No cóż, też jestem Dorosłym (a nawet podstarzałym) Dzieckiem Alkoholika, które przeszło długa drogę od okropnego dzieciństwa, przez rozchwianą, naznaczoną błędami młodość, potem niepewne siebie początki dorosłości aż do dnia dzisiejszego, gdy jestem pogodzona ze sobą.
Dzieciństwo było straszne. Ojciec pił i bił, a matka kręciła się wokół niego, ciągle czekając na to az ON SIĘ ZMIENI. My z bratem byliśmy zbędnym dodatkiem do ich upiornego tańca. Owszem, mieliśmy co jeść i w co się ubrać, ale na tym koniec. O całą resztę musieliśmy zadbać sami. Nikt się nie interesował moim życiem, nikt nie pomógł mi spełnić dziecięcych marzeń. Marzyłam o lekcjach muzyki, o łyżwach figurówkach, ale to były bzdety dla rodziców. Oni wogóle nie słuchali swoich dzieci zajęci sobą nawzajem. W dzieciństwie czułam się tak, jakbym była sierotą, jakby rodzice mnie porzucili, choc byli tuz obok. Dominującym uczuciem w dzieciństwie był wstyd i poczucie niższości wobec rówieśników, o których rodzice dbali. Wysyłali ich na lekcje angielskiego, na kolonie i obozy, troszczyli się o ich rozwój i wykształcenie. Jak ja zazdrościłam koleżance tego, że rodzice wysłali ją. do szkoły muzycznej i że miała w domu pianino! Moją codziennością były wrzaski, pijacki bełkot, brzęk tłuczonych talerzy, nocne awantury po których wstyd mi było spojrzeć w oczy sąsiadom, sińce pod oczami matki, jej bezradność...
Matka była niedostępna emocjonalnie. Dzisiaj wiem, że jej współuzaleznienie to powodowało. Że jej koncentracja na mężu i swoim cierpieniu nie zostawiła ani kawałka miejsca dla nas, dla dzieci. Ale wtedy nie wiedziałam tego, a nawet gdybym wiedziała to i tak mniej by nie bolało. W każdym bądź razie, rodzice nas nie wychowywali, wychowaliśmy się sami, z różnym skutkiem zresztą. Brat poszedł drogą ojca, jest alkoholikiem, teraz juz niepijącym, ale bilans strat w jego życiu jest przerażający.
Ja uciekłam z domu we wczesne małżeństwo. Było straszne. Przemoc, patologiczna zazdrość, zdrady. Spotkałam wtedy na swojej zyciowej drodze mądrą kobietę. Była dla mnie jak prawdziwa matka, starsza, doświadczona. Opowiadała mi świat i życie, dodała odwagi, pokazała że może być inaczej, wspierała. Zrobiła dla mnie więcej przez rok, niż rodzona matka przez lat dwadzieścia. Bardzo wiele jej zawdzięczam.
Uciekłam, rozwiodłam się i zaczęłam życie na nowo bogatsza o doswiadczenie.
Drugie małżeństwo z człowiekiem z normalnego domu, swobodnym w doświadczaniu życia, wyrażaniu uczuć, dobrze osadzonym w rzeczywistości, było jak lekcja normalności. Dlugo musiałam uczyć się, że milczenie to nie pretensje, trzasnięcie drzwi to nie zapowiedź awantury, a wino do kolacji to nie obietnica tygodniowego ciągu. Mąż był cierpliwy.
I wtedy zmieniłam pracę, dzieki której zaczęlam się uczyć pomagania osobom z problemami alkoholowymi. Elemetem tej nauki była tez terapia własna. Skorzystałam ze wszystkich możliwości. To było niesamowite doświadczenie, trudne, bolesne, ale ożywcze.
Otwierały się stare rany, wylewały się hektolitry łez, ale to było konieczne by dotrzeć do siebie samej, niewinnego, żywego dziecka, zamknietego w komórce pełnej lęków i strachów.
