w takiej sytuacji każdy by się zdenerwował (ha, on jakoś nie:). A potem się rozpływam ze szczęścia, że jest taki kochany.
Z exem ciche dni trwały najpierw po parę godzin, potem po kilka dni, potem przeciągały się do tygodni, w końcu miesięcy. Zawsze ja musiałam zacząć rozmowę. Po ostatniej akcji zawołałam go, powiedziałam że musimy porozmawiać i oświadczyłam że chcę się z nim rozwieść. Ależ był zdumiony! Myślał... że mi "przeszło". Co za idiota!
Nigdy mi nie przechodziło. Zawsze wchodziło gdzieś w głąb i gryzło od środka. Ale były dzieci. To okropne, gdyby miały nadal patrzeć jak mijamy się obojętnie, znosić moją drażliwość i nadwrażliwość w tych dniach, jego obcość i obojętność. Więc się przełamywałam... A potem się starałam... Kompromisy? Co za brednie! Kompromisy są do... Wpiszcie co chcecie.
Szczerze powiedziawszy podczas 4,5 letniego związku nie mieliśmy jakiejś tam poważnej kłótni.Owszem zdarzały się drobne sprzeczki o jakieś pierdoły.Nie lubię się kłócić a przede wszystkim nie nawidzę krzyków,czuję się wtedy jak mała bezbronna dziewczynaka a wszystko to przez ojca,który tak naprawdę nie potrafił nigdy na spokojnie,poprzez rozmowę rozwiązywać sporów,myśli, że krzykiem wszystko załatwi.I niestety z bratem często byłam świadkiem tych jego krzyków.
I jeszcze jak byłam młodsza obiecałam sobie, że nigdy nie pozwolę sobie aby ktoś z kim chcę spędzić resztę życia tak się zachowywał.Na szczęście udało mi się to osiągnąć.
Ja się wściekam i krzyczę. On robi smutną minę (czasem mówi: przepraszam, że cię zdenerwowałem, czasem nie zdąży). Mnie jest wstyd. Podchodzę, przepraszam i przytulam się. Mam potem strasznego kaca moralnego. A on prosi, żebym się nie katowała poczuciem winy, bo w takiej sytuacji każdy by się zdenerwował (ha, on jakoś nie:). A potem się rozpływam ze szczęścia, że jest taki kochany.
Niezwykłe... Mi nigdy nie trafil sie ktoś kto tak się zachowywał a dawniej sam byłem nieźle narwany ale... jakoś z tego z czasem wyrosłem ![]()
Z exem ciche dni trwały najpierw po parę godzin, potem po kilka dni, potem przeciągały się do tygodni, w końcu miesięcy. Zawsze ja musiałam zacząć rozmowę. Po ostatniej akcji zawołałam go, powiedziałam że musimy porozmawiać i oświadczyłam że chcę się z nim rozwieść. Ależ był zdumiony! Myślał... że mi "przeszło". Co za idiota!
]
Szczerze to coś takiego byłoby największą torturą
miałem kiedys podobną znajomość ale fochów dłużej jak na tydzień nie było.
Nigdy mi nie przechodziło. Zawsze wchodziło gdzieś w głąb i gryzło od środka. Ale były dzieci. To okropne, gdyby miały nadal patrzeć jak mijamy się obojętnie, znosić moją drażliwość i nadwrażliwość w tych dniach, jego obcość i obojętność. Więc się przełamywałam... A potem się starałam... Kompromisy? Co za brednie! Kompromisy są do... Wpiszcie co chcecie.
Kompromisy są do dupy, juz lepiej zrobić sprawiedliwy układ "raz Ty masz rację raz ja" - formy pośrednie nie zadowolą moim zdaniem żadnej ze stron.
Poza tym jakoś nawet jak ktoś bliski się wypruwał to ja często miałem takie poczucie "cholera jak coś tą dziewczynę musiało ugodzić/wpienić" aż się chciało ja pocieszyć albo razem z nią powyklinać to co ją tak wkurzyło
masz też tak?
u mnie wygląda to tak, że jeśli któreś z nas jest na siebie złe, to druga strona to wyczówa i zapada milczenie. Milczymy tak jakiś czas, potem wracamy zwyczajnie, każdy do siebie, do domu i potem ewentualnie zaczynają się po godzinie sms'y albo rozmowy na gg. Jak jestem zła to odpisuję zdawkowo i dopiero na drugi dzień się widzimy i wszystko tłumaczymy ![]()