Witam wszystkich bardzo serdecznie, jestem nowa na forum, jednak obserwuję je od pewnego czasu. Kto by przypuszczał, że mój pierwszy post napiszę akurat w tym dziale...
Byłam z moim facetem ponad 6 lat. Jak to zazwyczaj bywa początki były bajkowe. Zaczęliśmy się ze sobą spotykać, gdy ja miałam 16, a on 17 lat. Przez pierwsze 4 lata nie było między nami praktycznie żadnej kłótni. Można by rzec, że nasz związek był idealny. Zawsze pamiętaliśmy o swoich urodzinach, rocznicach, czy walentynkach. Byłam absolutnie zdziwiona, że tak dobrze mi się z nim układa, zwłaszcza, że pochodzę z niepełnej rodziny, mama rozwiodła się z ojcem-alkoholikiem (więc nie mam zbyt dobrego obrazu mężczyzn). Dla wszystkich naszych znajomych, ale też rodzin - byliśmy doskonałą parą. Nie nudziliśmy się ze sobą nigdy, chociaż widywaliśmy się prawie codziennie. W życiu "intymnym" też jak najbardziej w porządku, podobne temperamenty, wzajemny szacunek, pełna swoboda. Zawsze byłam w niego strasznie zapatrzona, kochałam i kocham z resztą dalej (chociaż sama się sobie dziwię) zarówno jego wady jak i zalety. Nie byliśmy też jak przysłowiowe "flaki z olejem" jesteśmy raczej osobami temperamentnymi, każde z nas ma hobby, robiliśmy razem strasznie dużo rzeczy, pozostawiając sobie równocześnie trochę przestrzeni, bo w końcu nie można być tylko ze sobą.
Teraz już wiem, że postępowałam bardzo niemądrze, poszłam na tę samą uczelnie co on, lecz na inny kierunek. Bałam się rozstania, nie wierzę w związki na odległość. Poszłam tam tylko dla niego, mieliśmy wspólne plany, chcieliśmy założyć firmę, zamieszkać razem. Poświęciłam się dla niego. Po około 5 latach na idealnym charakterze K.zaczęły pojawiać się rysy, których wcześniej nie dostrzegałam. Zauważyłam, że poświęca mi coraz mniej uwagi. Zapisał się najpierw na jeden kurs, potem równocześnie na drugi i trzeci, pracował w firmie i pomagał ojcu w jego działalności, studiował. Mówił, że robi to wszystko dla nas, że musi być ambitny, żebyśmy nie musieli martwić się o wspólną przyszłość. Oczywiście ja również pracowałam i dalej się uczyłam. Zauważyłam, po pewnym czasie, że nie wypowiada się o nas jako "my" (kobiety przecież wychwytują takie rzeczy) Oprócz tych wszystkich zajęć jakie sobie narzucił - dalej było między nami w porządku, może kłóciliśmy się czasem - ale to chyba każdy kiedyś wreszcie musi
Cały czas mi powtarzał, że należy się rozwijać, że musi mieć większą wypłatę, awans (zarabia 3000 miesięcznie) ale było mu ciągle mało. Z mojej strony nie wkradło się przyzwyczajenie - on zapewniał, że z jego też. Mówił, że nie lubi stagnacji i musi mieć wyzwania.
Wiadomo jak to czasem bywa, jestem na prawdę wrażliwą osobą... zaczęłam o niego zabiegać, nie robiłam żadnych awantur, kiedy mówił po raz kolejny, że ma kurs i nie może się zobaczyć, a potem musi pomóc ojcu, później ma nocną zmianę. Zaciskałam zęby, bo kiedy byliśmy razem - nic nie miało znaczenia, mogliśmy rozmawiać godzinami, była czułość i namiętność. Ale widziałam, że dzieje się coś złego i chciałam temu zapobiec. Zazwyczaj rozmowami, długimi, poważnymi i spokojnymi. Chociaż zdarzały się też kłótnie. Cztery miesiące temu oglądaliśmy mieszkanie, rozmawialiśmy też o ślubie, zaczęliśmy powoli kupować "sprzęty", bo wiadomo, nie ma na takie rzeczy kasy jak rozpoczyna się samodzielne życie.
