Witam,
Chciałabym poznać Wasze opinie na temat mojego związku, czy Waszym zdaniem on ma jakiekolwiek szanse jeszcze na przetrwanie?
Ale zaczynając od początku, ja jestem osobą raczej zamkniętą w sobie, małomówną, często bujającą w obłokach, on silnie stąpający po ziemi, taki przyziemny, w sensie że wszelkie jego myśli krążą, wokół rzeczy i wydarzeń, które dzieją się tu i teraz i tylko tych, które są prawdopodobne, namacalne i naukowo udowodnione, też nie należy do tych super gadatliwych, ale znamy się 7 miesięcy i przecież od początku wiedzieliśmy, że pod tym względem jesteśmy jak ogień i woda. Od początku naszego związku mieliśmy pewien problem z komunikacją, jak to on określa, nie możemy znaleźć wspólnego tematu do rozmów (no tak jego nie interesuje moja gadanina o uczuciach i emocjach związanych z jakimś wydarzeniem, odpowie mhm.. i tyle, a ja nie znam się na samochodach i nie interesuje mnie piłka nożna
), ale przecież rozmawiamy o naszej pracy, o rodzinach, czasem o jakiejś wspólnej przyszłości, na temat bierzących wydarzeń przestaliśmy rozmawiać, bo on ma zupełnie inne poglądy niż ja i po paru wymianach zdań, doszedł do wniosku, że nie będziemy o tym rozmawiać, ale idąc dalej i do sedna sprawy, wczoraj dowiedziałam się właśnie po raz kolejny, że nadal nie możemy znaleźć wspólnego tematu, że on nie potrafi ze mną rozmawiać, że wogóle nic o sobie nie wiemy, że to nie ma sensu i że między nami nie będzie dobrze, choćbyśmy nie wiem jak bardzo się starali, bo... i tu wymienił kilka moich cech, które strasznie go wkurzają pierwszy raz powiedział, że coś mu nie pasuje (ja mówiłam zawsze od razu co mi się nie podoba), i byłam w szoku. Z mojego punktu widzenia mieliśmy idealny związek, nie kłócimy się, nie mamy pretensji o pierdoły, nikt nie jest chorobliwie zazdrosny i niczego sobie nie zabraniamy, ufamy sobie, dogadujemy się w łóżku ostatnio coraz lepiej, on robił mi niespodzianki, zazwyczaj przychodził uśmiechnięty (no chyba, że miał ciężki dzień w pracy to najpierw się wygadał jaki to jest zły, ale chwile później już był zrelaksowany), przytulał, raz na jakiś czas nawet sam z siebie powiedział, że kocha, że jestem wspaniała, że drugiej takiej nie ma, coś wspominał o zaręczynach, nigdy w życiu z nikim nie byłam taka szczęśliwa, a tu nagle dostaje obuchem po głowie i okazuje się, że w tym związku szczęśliwa jestem tylko ja i chyba żyje w jakimś wyimaginowanym przez samą siebie świecie, bo jego zdaniem jest źle, nawet bardzo źle, jednakże po długiej rozmowie, kiedy zapytałam czy jeszcze mu choć trochę zależy na tym żebyśmy byli razem, oczywiście odpowiedział, że tak, że może powinien był mi wcześniej od razu mówić co jest nie tak, ale bał się, że ja w pewnym momencie doszłabym do wniosku, że nie dam rady dłużej. I o co w tym wszystkim chodzi? Ja szczerze mówiąc słysząc jego pierwsze słowa myślałam, że po prostu chce mi powiedzieć, że to koniec, ale w rezultacie wyszło na to, że dalej będziemy walczyć o nasz związek, tak się zastanawiam też czy czasem, to nie było jakoś z litości, czy nie wyrzuty sumienia spowodowały, że nie potrafił zakończyć tego, co o tym myślicie? Ja się totalnie pogubiłam, dodam jeszcze, że oboje mamy trudne charakterki i walczymy od samego początku o to żeby było dobrze, bo ja miałam ciężką przeszłość, strasznie się na początku bałam wchodzić w kolejny związek panikowałam, ale on okazał tyle cierpliwości, że teraz zaczynam dopiero się powoli otwierać, a on nie potrafi zrozumieć, że czasem jakimś małym głupim słowem czy gestem rani mnie bardzo i ja się zamykam na nowo, stąd ten czas strasznie długi, a kiedy widzi, że ja się na niego denerwuje wznosi wysoki mur między nami i reaguje dość agresywnie (zacięty wyraz twarzy i ten ton...) przez ten mur nie potrafie się przebić. Stwierdził też, że w naszym związku nie ma życia, no ok zgodzę się zazwyczaj widzimy się w domu rzadko gdzieś wychodzimy, nie chcę go nigdzie wyciągać bo wiem, że jest przemęczony, ostatnio miał nawał pracy i mase spraw do załatwienia poza zawodowych, więc najczęściej siedzimy sobie tak razem w domciu przytulenie trochę pogadamy, trochę w ciszy mi ta cisza nie przeszkadza, to za ten spokój i poczucie bezpieczeństwa tak Go uwielbiam.
Tak jakoś jak to napisałam to wydaje się być to malutkim problemikiem, ale wiem, że to co może niektórym wyda się błahe nad naszym związkiem bardzo ciąży i może doprowadzić do jego rozpadu, ja już nie mam pomysłów jak coś zmienić, bo on wszystko neguje..
Co o tym myslicie? Za wszelkie opinie będę wdzięczna, jak mi wpadnie do głowy jeszcze cos istotnego do dopisze.