Dawno dawno temu...na zadupiu byłam sobie Ja...
Zaczeło się banalnie...ja około lat 16 on kilka lat straszy...i tak już ponad 5 lat
Bywało różnie...raz lepiej raz gorzej...On typ rządzący ja uparta i z dziecinnym podejściem do życia
Z czasem coraz więcej różnic..brak szaczunku..kombinowanie...nieszczerość...czasem myślę, że nasz związek utrzymywała ?mała miejscowość? w której mieszkaliśmy...ja szkoła On praca...i tak w kółko...On u mnie, ja u Niego. Szkoła się skończyła z pracą też nie lepiej...
Rok 2010...dostał świetną propozycję pracy w dużym mieście...decyzja została podjęta szybko.
Spakowaliśmy manatki i od tego czasu jestesmy Tu. Myślałam, że wspólne mieszkanie to coś o czym zawsze marzyłam...że będzie lepiej...i było...bardzo szybko znalazłam pracę...jeśli chodzi o branże to naprawdę przyszłościowa...u Niego w pracy z każdym miesiącem coraz lepiej. Był jeden problem...brak znajomych...bylismy tylko we dwoje tak naprwdę,wszystkie weekendy razem,popołudnia...czasem 24 godziny na dobę przez 3 dni spędzaliśmy razem (dosłownie) Pogoda była jaka była (okres ziomowy) więc koczowalismy głównie w domu...i zdarzały się spięcia...czasem szarpaniny...wyzwiska i wielka gorycz. Nie takiego życia chciałam...Zima powoli zamieniała się w wiosnę...i od czego czasu już nic nie miało być takie jak kiedyś.
Poznałam go przez przypadek...czasem nawet myślę, że to było niemożliwe...Od samego początku była między nami niesamowita chemia...(do dziś nie mogę uwierzyć) w ciągu kilku tygodni podjełam decyzję o wyprowadzce...było mi ciężko, głównie finansowo...z mojej pensji ledwo mi starczało na jako takie życie...O n był załamany, spodziewał się wszystkiego ale nie tego...do dziś mnie boli w jaki beznadziejny sposób wcieliłam moje plany w życie. Byłam strasznie samolubna...dalej jestem i pewnie zawsze będę. Działam pod wpływem impulsu...Od czasu do Czasu spotykałam się, nazwijmy go P. z racji jego sytuacji ( był w ?związku?) i pracy (głównie nocki i weekendy) nie mieliśmy dużo czasu dla siebie. P. był pod pewnym względem niesamowity...działał na mnie jak nikt inny...do dziś tak uważam. Nie było idelanie...raczej nazwałabym to ?cichym romansem? co nie zmienia faktu, że zawrócił mi w głowie...i ja chyba mu też. Zakończył tamten związek...ale czasu mu dzięki temu nie przybyło. Całymi dniami bylam sama...(nie licząc czasu w pracy) P pojawiał się tylko wtedy kiedy mógł czt. Kiedy chciał-głównie w nocy. Nie potrafiłam prtzestać się spotykać z ex...więc spotykalismy się po ?kolezeńsku? razem jeździlismy na weekendy do ?domu?...do rodziny
Sama nie wiem czego chciałam...odnoszę wrażenie, że nie jestem normalna
Ludzie mnie lubią...liczą się ze mną...jestem taki mały śmieszek...gadam i robię głupoty...lubię rozśmieszac znajomych...ale normalna nie jestem...
Nie umiem tego opisać...zachowuję się po prostu czasem jakbym miała dalej 13 lat...Wracając do rzeczy...pewnego dnia...a raczej ranka odbyło się moje ostatnie spotkanie z P. ( tak przynajmniej myślałam) ?spotykalismy? się jakieś 4 miesiące i nagle się urwało...bez jakiegoś szczególnego powodu. Był to dla mnie taki szok, że do dziś pamiętam te kilka minut jak siedziałam na łóżku i nie wiedziałam co się stało. Od tamtego czasu była cisza...długaa... skasowałam go ze swojej głowy...telefonu...maila...