DDA ma przekaz z dzieciństwa. Nie mów, nie czuj, nie ufaj. To konieczne by przetrwać wtedy, ale nie dzisiaj, gdy DDA jest dorosłe. Trudne emocje z dziecinstwa, żal, wstyd, lęk, zlość nie zostały uzewnętrznione do końca. Ich uzewnetrznianie bylo niebezpieczne i powstrzymywane. Tkwią w duszy człowieka jak drzazgi. Wewnetrzne rany goją się na dwa sposoby.Albo tworzy sie wokół drzazgi twarda blizna i człowiek potrzebuje mocnych wrażeń, żeby cos poczuć, albo rana jest tuż, tuż pod skórą i wtedy każde dotkniecie, kazde musniecie powoduje ból. Mówię tu o ranach na psychice. Psychiczne rany, tak jak fizyczne potrzebują oczyszczenia by się naprawdę zagoić. Jest to możliwe.
Jest jeszcze coś. Dziecko wychowywane w normalnym domu dostaje "w posagu" mapę życia, czyli wzory, którymi posługuje się w życiu. Wzory postaw, zachowań, relacji. Jaki posag dostaje DDA to chyba jasne. Ślepe uliczki, wyboiste ścieżki, skrzyżowania bez oznaczeń (wybaczcie te drogowe metafory). I ma się wtedy poczucie, że się do niczego nie pasuje, nic nie wie, tak jakbyś była w mieście, gdzie wszyscy mówią w obcym ci języku. Nic nie rozumiesz i starasz się by nikt tego nie zauważył, byś nie musiała się wstydzić. Czujesz sie gorsza, wyłączona z normalnego życia. Nie masz się do czego odwołać, o co się oprzeć. Okropne uczucie zdania tylko na siebie, a sama sobie nie ufasz. Tak się czułam. Wtedy pomogła mi mądra kobieta o której wspomniałam wczesniej.
Przeczytałam wszystkie książki, które wymieniła Wielokropek. Ale choć wiele się z nich dowiedziałam, to najwięcej dała mi grupa terapeutyczna dla DDA, kontakt z żywymi ludźmi z podobną do mojej historią. Na tamtej grupie po raz pierwszy w zyciu poczułam się "na swoim miejscu", bez tego poczucia bycia nikim i bycia niewidzialną. Bez tego strachu za kołnierzem, że nikt mnie nie zauważy, że to co czuję jest nieistotne dla wszystkich wokół mnie.
Pomału przestawałam żyć przeszłością i żalem do rodziców. Zrobiłam dla siebie to, czego oni dla mnie nie zrobili. Kupiłam sobie te figurówki, których oni nie kupili. Nawet pianino sobie kupiłam i sama nauczyłam się na nim grać. Jaka to przyjemność grać kolędy w wigilijny wieczór! To tylko przykłady.
Żłość i nienawiść do ojca wyparowała ze mnie, gdy parę lat temu przyjrzałam mu się. Przez wiele lat odwracałam wzrok, a wtedy spojrzałam na starego, schorowanego czlowieka, który trzęsącymi się rękami łamał się ze mną opłatkiem. Wybaczyłam. Wszyscy jesteśmy ofiarami ofiar.....
Z matką, teraz juz 78-letnia kobietą jestesmy sobie bliskie. Wiele rozmawiałysmy o przeszłosci, o tym co nas raniło, co nas rozdzielało. Rozumiem co się z nią działo i ona rozumie mnie, teraz to czuję. A do tego potrzebne było wygojenie wewnętrznych ran.
Mąż ciągle ten sam, był i jest opoką. Przewidywalny i silny. Dający poczucie bezpieczeństwa.
Cieszę się, że przeszłam terapię na tyle wcześnie, że nie "zaraziłam" dzieci swoimi traumami. Dostały w miarę porządną "mapę życia" w posagu, bez tych "ślepych uliczek", które miałam ja. Są od dawna dorosłe i niezależne i nie mają trudności w oddzielaniu ziarna od plew.
Bardzo wiele dała mi praca. Moje osobiste doświadczenia były pomocne w tej pracy.
Teraz jestem już emerytką, cieszącą się owocami z drzewa swojego zycia. Jest dobrze i spokojnie....