Witam wszystkich
Opowiem moją historię, która wydaje się na pierwszy rzut oka banalna ale pewnych rzeczy nie mogę zrozumieć lub w jakiś sposób może ich nie potrafię dopuścić do siebie, nie mam specjalnie do kogo się z tym zwrócić więc proszę Was o pomoc.
Pracuję w pewnym miejscu od paru lat. Poznałem tam kobietę-mężatkę z dzieckiem 7-letnim która jest o 6 lat starsza odemnie. Zawsze dobrze się dogadywaliśmy itd. ale nigdy nie brałem pod uwagę, że cokolwiek może między nami być. Wówczas byłem zaręczony z inną osobą, ale tak się złożyło, że rozstaliśmy się, i wtedy właśnie z pomocną ręką wyszła mi owa dziewczyna. Od rozmowy do rozmowy, od kawy do kawy i tak pewnego razu się zbliżyliśmy. Dla mnie to było coś chwilowego, ona z kolei sama się przyznała, że to nie pierwszy raz kiedy przyprawia rogi swojemu mężowi. Wszystko nabierało takiej prędkości, że nie mieściło mi się to w głowie jak szybko może to wszystko się dziać. Stało się.....powiedziała, że zostawi dla mnie męża, że mnie kocha itd. Przyznam szczerze, że zakochałem się jak gówniarz. Początek był cudowny i to naprawdę. Po jakimś czasie zaczęły się drobne sprzeczki, kłótnie ale nic groźnego (jestem z natury upierdliwy przyznam się-ona z kolei zupełnie inna-konkretna i zdecydowana). Powtarzała mi wiele razy, że wiercę jej dziurę w brzuchu niczym wiertarką i wiecznie ją męczę swoim podejściem, mnie z kolei wiecznie denerwowało, to że unikała drażliwych tematów np. "o nas" co mi się nigdy nie podobało i tak w koło jak naciskałem ona unikała i kolejna kłótnia. Takich sytucji było wiele. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy, że razem zmienimy miejsce pracy żeby mieć więcej czasu dla siebie, lecz były to odległe plany. Po jakimś czasie powiedziała mi wprost, że nei zostawi dla mnie męża, i żebym sobie kogoś znalazł i nie marnował sobie życia. Nie dopuszczałem tego do siebie i dalej ciągnąłem nasz "związek", który głównie później opierał się tylko na sexie. Cały czas myślałem, że coś z tego wyjdzie, bo były momenty takie między nami, że aż czuło się że wszystko jest jak w bajce. Przyszedł kolejny etap między nami, kiedy powiedziała, że chce tylko przyjaźni między nami. Po drodze było coraz więcej kłótni na różne tematy i coraz mniej rozmowy między nami. Nasza przyjaźń, na którą się zgodziłem po krótkim czasie skończyła się znwou w łóżku. W między czasie wyjechała na wakacje z mężem i dzieckiem, byli razem u znajomych na imprezach, wspólnie spędzony sylwester i jakieś wypady do rodziny...Cały czas zasłaniała się tym, że robią to żeby sprawiać pozory że wszystko u nich dobrze, żeby dziecko nie widziało ani ich znajomi, że coś nie tak między nimi. Wierzyłem w to (w zasadzie nie wiem czy słusznie). Obecnie sprawa wygląda tak, że zmieniliśmy miejsce pracy tak jak zakładaliśmy kiedyś pomimo, tego że nie jesteśmy razem. Przez jakieś 3-4 miesiące było znowu cudownie. Mieliśmy czas dla siebie (praca wiązała się z wyjazdami na jakieś 2 dni-więc to były tak naprawdę nasze chwile wspólnie spędzone). Ostatnio w pracy poznała nowych ludzi, a mnie odstawiła na bok-wygląda to tak, że cały czas trzyma się z nimi, a ze mną rozmawia tylko jak wracamy do domu. Mnie to boli i w zasadzie to kolejny powód naszych kolejnych kłótni. Ostatnio powiedziała, że kończymy również z sexem, że między nami nic nie będzie, ale zależy jej na naszej przyjaźni. Przyznam, że widać po niej że boli ją to kiedy się kłócimy, ale z drugiej strony czuje się strasznie olewany przez nią. Wszelkie rozmowy kończą się kolejnymi kłótniami. Jakieś 2 miesiące temu zaczął do niej przychodzić znajomy z pracy w odwiedziny. Od tamtego czasu również zauważyłem, że kontakt między nami trochę jak by się pogorszył (może przesadzam-sam nie wiem). Koniec końców jest taki, że robiłem wszystko co mogłem-łącznie ze zmianą pracy, a z drugiej strony mam wrażenie, że byłem/jestem oszukiwany cały czas. To co mi nie daje spokoju to sam fakt, że ona jak by walczy o przyjaźń między nami, ale z kolei ja zacząłem czuć taką nienawiść do niej, za to wszystko co wyszło z tego. Nie wiem czy to moja wina, czy po prostu mnie wykorzystała i tyle. Może zbyt naiwny jestem ? nie mam pojęcia....
