Zacznę od tego... Że już od dłuzeszego czasu... boję sie samej siebie. nie nawidzę patrzec w lustro... i na to co jest wokół mnie... Nawet ludzie są dla mnie obcy.
Moim największym autorytem jest Michael Jackson. Na jednym forum... napisał do mnie prywatnie pewnien chłopak.
Zaproponawął mi znajomosc. I tworzenie muzyki z racji tego, ze śpiewam. Przyjełam.
Opowiedział mi całe swoje zycie. Ja opowiedziałam moje jemu... wsyłał mi list... pisaliśmy kawał czasu... Aż wkońcu... Poczułam do niego coś czego do nikgo jeszcze nie czułam. On o mnie też... Przynajmiej to mi wiadomo...
Pisalismy bardzo czule... Stało się coś potwornego...
Wszystko przeze mnie... Już miało byc idealnie. Ale pokłóciliśmy się i w nerwach powiedziałam to, czego nie chciałam tak na prawdę powiedziec. Coś co go tak mocno poraniło... Chciałam go przeprosic... zrobiłam to każdy mozliwy sposób... Ale nic... Po prostu... Już wolałabym się spalic niż powiedziec coś takiego... Proszę cały czas Boga, zeby On nie myślał, ze jestem jakaś chora psychicznie... Brakuje mi go...
Brakuje mi również siły na wiele innych rzeczy.. Powoli nie wyrabiam z niczym... Już ledwo daję radę.. Co mogę zrobic...
Jeszcze trochę i przyrzekam.... poddam się... Już nie mówiac o innych rzeczach...
Moze mi ktos pomóc... Błagam...
PS: Jeśli chodzi o tego chłopaka, to tak bardzo żałuję tego co się stało... Ja go na prawdę kocham. Zmienił moje życie.
To banalnie brzmi... Wydaje się takie... szczenięce...
Ale cóż.. ja poradzę...