Ciężko mi było i to cholernie, bo wiedziałam, że to ja podtrzymuję ten "ogień", zabiegam, staram się, robię niespodzianki, piszę itp. On wszystko zwalał na brak czasu "bo musi się rozwijać, musi iść do przodu". A zapomniałam dodać - on nigdy nie był o mnie zazdrosny, mówił, że mi ufa. Ja nie jestem osobą chorobliwie zazdrosną, ale jak każdej kobiecie (prawie) zdarzyło mi się to. Raz. O jego "przyjaciółkę", z którą więcej pisał niż ze mną, kiedyś przeczytałam smsa "nie mogę się doczekać kiedy cię zobaczę, spotkajmy się w połowie drogi" - ona jest na drugim końcu Polski. To było pod koniec października. Przeprosił mnie za to, powiedział, ze nic go z nią nie łączy, że tak tylko pisali. Ona kilka dni później była już zajęta, więc spałam spokojnie ![]()
31.12.11 były wyznania i romantyczne chwile, zero kłótni, raczej sielanka. Na zabawie też w porządku, zauważyłam tylko, że jak puszczaliśmy fajerwerki to wszystkie pary stały razem, a on poszedł sobie do kolegów - stałam samiutka.
No i tak właśnie z planami na przyszłość zapewnieniami o miłości i poświęceniu. Zerwał ze mną 2 godziny po sylwestrze, na środku ulicy, bez wyjaśnień. Powiedział, że tak na prawdę nie kocha mnie od pół roku, że już ma dosyć (?) i zostawił mnie w taki oto sposób po sześciu latach.
W tym momencie mój świat się zawalił, wróciłam sama do domu, do mojej mamy. Leżałam i płakałam, nie jadłam, nie rozumiem tego do tej pory. Cierpię niewyobrażalnie.
dwa dni później przyszedł, żeby porozmawiać, nie powiedział mi nic nowego, ja udawałam twardą i nie płakalam przy nim. Dalej kochałam go ponad życie i nie mogłam uwiarzć - zaproponował mi przyjaźń. Zgodziłam się.
I teraz, teraz duszę to wszystko w sobie, z nikim nie mogę porozmawiać, nikomu się nie zwierzam. Nawet nie potrafię opisać jak bardzo mnie boli, jak bardzo jest mi przykro. Nie wyobrażam sobie go już nigdy nie zobaczyć. On w ogóle nie prejmuje sie tym co czuje. Boli mnie to niemal fizycznie, ale nadal w tym trwam. Często się spotykamy. On wyraził jasno to, ze nie chce ze mną być. Jestem tego świadoma. Teraz nagle ma czas! Piszemy i rozmawiamy ze sobą więcej niż kiedy byliśmy razem. Były też pocałunki, czułość. Nie wiem jak mam sobie z tym poradzić, przed każdym (przed nim też) udaję, że wszystko to po mnie spływa, a wewnątrz umieram w każdej sekundzie coraz bardziej. Gdy jestem sama - płaczę, zastanawiam się: co zrobiłam nie tak?! Nadal rozmawiamy o wszystkim, on mówi mi ze jestem piękna. Tylko że za kilka chwil powie coś innego, takiego że muszę powstrzymywać się resztkami silnej woli żeby nie wybuchnąć płaczem. Zawsze staram się zachować zimną krew, ale nie daję już rady. Moje plany, moje marzenia... a najgorsze jest to, że kocham go dalej. Nie potrafię go znienawidzić za to jak mnie potraktował. On nie ma nikogo, powiedział, że nikogo nie szuka, nic już nie rozumiem...
Jak mam sobie poradzić?
Dlaczego czas nie leczy ran?
Przepraszam, że tak obszernie, długo zdobywałam się na to, żeby tu napisać....