I teraz najlepsze..poczułam się samotna...bradzo samotna...Tylko i ja i miasto, którego tak naprawdę nie znam. W tym czasie nasze spotkania z Ex stały się częste...zauważyłam, że on ułożył sobie życie po naszym rostaniu...było w dobrze...imprezy...spotkania z dużą ilością nowyh znajomych a ja ? A ja byłam sama. Nieświadomie strałam się do niego zblizyć (dopiero dziś widzę jak zabiegałam w tammtym czasie o jego uwagę) Zaczęłam myśleć i wkręcać sobie, że byłam głupia...że miałam idealny związek ( haha) że wszystko spaparałam...płakałam w swoim łóżku nocami...potem dniami...Mój Ex nie chciał nawet myślec o powrocie. Wpadłam w depresję...nachodziłam go...męczyłam telefonami...nachalnością...płakałam...mówiłam, że żałuje...że popełniłam błąd...prawie 2 miesiace się poniżałam,aż w końcu ?zmiękł? Obiecywałam (szczerze), że będe ideałem...zamieszkaliśmy razem ( chociaż on mówił,że to za wcześnie, że wracam ponieważ jest mi źle samej) Wydawało się, że ta cała sytuacja wyszła nam na lepsze...wspólne wyjścia...śmiech...było mi dobrze...tak przynajmniej myślałam...z czasem sama zaczełam wątpić w ten powrót ( On nie wierzy w niego do dziś) Wiem, że mi na nim zależy...jest świetnym facetem,zaradny twardo stąpajacy po ziemi...nie chciałabym, żeby stała mu się krzywda...ale wiem,że jesteśmy tak różni, że nie będziemy potrafili ze sobą wytrzymać. Uczucia to nie wszystko gdy ludzie nie są dopasowani pod innymi względami...nie mamy tych samych zainteresowanań...dizś widzę, że tak naprawdę nie mamy o czym rozmawiać...Mamy różne podejście do świata...kłócimy się o byle co...Doszło do tego, że zostałam bez pracy z własnej głupoty...szukam nowej ale to nie jest takie proste jakby się wydawało. Tadam!! Mówcie mi ?utrzymanka? tak się teraz czuję...i jakbym jeszcze mało miała problemów...dostałam sms...dokładnie o godzinie 00.33 o treści ?proszę spotkajmy się porozmawiać,przemyśl to? zbudziłam się...czytam czytam i...i dalej idę spać...nie skojarzyłam numeru...sądziłam, że to pomyłka...na drugi dzień już o tym smsie nie pamiętalam...około godziny połudnowej dostałam 2 sms...i olśniło mnie...przecież to P!!!!....prosi o spotkanie...o rozmowę...on nie wie czemu tak się rozstalismy...bez słów...czekał, aż się odezwę...układał swoje sprawy...to był dla mnie szok-przecież nie mieliśmy kontaktu przez 4 miesiące. Nagle przed oczami staneła mi jego twarz...uśmiechnięta ( często był uśmiechnięty) . Na początku starałam się być twarda...ignorowałam jego smsy i moje kołatanie serca...ale jak zwykle zmiękłam...nigdy nie byłam dość konsekwentna. Po wymianie kilku smsów (strałam się w nich być zimna i oschła) zgodziłam się na spotkanie...czemu ? Wtedy chciałam, żeby zobaczył co stracił...chciałam z nim pogadać i najzwyczajniej w świecie wrócić do dawnego życia....do życia sprzed smsa z godziny 00.33. Udało się ?? jasne, że nie...zobaczyłam go i ...i pomyślałam ?Jezu, On nadal jest dla mnie ważny? Zamiast rozawiać o rzeczach istotynych dalej rozawialiśmy o wszystkim i o niczym ( dodam, że nie potrafie być na niego zła...inaczej szybko zapominam) jak to mieliśmy w zwyczaju...powiedział mi jak jest u niego...ja zataiłam przed nim brak pracy i to, że mieszkam na powrót z kimś...teraz sama nie wiem czemu to zrobiłam...pewnie z głupoty.Widziałam, że jest zafascynowany moją osobą. Cieszyło mnie to. 2 godziny minęły nie wiadomo kiedy...czas było wracać...do domu...do Niego. Pożegnaliśy się ładnie z P. zapytał czy może zadzwonić...chciałam powiedzieć ?nie? ale powiedziałam ?Tak?
Na drugi dzień przed południem przegadaliśmy sporo przez tel...zaprosił mnie do kina...na początku nie zgodziłam się...lecz strasznie mnie kusiło
(straszna Suka ze mnie...okłamywać 2 facetów jakby nie patrzył ważnych dla mnie)
Przed wyjściem zadzwoniłam do mojego ?przyjaciela? o porade...i postanowiłam, ze dziś będzie ostatnie spotkanie z P. (przecież tak walczyłam o powrót do mojego obenego partnera)
W kinie...było cudownie...miałam motyle w brzuszku i myślałam tylko o tym, że z nim mogłabym iść na koniec swiata. Pózniej się popsuło...chciał odwieźć mnie do mojego mieszkania...ale hola...przecież ja mieszkam teraz na drugim końcu miasta...powiedziałam mu to...i się zaczęły się pytania...na które nie umialam odpowiedzieć...to potoczyło się tak szybko...zdenerowałam się...chciał porozmawiać (widziałam jak mu źle) ja pwoiedziałam mu ?nie chcę już z Tobą rozmawiac? czy coś w ten deseń. I pstryk...skończyło się...bez słowa wysiadłam...napisałam mu sms, o treści ? nie pisz i nie dzwoń więcej,dziękuję za dziś? Nic nie odpisał...nawet do WC chodziłam z tel...tak bardzo chciałam,żeby napisał (wiem wiem bez sensu
) i napisał...?ok. Twoja decyzja ja ją uszanuje? ale na tym nie skończył...pisał o miłości...o tym jak mu źle...moje serce tak głośno pompowało krew, iż byałam się , że ktoś kto leżal w tym czasie na łóżku obok to usłyszy...
pisalismy smsy...tak naprawdę nie miały one sensu...później maile...aż w końcu i P stracił cierpliwoćć...dał mi do zrozumienia , że nasze spotkanie to był błąd...że jestem nieszczera...i pozstawiłam tylko w nim gorycz...i znowu ta cisza...
Następnego dnia...napisałam, że nie zrezygnuje z niego drugi raz i że jeszcze ze mną porozmawia...i cisza...w dzień jego wyjazdu ( na 2 tygodnie wyjeżdzał za granice) zadzwoniłam i pwoiedziałam ?źle się stało...nie dogadaliśmy się...chciałabym abyś przemyślał wszystko i jak wrócisz to chciałabym się spotkać...porozmawiać..ok ? ? P. pwoeidział, że to przemyśli ale nie da mi teraz odpowiedzi...
Jutro wraca...nie wiem co robić...wiem tylko jedno...zależy mi na nimi chcę być z nim szczera...szczera jak nigdy...
Boję się jednak że znowu namieszam w życiu sobie i innym...
Nie chcę zranić mojego partnera...ale życie jest takie krótkie...boje się, że podejmę jakąś decyzję,której będe żałowała...Jedyne o czym teraz myślę to jakie popieprzone mam życie.
Głupia!