Tyle tu historii o kobietach traktowanych przedmiotowo, poniżanych, wykorzystywanych do seksu. I Twoja historia. Bardzo mi przykro, bo - niezależnie od płci - nikt nie powinien być tak traktowany. Szargane uczucia, spadek wiary w siebie, omotanie pożądaniem/miłością. NIe wiem ile macie lat, Ty i ta pani. Ale myślę sobie, że obecnie wiek nie ma znaczenia - wszyscy chcą mieć z życia przyjemności, niechętnie patrząc na skutki beztroski, ranienia innych, zaspakajania własnych emocji. Wydaje mi się, że pani złakniona jest ciągłych podniet, rozedrgania, zabiegania. Sama byłam w takim związku. Nie umiałam wytrwać ciągłej szarpaniny, choć nadal leczę się z uzależnienia, ponieważ nie umiałam też skończyć. Domagałam się prawdy. Ale jak ją dostałam, po prostu padłam. Radziłabym się wycofywać, odcinać. Będzie bolało, bardzo. Z perspektywy czasu wiem, że nic nie jest skuteczniejsze od szybkiego cięcia. Nie zrobiłam tego i bujam się czwarty rok, akceptując niby jego odchodzenie, niby zakochanie, niby kochanie dwóch na raz. Nie będzie dobrze. Bo dla niej dobrze jest jak jest groźnie, emocjonalnie, dużo. A Tobie zależy chyba na czymś innym?
Fakt....jest w Tobie "odrobina naiwności"....delikatnie mówiąc.W tym niby związku zamknąłeś się jak w kokonie.Od samego początku powinieneś wiedzieć,że szanse na coś trwałego są nikłe.
Przecież ona od razu powiedziała Ci,że nie jesteś pierwszym "w tym trójkącie" i jak się na końcu okazało nie ostatnim.
Paskudnie grała na Twoim uczuciu i zaangażowaniu.Manipulowała Tobą niemiłosiernie.
Wydaje mi się,że kłótnie zupełnie nie robiły na niej wrażenia,a te "aktorskie łzy" były tylko wspaniałym udawaniem.
Podła kobieta i tyle.....typowa "modliszka"......
Ciekawi mnie tylko jak ona wychowa swoje biedne dziecko.....i nie wierzę,że jest tak wspaniałą "manipulantką" i jej mąż nic nie zauważa.No, chyba,że jest kompletnym głupkiem......
Nie obwiniaj siebie za rozpad tego związku tylko się ciesz,że już się skończył.Powoli dojdziesz do siebie tylko nie próbuj niczego już w nim naprawiać ani, Broń Boże,go ratować.
4 2012-01-24 00:31:40 Ostatnio edytowany przez Niezapominajka81 (2012-01-24 00:32:08)
Zycie bywa poplatane ale z kazdej sytuacji mozna wyjsc na prosta.
Pewnie troche poboli ale teraz tez czujesz bol. A procz tego nadzieje, niepewnosc i zlosc jednoczesnie.
Wiec co jest lepsze?
Swoja droga, paskudny czlowiek z tej Kobiety. Bawi sie uczuciami ludzi i traktuje ich instrumentalnie. Z pewnoscia wszystko to kwestia czasu i "Madame" w koncu odczuje skutki swoich intryg i kaprysow....
Przecież ona od razu powiedziała Ci,że nie jesteś pierwszym "w tym trójkącie" i jak się na końcu okazało nie ostatnim.
Nic dodać, nic ująć!!
Jeżeli mi jakaś kobieta powiedziałaby, że jestem jej nie pierwszym pozamałżeńskim tournee to bez chwili zawachania zostawiłbym ją!!